Skye Trail: Trotternish Ridge

Kręta, wąska dróżka, nad skrajem klifu. Autobus leniwie pnie się po asfalcie. Za oknem chmury, mży, 15 stopni Celsjusza. Na horyzoncie szare niebo zlewa się z szarym oceanem. Postrzępiona linia brzegowa wyznacza skraj Isle of Skye, drugiej co do wielkości szkockiej wyspy. Właśnie mija moja 23 godzina w podróży, zaraz rozpocznę wędrówkę ku cyplowi Rubha Hunish, najbardziej na północ wysuniętemu punktowi wyspy, który uchodzi za idealną miejscówkę do obserwacji delfinów i waleni.

skye cały

 Skye Trail na całej długości

amplituda

01. Duntulm – Rubha Hunish: 2,3 km

Nocleg: Lookout Bothy

day 1

Początek 130 km szlaku przecinającego wyspę z północy na południe, znaczy budka telefoniczna. Żadnych drogowskazów, słupka, nic. Tylko ona, czerwona, brytyjska do granic możliwości. Para Szwajcarów, również rozpoczynających wędrówkę szlakiem patrzy na mnie, ja patrzę na nich. Zadajemy sobie to samo pytanie: To tutaj?

SONY DSC

Ruszam pierwszy, zostawiając nowopoznanych towarzyszy samych sobie. Ledwie widoczna ścieżka wydeptana w mokrej trawie, wskazuje kierunek. Teren przesiąknięty wilgocią, buty chlapią odrywając się od błota. Nie widać za dużo, krajobraz przysłaniają mgły. Monotonię zielonych wzgórz przełamuje od czasu do czasu samotny głaz albo owca uciekająca w panice. W zasięgu wzroku ocean, fale rozbijają się o skraj wyspy.

Cel na dziś – w wersji optymistycznej – Flodigarry, miejscowość poprzedzająca Trotternish Ridge, pierwsze pasmo górskie na szlaku. W wersji realistycznej –  niewielki bothy  na skraju wyspy, na najbardziej północnym klifie.

Po 40 minutach już wiem, że dziś nie powalczę. Gdy dochodzę do klifu widoczność spada do kilku metrów, wiatr nabiera rozpędu, deszcz staje się rzęsisty. Walczę sam ze sobą: iść dalej, czy rozpocząć prawdziwą wędrówkę jutro? Pierwszy z licznych wyborów, których trzeba będzie dokonać na szlaku.

SONY DSC

Aura i zmęczenie podróżą biorą górę nad chęcią wędrówki. Gdy dostrzegam majaczący na kilfie zarys budynku, nogi same wiodą w tamtym kierunku.

Jest coraz bliżej, rośnie w oczach, wyłania się z mgły. Niewielki kwadrat, szastany z każdej strony przez wiatr i morską bryzę. Trzęsie się, trzaska, ale stoi.

Sięgam do klamki, naciskam. Rozlega się zgrzyt – zaproszenie do środka. Mam nocleg, nie muszę walczyć z rozstawianiem namiotu. Jest dobrze.

W środku dwa pomieszczenia sypialne rozdzielone wąską, powiedzmy, że kuchnią. Piętrowa prycza, a w drugim pokoiku sporo podłogi do rozłożenia karimaty. Wybieram „salon” z widokiem na ocean. Co prawda bez „łóżka”, ale za to z okienkiem, pseudo kominkiem, kilkoma książkami i tablo, na którym opisane są najpopularniejsze gatunki waleni. Jest też lornetka do ich obserwacji.

Ale dziś nic nie wypatrzę. Mgła zakryła morze, wieje, pada, dudni. Dobrze, że Szwajcarzy dotarli w to samo miejsce, przynajmniej trochę raźniej.

Rozmawiamy trochę o górach, życiu zawodowym, przepraszamy się nawzajem w ciasnej „kuchni”. Zwykłe uprzejmości.

Lookout Bothy (kliknij zdjęcie)

 

Znużenie przychodzi zaraz po kolacji. Dopada mnie w śpiworze, na przeglądaniu atlasu flory i fauny wysp brytyjskich. Przymykam oko. Gdzieś w oddali rybacki trawler wyje niemiłosiernie, przebijając się przez morskie fale. Po łomoczących coraz bardziej drzwiach wejściowych wnoszę, że na zewnątrz rozpętała się prawdziwie szkocka aura. Owijam się śpiworem. Zasypiam.

