DZIEŃ 3: POWRÓT DO BALEA LAC
Cabana Podragu (czerwony trójkąt) – Saua Podragului (czerwony pasek) – Fereastra Zmeilor – Cabana Balea Lac (powrót szlakiem czerwonego paska, jak pierwszego dnia)
Czas: 6 h
Trudność: Trudny
Póki co, mandżur pakuj i pod górkę. Tym razem szlakiem czerwonym, znowu na Przełęcz Podragului skąd dostaniemy się pod Okno Smoków, a następnie do jeziora Balea, gdzie zostawiliśmy samochód. Na szlaku znajduje się odcinek, który ktoś zachęcająco nazwał La trei pasi de moarte, czyli Trzy kroki do śmierci… póki co jest więc się czego obawiać.
Zaczyna się łagodnie. Ścieżka biegnie lekko poniżej głównej grani oferując widoki na rozległą dolinę poniżej. Po około pół godziny drogi dochodzimy do niewielkiego jeziorka o nazwie Podu Giurgiului, nad którego brzegiem znajduje się niewielki schron. A raczej to co z niego pozostało. Wszędzie dookoła widać resztki rozrzuconego dachu i ścian, czyżby pogoda? Chwila na odpoczynek i zaczynamy wspinać się na Varful Mircii (2461 m n.p.m.).
Od tego momentu szlak prowadzi centralnie po wierzchołkach głównej grani. Droga, jak nigdzie do tej pory, jest bardzo wąska i często wymaga stawiania stopy koło stopy. Wreszcie pewne urozmaicenie od wędrowania rozległymi ścieżkami. Przynajmniej dla mnie. Kiedy spoglądam na damską część ekipy, nie widzę już takiego entuzjazmu w oczach. Powoli zmęczenie daje znać o sobie. To już trzecie pasmo podczas wypadu i trzeci dzień wspinaczki w Fogaraszach. Można poczuć się zmęczonym.
A przed nami jeszcze sławetne „trzy kroki”. Z miejsca, w którym łapię strzępiastą grań w kadr aparatu, odcinek wygląda dosyć obiecująco, lub jak kto woli, dramatycznie. W niektórych przewodnikach można znaleźć opinię, że to najtrudniejszych fragment w Fogaraszach. Po przejściu tych kilkuset (a może nawet kilkudziesięciu?) metrów, wydaje mi się, że autorzy takich opinii byli chyba w innych górach. Nazwa to nic innego, jak chwyt marketingowy.
Le trei pasi de moarte
Może na kimś kto nigdy nie widział łańcuchów, albo ma lęk wysokości, tych kilka technicznych podejść może wywrzeć wrażenie. Owszem trzeba tu zachować ostrożność, jest trochę ekspozycji i wyższych progów skalnych, ale nic poza tym. Naprawdę nie ma się czego obawiać. No, może poza jakością łańcuchów, które w rumuńskich górach są raczej strzępiastymi, przerdzewiałymi kablami, które szorują dłonie. Jeśli macie za sobą jakiekolwiek skaliste odcinki z łańcuchami, to dacie radę.
Wychodzimy dokładnie pod oknem smoków. Przed nami jeszcze tylko odcinek, który przemierzyliśmy pierwszego dnia. Tym razem dużo cięższy, bo zmęczenie trasą podwaja poziomnice, z którymi trzeba się zmierzyć. Pod koniec wędrówki, nasze tempo zdecydowanie spada. Ostatnie podejście w kotlinie przed jeziorem Capra, weryfikuje kondycję. Gdybym teraz miał przekonać ekipę do kolejnego dnia w górach, to chyba dostałbym po głowie…
Na szczęście widok jeziora Balea i sąsiadującego z nim schroniska, podnosi morale. Perspektywa ciepłego posiłku skutecznie przywraca siły. Jedyne, co zniechęca do zejścia, to masa turystów, którzy niczym mrówki obsiadli najbliższe otoczenie akwenu. Przypominają się obrazki z rodzimych Tatr. Ale cóż począć już taki urok górskich jezior, do których doprowadzono asfalt. Trzeba na to przymknąć oko 😉
CZYTAJ DALEJ:
WCZEŚNIEJSZE CZĘŚCI:
MOŻE ZAINTERESUJE CIĘ:




Anonymous
Blog piękny, tylko popraw Autorze proszę błąd w tytule. Powinno być: Ruminii
Czubaka
Dziękuję. Poprawione 😉