Wypad z sakwami vs długodystansowa wędrówka

Od czasu do czasu muszę ruszyć w długą. Wyjść ze strefy komfortu. Zmęczyć się, zaskoczyć, być. Skupić się na prostych rzeczach. Dystansie, pragnieniu, głodzie, zmaganiu, celu. Wyłączyć myślenie. Wyłączyć multitasking. Włączyć świadomość. W takim momencie najlepiej służy mi droga. Pokonywana rowerem lub pieszo. To mój sposób na spokój.

Długodystansowa wędrówka

Jeden dzień to za mało. Dwa, trzy, to krótka odskocznia. Człowiek nie potrafi zostawić brudów za sobą. Ale po kilku dniach nadchodzi taki moment, gdy wchodzisz w trans. To trochę jak medytacja. Tak myślę, bo nigdy nie medytowałem. Ale tak się wtedy właśnie czuję. Lekko. Choć nogi bolą, a ciężar plecaka doskwiera, to w głowie robi się miejsce. Myśli ulatują. To pierwszy etap: niemyślenie. Po prostu idziesz. Chłoniesz to, co obok. Nie tylko oczami. Sobą. Stajesz się częścią tego krajobrazu. Liczy się tylko ten moment. Ten krok, i następny, i następny. Kilometry mijają, a ty idziesz i dobrze ci z tym. Wszystko zaczyna sprawiać ci przyjemność. Uśmiechasz się pod nosem, wąchasz kwiatki, zadajesz pytania o genezę, ronisz łezkę na widok wielkości stworzenia, dostajesz gęsiej skórki, gdy góry rosną przed tobą, a twoje ego i problemy się kurczą. Rodzą się nowe pomysły. Zapełniasz przegródki w głowie, które wyczyściłeś. Ładujesz energię, adrenalina buzuje – znośna lekkość bytu.

Aż wreszcie przychodzi taki moment, gdy robią się odciski. Najpierw na stopach. Te nie są groźne. Przekujesz, przylepisz plaster, idziesz dalej. Groźniejsze są te, których nie widać. Te, na które nie ma plastra. Uwierają, gniotą, pęcznieją. Z każdą chwilą odbierają radość, którą jeszcze niedawno miałeś z wędrówki. Już nie chcesz wędrować, już nie chcesz wąchać kwiatków. Każda góra wygląda tak samo, każdy krok sprawia ból. Każdy poranek to kłótnia z tym drugim tobą. Już ci się nie chce go przekonywać, że to ma sens, że warto, że masz coś do powiedzenia. Marzysz o fotelu, o herbacie, o niechodzeniu, o plecaku zdjętym z barków.

Ale idziesz dalej. Dlaczego?

Bo nie ma większej satysfakcji, niż skończenie czegoś, co zacząłeś. Bo na końcu drogi patrzysz za siebie i za cholerę nie możesz uwierzyć, że się udało.

Rowerowy wypad z sakwami

Z rowerem jest trochę inaczej. Przynajmniej u mnie. Rower to wynik. Liczba kilometrów, którą trzeba przejechać danego dnia. Ludzie, których poznajesz. Sytuacje, w których bierzesz udział. Uśmiechy, które łowisz, gdy przejeżdżasz przez niewielką wioskę. Pytania, odpowiedzi, rozmowy, próby znalezienia właściwej drogi. Zepsute opony, niedziałające przerzutki, bolące tyłki, napuchnięte mięśnie, szczękające kolana. Przedzieranie się przez zatłoczone miasta, dziury, które omijasz, kałuże, w które wpadasz, sakwy, które poprawiasz, podjazdy, które wleką się niemiłosiernie, i zjazdy, które kończą się zawsze za szybko. Ruch, zmiana, niewiadoma. I to jest piękne.

Nigdy nie wiesz, gdzie będziesz spał wieczorem, co stanie się za dnia, jak to się potoczy. Zakładasz 70 kilometrów, przejedziesz 130. Myślisz, że uda się wykręcić stówkę, wyciągasz ledwie pięćdziesiąt. Bo droga nie taka, bo guma, bo źle skręciłeś, bo coś zwiedziłeś, bo się zagadałeś, bo upał, bo zimno, bo pada. Rower to jedna wielka niewiadoma. Kusi by zobaczyć więcej, by wjechać wyżej. Nie ma tu miejsca na kontemplację i skupienie. Przynajmniej nie w takim transowym charakterze, jak podczas pieszej wędrówki. To jego zaleta i wada. Więcej w nim miasta, asfaltu, obcowania z drugim człowiekiem, cywilizacji. Są zabytki, ludzie, większe przestrzenie. Cel jest bardziej rozmyty, zmienny. Jest miejsce na twórczy chaos i improwizację. Dlatego najlepiej nie planować zbyt wiele, tylko dać się ponieść drodze. Zawsze zaprowadzi w ciekawe miejsce.

Więc na co się zdecydować?

Kiedy częściej chodzę w góry, robię kilka przejść z rzędu – tęsknię za rowerem. Gdy siodełko zaczyna wpijać się w zakończenie pleców, a miasto odrzuca, myślę sobie: a mogłem być w górach. Nie wiem co lepsze. Chyba nie mam odpowiedzi. Każda podróż ma inny charakter, inne zalety. W każdej po czasie zaczyna coś uwierać. Ale jedno jest wspólne. Nigdy nie wiadomo co jest za zakrętem. Co cię czeka. Najgorsze są nuda, stagnacja, przeładowanie treści, powtarzalność – przynajmniej w moim przypadku. Wędrówka z plecakiem pozwala oczyścić głowę. Nabrać dystansu. Skupić się na rzeczach prostych. Podróż z sakwami doświadczyć nowego, rzucić się na głęboką wodę, radzić sobie w sytuacjach niecodziennych. W obu przypadkach dzieje się magia. Czas staje się względny, dzień wydłuża się znacznie. Masz wrażenie, że to co przeżyłeś rano, było wczoraj, albo przedwczoraj. Spoglądasz wstecz, na mapę, na licznik, za horyzont. Widzisz, gdzie byłeś. Rośnie w tobie satysfakcja. Masz poczucie dobrze spędzonego dnia. To coś, czego nikt nie może  ci odebrać. To coś, co pcha cię do przodu.

To coś, z czego nigdy nie zrezygnuję.

Be first to comment