SONY DSC

Północny kraniec wyspy

Budzą mnie ściszone głosy i światło. Komu chciało się wędrować w to miejsce o takiej porze i przy takiej pogodzie? Odpowiedź jest prosta – Szkotom. Są przemoknięci, są zmęczeni, ale zadowoleni. Pochodzą z Edynburga, a na powitanie zaskakują mnie karcianą sztuczką. Sean, z którym dzielę „salon”, okazuje się iluzjonistą.

02. Rubha Hunish -Baca Ruadh: 27 km

Nocleg: dziki camping

day 2

  • Rubha Hunish – Flodigarry

Gdy rano zarzucam plecak na ramiona, towarzystwo śpi. Cicho wymykam się z bothy i ruszam wzdłuż klifu na południe. Pogoda początkowo wydaje się odrobinę lepsza, niż wieczorem. Duże zachmurzenie, wieje, ale nie pada.

„Odrobinę lepsza” szybko zamienia się jednak w „coraz gorsza”. Nie dość że jest bardzo mokro (czytaj rozmiękła breja), że ścieżki zupełnie nie widać (a w ogóle jakaś była?), to do tego wszystkiego zaczyna jeszcze padać. Z ukosa, zacina za kołnierz, chłoszcze po policzkach. A do tego wiatr od oceanu wzbiera na sile, jakby ktoś miarowo dociskał kowalski miech.

W głowie rodzą mi się myśli, o które nie podejrzewałbym się tak szybko. Może się wycofać? Przeczekać? A jeśli tak będzie przez cały czas?

SONY DSC

Początkowo trasa biegnie wzdłuż samego brzegu wyspy, tuż przy klifie. Ścieżki praktycznie brak.

Szybko dławię miejskie alter ego kwilące mi do ucha. Zarzucam kapotę głębiej na głowę i ruszam  przed siebie. To pierwszy i jedyny raz, gdy zawaham się na szlaku. Dalej będzie tylko ciekawiej. I mokrzej.

Pierwszy, 8 kilometrowy etap, to za wyjątkiem podejścia pod bothy, ciągła wędrówka przy klifie. Brytyjczycy mają na taki szlak określenie – coastal path. Gór jeszcze nie ma, chowają się w chmurach na horyzoncie, ale i tak jest ciekawie. Klify opadają do morza stromą ścianą, a nieregularna linia brzegowa co chwila zaskakuje interesującą skałą, skalnym łukiem, albo bazaltowymi słupami, o które rozbijają się fale. Trzeba tylko uważać, żeby w ferworze pstrykającej migawki nie podejść zbyt blisko krawędzi.

SONY DSC

SONY DSC
SONY DSC
Jeden z dwóch drogowskazów, które spotkałem na szlaku…

SONY DSC

Klimat podbija pogoda. Przestaje padać, chmury lekko się rozchodzą, przepuszczając światło. Typowy efekt boskiej draperii stworzonej z promieni słonecznych ostatecznie rozwiewa moje wątpliwości. Czuję znajomy dreszcz emocji. Z każdym następnym załomem skalnym rośnie ekscytacja i zaciekawienie. Chcę się iść.

Wybrzeże między Duntulm a Flodigarry (kliknij zdjęcie)

 

  • Flodigarry – Quiraing

Pierwsza (większa) wioska na szlaku to Flodigarry. Jest tu hostel i hotel. W tym pierwszym uzupełniam wodę i kupuję szczoteczkę do zębów, w tym drugim poznaję smak lokalnego browarnictwa, zamawiając małą pintę ciemnego stouta. Za chwilę wejdę w Trotternish Ridge, 30 kilometrowe pasmo, które powstało na skutek gigantycznego osunięcia ziemi. Choć te wzgórza nie znajdują się bezpośrednio przy oceanie lecz kilka kilometrów od linii brzegowej, to jako żywo przypominają klif. U góry rozległe płaskie plateu, porośnięte trawą. Za to na krawędzi lita skała. Wysoka, dochodząca do ponad 700 metrów w najwyższym punkcie. Długi, zamieszkały tylko przez owce wał ziemi, owiewanej przez wiatr od pobliskiego oceanu. Dzikie, typowo szkockie krajobrazy.

