10 rzeczy, które musisz mieć ze sobą w górach

To może być weekendowy wypad w Beskidy, to może być spacerowa trasa z dzieckiem, to może być kilkudniowe wyjście na szlak – bez względu jaki charakter ma moje górskie przejście, zawsze mam przy sobie przedmioty z poniższej listy. I to nie tylko po to, żeby dźwigać je w plecaku. Doświadczenie nauczyło mnie, że lepiej mieć je ze sobą, nawet jeśli wydaje się, że nie będą potrzebne. I wcale nie przez przypadek ta lista ma 10 pozycji. To faktycznie żelazne elementy każdego z moich wyjść.

1. Mapa (papierowa)

Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy wychodzą w góry bez mapy. Ja wiem, że są komórki, serwisy, GPS-y, ale papierowa mapa to papierowa mapa (najlepiej laminowana). Nie wyładuje się, nie zawiesi, nie przestanie samoistnie działać. I nie ważne, że blisko, że trasa jest znana. Ja bez mapy się nie ruszam. Muszę wiedzieć gdzie, kiedy, i jak dojść.

2. Komórka

Koniecznie naładowana. Telefon do rodziny, do pogotowia górskiego, do przyjaciela. Nie wyobrażam sobie, że w góry nie biorę telefonu. Najlepiej, żeby rano była pełna bateria. Dlatego w tym celu zwykle noszę ze sobą dodatkowy powerbank. A że zwykle w czasie wędrówki włączam tracker, to i bateria zjada sporo energii.

3. Kurtka z gore-texem (lub z inną membraną)

Nie mam jej ze sobą tylko wtedy, gdy jestem w 100% pewien, że na najbliższe dwa dni zapowiadają słońce, a nawet wtedy zawsze waham się czy jednak nie zabrać jej ze sobą. Wiatr, deszcz, chłód – kurtka z membraną skutecznie chroni przed tymi wszystkim warunkami pogodowymi. Nie waży na tyle dużo, żeby nie mieć jej ze sobą. Jeśli fundusze na to pozwalają najlepiej mieć w zestawie dwie: jedną na lato, cienką, z samą membraną, i drugą, grubszą z materiałową podpinką i grubszą membraną na jesienne, zimowe i wysokogórskie wędrówki.

4. Nóż

Mały, rozkładany nóż, zawsze ląduje w kieszeni mojego plecaka. Od dwóch lat używam Baladeo Maringa i jestem z niego bardzo zadowolony. Poręczny, rozkładany, ostry, lekki. Przydaje się nie tylko żeby posmarować kanapkę czy zjeść konserwę ale również na kempingu i w chwilach, gdy trzeba coś zacerować czy naprawić.

5. Czołówka

Trasa w górach nie zawsze wygląda tak, jak ją sobie zaplanowaliśmy. Załamanie pogody, kontuzja, zgubienie szlaku – nawet latem wędrówka może przeciągnąć się na tyle długo, że będziemy schodzić z gór, szukać schroniska lub rozbijać obóz po omacku. Dlatego za każdym razem, nawet gdy wybieram się w Beskidy z dzieckiem (a wtedy chyba nawet jeszcze bardziej), dbam o to, żeby w plecaku wylądowała czołówka a czasami, gdy wędrówka zanosi się na dłuższą, nawet komplet drugich baterii.

6. Buty górskie (za kostkę lub podejściówki)

Odkąd intensywnie chodzę po górach, czyli od jakiś 10 lat, tylko raz zdarzyło mi się nie zabrać w góry obuwia, które nie byłoby trekkingowym butem za kostkę lub renomowanymi podejściówkami (nie licząc wypadu rowerowego na Ukrainę, gdzie świadomie wziąłem obuwie bardziej rowerowe, niż górskie). No i ten raz wystarczył, by już nigdy nie powtarzać takich eksperymentów. Prosta trasa w Słowackim Raju po żelaznych mostkach zawieszonych nad rzeką, została okupiona bolącą opuchlizną w okolicach kostki i tygodniowym kuśtykaniem. Wystarczyło jedno uderzenie nieosłoniętej kostki o skałę. Dlatego z gęsią skórkę patrzę czasami na osoby, które górski szlak traktują jak wybieg mody. Raz, dwa, może ci się udać, za trzecim razem może być różnie. Dobre buty to podstawa!

7. Woda

To niby oczywiste, ale zbyt często wędrowałem z osobami, które albo zapomniały zabrać wodę z samochodu, albo wzięły zbyt małą butelkę, by nie dostrzegać, że nie wszyscy o tym pamiętają. Wodę teoretycznie zawsze można uzupełnić na szlaku, ale w praktyce bywa różnie. Dlatego w zależności od długości zakładanego przejścia i pogody biorę ze sobą małą lub 1,5 litrową butelkę. Tak, wiem, że są te wszystkie butelki Nalgene i inne wynalazki do przenoszenia płynów, ale jakoś przywiązany jestem do tradycyjnej mineralnej w butelce (oczywiście tylko niegazowana). No i wodę ze strumienia też do niej nabierzesz.

8. Batony (coś słodkiego)

Nie jestem miłośnikiem słodyczy. Nawet więcej, praktycznie ich nie jadam (za wyjątkiem kostki gorzkiej czekolady od czasu do czasu), ale w góry zawsze biorę coś, co szybko podwyższy mi cukier i da kopa choć na chwilę. I raczej wybieram w takich chwilach tradycyjnego batona, niż bakalie (czasami banana). W domu nie dałbym rady zjeść Snickersa czy Kit-Kata na raz, na podejściu owszem. Nawet kilka. Mój rekord to 6 batonów wciągniętych na totalnym zmęczeniu podczas końcowego podejścia z Bystrej na Halę Krupową, podczas wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim, gdy uciekałem przed burzą. Całkiem niezłym wyczynem było też zjedzenie na raz całej paczki ciastek na Islandii, gdy musieliśmy dojść do górskiej chaty, schowanej między dwoma lodowcami, a ja ominąłem postój na kanapki.

9. Kijki trekingowe

Jeszcze kilka lat temu widząc człowieka z kijkami trekingowymi w górach, pomyślałbym sobie „i po co ci to żelastwo?”. Dziś to żelazny (aluminowy?) punkt KAŻDEGO mojego wyjścia w góry. Dzieje się tak odkąd miałem poważne problemy z kolanami. Ale nawet gdyby nie dawna kontuzja przeciążeniowa, prawdopodobnie dojrzałbym do tego sam. Kije w górach się po prostu przydają i robią dla nas kawał dobrej roboty. A ponieważ argumentów, dla których warto z nim chodzić mam całą listę, to nie omieszkam napisać o tym w kolejnym poście.

10. Buff (chusta wielofunkcyjna)

Lato, wiosna, jesień, zima – w Buffie chodzę naprawdę cały rok. W porywach miałem trzy takie chusty (jedną ostatnio zgubiłem). Świetnie spisują się jako chusta na głowę, szalik pod szyję, chustka do obcierania potu. W zimę dają dodatkową osłonę przed wiatrem, grzeją, w lato chronią przed słońcem. Można ją wiązać na dziesiątki sposobów. Przyznaję się. Od Buffa jestem uzależniony.

Nie wspominam w zestawieniu o portfelu z dokumentami i małym plecaku, który widać na zdjęciu, bo to chyba oczywista oczywistość.

Be first to comment