Rydułtowy to 20 tysięczne miasteczko niedaleko Rybnika. Typowa Śląska mieścina. Kopalnie, familoki, szyby. Ale jest coś, co wyróżnia tę miejscowość. To coś ma 134 metry wysokości własnej, zajmuje powierzchnię 37 hektarów, ma objętość – bagatela – 13,3 mln m³, i wierzchołek na wysokości 407 m n.p.m. To coś nazywa się Szarlota i jest największą hałdą w Europie.
Kiedy pracowałem w Rydułtowach, oglądałem jej wierzchołek każdego dnia. Nie sposób jej nie zauważyć, trochę się narzuca. Widać ją z daleka. Nawet z Opolszczyzny i Czech. I choć składa się z odpadów, to nie sposób odmówić jej urody.
Miasto bardzo długo się jej wstydziło, no bo jakże nie wstydzić się wieloryba, którego wypluła z siebie kopalnia. Wieloryba, który jest ledwie 13 metrów niższy od piramidy Cheopsa. Jednak od niedawna, a w zasadzie od roku 2007, kiedy ogłoszono konkurs na jej nazwę, zrozumiano, że to nie powód do wstydu, lecz do dumy.
Tuż przed szczytem krajobrazy, jak na Islandii. Z łubinem włącznie.
Dziś Szarlota, którą nazwano tak na cześć pierwszej powstałej w okolicach Rydułtów kopalni – „Charlotte” z 1806 roku – to znak rozpoznawczy miasta i największe wzniesienie w mojej okolicy. Ba, można powiedzieć, że to śląskie Hollywood, bowiem przed jej głównym wierzchołkiem ustawiono wysoki na 2,5 metra napis wykonany ze specjalnego luminescyjnego materiału, który w nocy jest dodatkowo podświetlony. Widać go z daleka.
Śląskie Hollywood nazywa się Szarlota
Hałda ma swoje lata. Powstawała przez ponad 200 lat. Początkowo była niczym innym jak tylko zwykłym wysypiskiem, lecz z biegiem czasu zaczęła rosnąć i nabierać charakterystycznego kształtu. Dawniej miała dwa wierzchołki, lecz jeden z nich został zrównany. I choć oficjalnie chodzenie i wjeżdżanie na Szarlotę jest zabronione, to faktycznie hałda przyciąga rzesze amatorów fotografii i dalekich obserwacji. Bo trzeba przyznać, że widoki z jej szczytu są naprawdę niesamowite.
Widać nie tylko panoramę Śląska, ale przede wszystkim góry – oczywiście przy dobrej pogodzie. Najczęściej zaobserwować można Jesioniki z charakterystycznym szczytem Pradziada oraz Beskid Śląski – te góry majaczyły na horyzoncie także przy moim wjeździe. Czasami ukazują się wierzchołki Beskidu Wyspowego i Babia Góra, a prawdziwi szczęśliwcy mogą nawet zaobserwować Tatry!
Panorama z wierzchołka
Widok na północ
Z jednej strony wierzchołek hałdy jest porośnięty przez drzewa. Z drugiej jest bardziej łyso, jedynie na szczycie jest trochę traw i kolorów.
W obu przypadkach czeka nas trochę górskiej wspinaczki, a na samym końcu porządne podejście. Wjechać da się praktycznie tylko pod napis, a to i tak z opcją podprowadzenia roweru, w kilku miejscach jest bowiem bardzo stromo. Ja nierozsądnie wybrałem się w największy upał, nie było więc łatwo, ale ostatecznie się udało.
Początek podjazdu nie zwiastuje czekających trudności
Charakterystyczna czerwona skała, z której w znacznej mierze składa się hałda
Po pokonaniu trudniejszego etapu, wjeżdżamy na wypłaszczenie z którego widać już główny wierzchołek
Ostatni odcinek, już od napisu, jeśli nie chcemy zrobić sobie krzywdy, najlepiej pokonać pieszo – nie wiem czy jest w ogóle ktoś, kto odważyłby się tam wjeżdżać. To niezbyt długi, lecz bardzo stromy fragment. Trochę chodzę po górach, a łydki czułem. Szczerze odradzam niepotrzebnego ryzyka.
Wspomniany stromy fragment, tuż przed wierzchołkiem
Podczas jazdy po hołdzie warto jechać bardzo ostrożnie, koniec końców to składowisko odpadów. Mimo, że większa część drogi jest mocno ubita, to łatwo stracić równowagę na leżących luźno kamieniach, albo ześlizgnąć się ze skarpy. Warto mieć ze sobą łatki, albo zapasową dętkę. Ja miałem. Ale bez kleju trudno kleić przedziurawioną oponę. Drogę w dół musiałem więc pokonać pieszo. Ale było warto się natrudzić.
Selfiaczek na szczycie znamionuje sukces
(PS. Specjalne podziękowania dla grupy transportowo-opiekuńczej, która umożliwiła mi powrót do rozłożonego obozu. Wiecie o kim mowa ![]()
Galeria z trasy (kliknij)




