W pierwszej części – Quiraing, idzie się u podstawy skalnej ściany, zadzierając głowę do góry. W drugiej, po przecięciu asfaltowej drogi, którą co roku Szkoci muszą reperować – ziemia w tym miejscu ciągle się bowiem przesuwa – spogląda się z kolei w dół, w kierunku morza, podziwiając rozległe widoki.

SONY DSC

Loch Langaig – początek Trotternish Ridge

SONY DSC

Wejście w pasmo zaczyna się tuż za malowniczym jeziorkiem Loch Langaig. Ścieżka kluczy między kamieniami, by po minięciu kolejnego jeziorka i przejściu niespełna 2 kilometrów, doprowadzić nas do podstawy ściany. Wysokiego, postrzępionego muru, który niczym skalny zamek strzeże przejścia. Ściana robi wrażenie majestatem i wielkością. Wbija w ziemię.

SONY DSC

Początek Trotternish Ridge – najlepsze dopiero przed nami

Ścieżka prowadzi tuż przy niej dając możliwość podziwiania jej natury. Szyja boli od ciągłego spoglądania w górę. Dopiero po kilkudziesięciu metrach, widoki otwierają się też na drugą stronę, w kierunku oceanu. Ale najciekawsze ciągle przed nami. Quiraing, to najbardziej postrzępiony i zróżnicowany fragment grani. Malownicze załomy skalne, wieżyczki, baszty, murki… Nic dziwnego, że w tym miejscu pojawiają się turyści nastawieni na trochę krótsze trasy. Pomaga im w tym bliskość drogi przelotowej, przecinającej pasmo ze wschodu na zachód.

SONY DSC

Quiraing w pełnej okazałości

SONY DSC
SONY DSC
Quiraing (kliknij zdjęcie)

Do głównych atrakcji należą dwie spiczaste formacje skalne – The Prison (Więzienie) i The Needle (Igła). Ścieżka prowadzi dokładnie między nimi, jakby przez kamienną bramę z dwoma olbrzymimi basztami. Miejsce nasuwa skojarzenia z antycznymi, zapomnianymi przez czas ruinami, które utraciły swą dawną świetność na skutek wszechobecnego wiatru i deszczu. Od tego momentu widoki robią się prawdziwie tolkienowskie.

Okolice The Prison i The Needle (kliknij zdjęcie)

Zaraz za zejściem ze wspomnianej bramy, ścieżka wypłaszcza się, a przed nami rozpościera się panorama, która na długo zostaje w pamięci. Rozległa równina, z szeregiem zielonych wzgórz o ściętych nieregularnych bokach. Tuż obok nich wijąca się nitka drogi, a dalej długi, skalisty wał Trotternish Ridge. Jeszcze dzikszy i bardziej bezludny, niż północna część. Kwintesencja Skye.

SONY DSC

Widok na drugą cz. Trotternish Ridge

SONY DSC

  • Trotternish Ridge – camping w okolicy Baca Ruadh

Droga przecinająca Trotternich Ridge to dość tłoczne i głośne miejsce. Niemieccy emeryci, japońscy amatorzy fotografii i grupki wszechobecnych Amerykanów – wszyscy oni przyjeżdżają tu samochodami, by zobaczyć chociaż fragment Quiraing. W przeciwieństwie bowiem do drugiej części pasma, ta pierwsza jest dosyć łatwa i może ją przejść praktycznie każdy.

SONY DSC

Droga przecinająca Trotternish Ridge

Ale wystarczy wspiąć się na pierwsze wzgórze za drogą, by cieszyć się samotnością. A widok jest stąd naprawdę wyjątkowy. Z kategorii tych, które zostają z tobą na lata i powracają pod powiekami, gdy siedzisz zamknięty w czterech ścianach.

