Nam udało wstrzelić się w idealną aurę. Po dwóch dniach ciągłych opadów i pełnego zachmurzenia, nikt nie spodziewał się takiej żylety za oknem. Z Pięciu Stawów wyruszyliśmy o 6 rano, tuż po starszym małżeństwie, które minęliśmy na szlaku. Orlą mieliśmy właściwie dla siebie. Na całej trasie, i to dopiero za Kozią Przełęczą, spotkaliśmy może z 10 turystów. Błękitne niebo, skaliste turnie i przestrzeń po horyzont. Udało zamknąć się w 5 godzinach! Cała pętla: Pięć Stawów – Orla – Pięć Stawów – parking na Łysej Polanie, zajęła nam 10 godzin.
Jeszcze w niedzielę modliliśmy się (dosłownie, bo w schronisku ku naszemu zaskoczeniu odbyła się msza) o dobrą pogodę. Jednak kiedy rano z trudem otwarłem zmęczone wieczorną integracją powieki, nie mogłem uwierzyć w to, co działo się za oknem. Rzucona mimochodem podczas mszy prośba została wysłuchana. Cud! Najprawdziwszy z prawdziwych. Nawet niewierny Tomasz nie miałby wątpliwości w ingerencję Najwyższego. Pogoda jak marzenie. Marzenie jak ze snu. Cała grań jak na wyciągnięcie ręki.
Zaraz po zejściu z drabinki ostro wspinamy się na Kozi Wierch (2228 m n.p.m). To pierwszy dłuższy i praktycznie pionowy, prowadzący lekko pochyłym żlebem odcinek. Trzeba nie tylko znaleźć właściwe podparcie pod nogi, ale również ostro podciągać się na łańcuchach. To tu po raz pierwszy czuję pulsujące dłonie i mięśnie przedramion (warto zabrać ze sobą rękawiczki!). Jeszcze gorzej jest przy takich samych fragmentach szlaku schodzących w dół. Muszę przyznać, że ani wspomniana wcześniej drabinka, ani znajdująca się na późniejszym odcinku szlaku szczelina na Skrajnej Sieczkowej Przełączce nie sprawiły mi większych problemów. Największe wrażenie wywarły natomiast niektóre zejścia w dół urwiska po łańcuchach. Szukanie oparcia dla stóp, gdy nie ma ich specjalnie gdzie położyć, a w dole widać pionową ścianę i skalne rumowisko, naprawdę robi wrażenie. Nawet jeśli nie masz lęku wysokości… Szacunek.
Aż do ostatniego zejścia w kierunku schroniska w Dolinie Pięciu Stawów przed Granatami (Szeroki Żleb – szlakiem czarnym) trasa ciągle opada i wznosi się, opada i wznosi. Dużo wspinania i jeszcze więcej łańcuchów. Wreszcie dochodzimy do punktu, w którym trzeba zadecydować. Idziemy dalej albo schodzimy do schroniska. Niepowtarzalna pogoda, zupełny brak ruchu na szlaku i widoki, które trzeba zobaczyć na własne oczy, nie dają wielkiego wyboru. Idziemy do końca! Pstryk pstryk, gul gul, coś na ząb i znowu testujemy vibramowe podeszwy naszych butów. Przed nami kolejny odcinek szlaku – Granaty.
Przez wiele osób opisywane jako zdecydowanie łatwiejsze i dogodniejsze do wspinaczki, niż odcinek między Zawratem a Kozią Przełęczą. Dla mnie osobiście ten fragment wydał się dosyć trudny i wymagał nieustannej koncentracji. Dużo łatwiej zgubić tu ścieżkę, która kluczy między skalnymi załomami i trawersuje w nieoczekiwanych kierunkach. Spore fragmenty szlaku są niezabezpieczone żadnymi łańcuchami, kamienie sypią się spod nóg, a oznakowanie gubi się w skalnych załomach (pamiętam szczególnie zejście, a właściwie zjazd na pośladkach, osypującym się żlebem – nie chcę popełnić gafy, ale najprawdopodobniej jest to Żleb Kulczyńskiego). Dochodzi jeszcze zmęczenie wspinaczką no i turyści nadchodzący z przeciwnej strony szlaku, niejednokrotnie dzielący ten sam łańcuch i sypiący na głowę kamienie. Jednym słowem, jest bardziej krucho. Zarówno pod nogami, jak i w znaczeniu metaforycznym.
Od Skrajnego Pośredniego grunt staje się znowu pewny. Ścieżka jest wąska, ale przynajmniej nie osypuje się spod nóg. Już pod sam koniec trasy czeka nas dosyć eksponowany odcinek łańcuchów na praktycznie płaskiej ścianie, po której przemieszczamy się w poziomie, stawiając nogi w niewielkich załomach skalnych. Jeszcze tylko kilka wąskich przejść między skałami (odradzam wędrówkę z napakowanymi plecakami i kijkami trekingowymi) i w zasadzie możemy cieszyć się z przejścia najtrudniejszego szlaku w polskich Tatrach. Przed nami ostatnie podejście na Krzyżne i… tabuny turystów. Niestety…
Od tego momentu Tatry tracą swoje pierwotne piękno. Dzikość ustępuje miejsca dziczy. Z każdym metrem zbliżamy się do gwarnej, wypełnionej po brzegi plaży, na której brakuje tylko stoiska z watą cukrową, parawanów i niedźwiedzia z Krupówek w wersji sunny light. Pokaz mody i rewia dziwolągów. Nie obrażając warszawiaków, stolyca pełną piersią. Klapeczki, laleczki, torebeczki. Od razu tęskni się do gór… Niestety ludzie myślą, że skoro z niewielką zadyszką dali radę dotrzeć nad Morskie Oko i do Doliny Pięciu Stawów Polskich, to bez problemu zdobędą Rysy i przejdą Orlą. Nic bardziej mylnego. Góry weryfikują umiejętności szybciej, niż nam się wydaje. Szkoda tylko, że zamiast pomagać prawdziwym turystom, TOPR musi wysłać helikopter do osób, które nie mają siły by zejść z gór. Smutne, lecz prawdziwe. Dopóki ludzie nie nauczą się szacunku do siebie samego, nie nauczą się szacunku do gór. Nam pozostaje jedynie szukać szlaków, na które nie każdy ma odwagę się wybrać. Orla o poranku i jesienną porą, ciągle może być jednym z nich.



