Letterfrack – tu znajduje się wejście do parku
Connemara to kraina leżąca w zachodniej części prowincji Connacht. Należy do tych obszarów Irlandii, w których kultura i język gaelicki są ciągle żywe. Mało tu miast, teren jest dziki i poprzecinany, niewysokimi, lecz skalistymi i niedostępnymi górami. Pierwotna przyroda obfituje w liczne torfowiska i wrzosowiska. Obszar wywodzi swoją nazwę od pierwotnych plemion zamieszkujących kiedyś te tereny – Connmacne, a dokładnie od grupy żyjącej nad morzem, czyli Conmacne Mara (morze to po irlandzku muir). W 1980 roku na tym terenie został utworzony park narodowy. Jego siedziba znajduje się w małej, nadmorskiej miejscowości Letterfrack. To właśnie tam udaliśmy się w wietrzny, czwartkowy dzień.
Góry stawały się coraz wyższe, a uczucie odizolowania przybierało na sile. Strumienie, trzęsawiska, jeziorka, surowa, niewzruszona przyroda, której od lat nie opanował człowiek… Z każdym kilometrem na mojej twarzy pojawiał się coraz większy rogal radości. W takich miejscach ogarnia mnie dziwny rodzaj euforii, który przez obiektywnego obserwatora może być z pewnością odczytany jako pospolity brak piątej klepki.
Kiedy dotarliśmy do siedziby parku w Letterfrack, ciężkie chmury nisko leżakowały nad horyzontem. Święty Patryk nie wydawał się zadowolony, że nie odwiedziliśmy go w dniu jego święta. Jak zwykle (kiedyś się doigram…) byłem za tym, żeby nie tracić czasu i od razu ruszyć na rozpościerający się u podnóża centrum Diamond Hill. Komu przeszkadza drobny deszczyk? Są wyspy, to musi być zimno i wietrznie. „To są góry”… cisnęło się na usta. Jednak tym razem nie byliśmy sami. Nasi uczynni gospodarze mieli ze sobą dwójkę sympatycznych bąbli. Chodzenie z dziećmi po skalistych wzgórzach w czasie deszczu, nie należy do najrozsądniejszych zachowań. Na szczęście po zapoznaniu się z ekspozycją muzealną przedstawiającą historię, kulturę i geologię tych terenów (warto), pogoda stała się całkiem znośna. Ba, przy schodzeniu ze szczytu rozwiało wszystkie chmury! Ale po kolei…
Góry Connemary (i Irlandii ogólnie) nie są wysokie jeśli próbujemy mierzyć je europejską miarą. Binn Bhan (Biała Góra) ma zaledwie 727 m.n.p.m. Jednak uwierzcie, że wysokość nie ma tu żadnego znaczenia. Większość ze szczytów zdobywa się praktycznie z poziomu morza, co powoduje, że przewyższenia mają znacznie większy wpływ na wasze łydki. Po drugie w tych górach nie ma lasów. Nie musimy przedzierać się przez zadrzewiony obszar, żeby nacieszyć się widokiem. Praktycznie od samego podejścia zaczynają rozpościerać się panoramy, które sprawiają, że czujecie się jak na alpejskich przełęczach. Nasz słowacki gospodarz zażartował nawet, że fotka pstryknięta na szczycie z powodzeniem mogłaby udawać Tatry.
Cały czas byłem przekonany, że Diamond Hill, który zdobywaliśmy miał, co najmniej 600 metrów, tymczasem to zaledwie 445 m.n.p.m… To mniej niż najwyższe wzniesienia na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. I jeśli użycie sformułowanie „góry”, wydaje się sporym nadużyciem, kiedy mowa o Szlaku Orlich Gniazd, to góry Twelve Bens w Connemarze, z pewnością zasługują na to miano. Co więcej, wcale nie nadają się do trekingu dla niedzielnego turysty. Jest tu wiele miejsc, w których przy odrobinie nieuwagi można poprzestawiać sobie różne części ciała ( o czym mógł przekonać się świeżo zakupiony aparat, który nie mogąc złapać równowagi na szczycie, wyrżnął jak długi, obiektywem w kamień 😉
Szlak wokół Diamond Hill został jednak pomyślany w ten sposób, że nawet rodzice z dziećmi mogą liznąć kółkami wózków górskiej przyrody (tak było w przypadku naszych przyjaciół). W okolicach szczytu znajdują się cztery ścieżki. Trzy z nich – zielona, żółta i niebieska – to trasy spacerowe o różnej długości, tworzące zamkniętą pętlę, prowadzącą zboczem góry. Natomiast trasa czerwona, to typowo górska „wyrypa”, prowadząca na szczyt, z którego rozpościerają się widoki na malowniczą wyspę Achill, Ocean Atlantycki, opactwo Kylemore (o którym później), fiord Killary i dwanaście najwyższych szczytów Connemary.
Kylemore Abbey w pełnej krasie