Stoję więc i patrzę. Chłonę obrazy. Choć godzina popołudniowa, a przede mną praktycznie jeszcze 2/3 grani. Już wiem, że nie dam rady przejść jej na raz. Trzeba będzie rozbić namiot gdzieś po drodze. Póki co pogoda mi dopisuje, choć teraz zrobiło się już bardziej wietrznie, a na niebie z powrotem pojawiły się chmury.

Tymczasem drugi odcinek Trotternish jest dużo bardziej mokry i dziki. Ścieżka prowadzi tuż przy krawędzi grani. Za każdym zakrętem oczy wychodzą z orbit. W dole sporo niewielkich jeziorek, na horyzoncie morze, a u podnóża ściany skalne półki, ostańce i szpice skalne. Pustka, cisza. Tylko owce, wiatr i trawy.

SONY DSC

Wzgórza falują raz w górę, raz w dół, dochodząc do 466 metrów w okolicach szczytu Biodha Buidhe. Technicznie przejście nie jest zbyt wymagające, lecz jeśli chodzi o warunki przyrodnicze to buty non stop chlapią i nasiąkają wilgocią. Cały czas trzeba lawirować między kałużami wody i kępkami błotnistej brei. Nigdy nie wiadomo, kiedy but straci oparcie.

SONY DSC

Ścieżka prowadzi tuż przy wąskiej grani

SONY DSC

Przed podejściem na bardziej wzniosły Beinn Edra (611 m n.p.m.) robię krótką przerwę na kanapkę. Gdy obracam się w kierunku, z którego przyszedłem, dostrzegam rosnącą z każdą chwilą smoliście ciemną chmurę. Szybko porusza się  w moim kierunku pchana przez wiatr. Pogoda wraca do szkockiej normy.

Kiedy staję na wierzchołku Beinn Edra, wiatr łopocze kurtką na wszystkie strony. Spoglądam na mapę i wyznaczam cel na dziś – Hartaval, szczyt poprzedzający najwyższy w paśmie The Storr. Tam, jeśli pogoda pozwoli, będę chciał rozbić obóz.

SONY DSC

Na Beinn Edra wieje dość konkretnie

SONY DSC

Droga znowu w dół. Po chwili znowu w górę. Przechodzę przez odcinek, gdzie grań dwukrotnie traci swój ciągły charakter i wypłaszcza się do postaci zwaliska luźno leżących kamieni i skał. Po drodze mijam kilka miejsc z pozostałościami po zagrodach dla owiec, kamienne murki i resztki metalowego płotu. W jednym z takich miejsc poważnie zastanawiam  się nad rozbiciem obozu. Mur jest dość wysoki, solidny, dobrze chroni przed wiatrem. Panorama piękna. Tylko godzina jeszcze w miarę młoda, szkoda nie podejść jeszcze kawałek dalej.

Więc idę.

SONY DSC

SONY DSC

Dochodzę do miejsca, w którym grań odbija w bok kamiennym rozległym stołem. To Sgurr a` Mhadaidh Ruaidh (593 m n.p.m.) – Szczyt Czerwonego Lisa. Doskonały punkt widokowy i niezwykle malownicze miejsce. Świetnie widać stąd zarówno północną, jak i południową część grani. Od wschodu ogranicza ją rozległa równina, przez którą płynie meandrująca rzeka Lealt, a dalej rozlewa się ocean. W kierunku zachodnim odbija natomiast boczny grzbiet grani, tworząc wciętą dolinę.

Kolejny raz zastanawiam się nad rozbiciem obozu. Ogromne głazy rozrzucone na trawiastym wypłaszczeniu stanowią idealne miejsce osłaniające przed wiatrem. Kolejny raz decyduję się iść jednak dalej.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Po mniej więcej 30 minutach, już wiem, że podjąłem złą decyzję. Mgła schodzi nagle i bez ostrzeżenia. Widoczność spada do kilkudziesięciu… kilkunastu… kilku metrów. Zaledwie w parę minut. Decyduję się na powrót i rozbicie obozu na kamiennym stole. Dalsza wędrówka w takiej mgle nie ma najmniejszego sensu, łatwo zgubić kierunek, albo podejść zbyt blisko grani.

Mimo, że idę praktycznie po własnych śladach, mam wątpliwości czy zmierzam w dobrym kierunku. A jeśli odbijam w boczną grań? Nie ma co chodzić we mgle. Przy pierwszej nadarzającej się  okazji rozbijam namiot. Kilka większych kamieni i niewielki stok powinny dać mi odrobinę osłony od wiatru.

SONY DSC

Boczna grań

Kiedy namiot stoi, mgła rozwiewa się. Jestem kilkaset metrów od kamiennego stołu, odrobinę wyżej, w okolicach szczytu Baca Ruadh (639 m n.p.m.). Około 45 – 60 minut od Hartavalu. Ale na dziś wystarczy.

Maszynka idzie w ruch. Gotuję wodę, przygotowuję posiłek. Pijąc ciepłą herbatę i wciągając nitki makaronu, obserwuję jak mgła przychodzi i odchodzi, biorąc grań w objęcia. W ciągu kilkudziesięciu minut pogoda zmienia się dwa razy. Dzikość i pustka.

Wsuwam się w ciepły śpiwór. Do snu kołysze mnie deszcz uderzający o tropik.

Trotternish Ridge (kliknij zdjęcie)

 

03. Baca Ruadh – Torvaig Campsite: 24 km

Nocleg: Torvaig Campsite

day 3

 

  • Baca Ruadh – Old Man of Storr

Nad ranem chłodno. Siedem, dziewięć stopni. Mgiełki unoszą się nad granią, ustępując miejsca promieniom słonecznym. Uzupełniam wodę w pobliskim strumieniu, zwijam obóz i w drogę.

SONY DSC

Na horyzoncie rośnie The Storr (719 m.n.p.m), najwyższy w całym paśmie. To u jego podstawy znajduje się najbardziej znana skała na wyspie – Old Man of Storr. Z dużym prawdopodobieństwem to właśnie ją ujrzycie, gdy wpiszecie w wyszukiwarkę internetową nazwę Skye.

SONY DSCNa pierwszym planie Hartaval na drugim The Storr
SONY DSC

Zanim zobaczę ją z  bliska czekają mnie dwa wymagające podejścia. Najpierw wspomniany wcześniej Hartaval a potem Storr. Oba wybitne, wyrastające na 150 -200 metrów nad okolicę.

Tuż przed Hartavalem grań opada stromym, trawiastym zboczem, tworząc niewielką dolinę. Ostrożnie pokonuję zejście, przechodzę resztki płotu wyznaczającego granicę pastwisk i rozpoczynam podejście po kamienistym zboczu. Właśnie wtedy zaczyna padać. Dość intensywnie.

SONY DSC

Dość strome podejście na Harvatal poprzedza niewielka dolinka

Znowu nic nie widać, znowu wieje. Znowu nagle i niespodziewanie. Kolejny raz po omacku. Wyciągam kompas, koryguję kierunek marszu. Tak bardzo oczekiwany cairn wyznaczający drugi najwyższy szczyt grani, przechodzi bokiem. Gdy chmury opadają, jestem już ewidentnie za głównym wzniesieniem. Za mną piękna linia Trotternish Ridge, przede mną majaczą dwie postaci. Pierwsze osoby, które spotykam od momentu przecięcia asfaltowej drogi w okolicach Quiraing.

SONY DSC

Panowie mają dobrze po pięćdziesiątce, ale wyglądają na typowych wymiataczy – Szkot i Kanadyjczyk. Wymieniamy kilka uwag o trasie i pogodzie (która, jak uświadamia mi Szkot, jest całkiem niezła), gaworzymy przez chwilę i każdy rusza w swoją stronę.

Przede mną ostatni etap – The Storr.

Na podejściu spotykam kolejną dwójkę wędrowców. Tym razem Holendrzy, młodzi, mają może 19-20 lat. Też z dużymi plecakami, też planują cały Skye Trail.  Mapy znowu idą w ruch, „wymieniamy” się dogodnymi miejscówkami na camping, ostrzegamy przed trudniejszymi fragmentami, życzymy sobie słońca.

Widzę ich pomarańczowe kurtki, gdy wspinają się po zboczu Hartaval. Ja jestem już prawie na najwyższym szczycie Trotternish Ridge. Sam wierzchołek poprzedza rozległa polana, z której doskonale widać drogę jaką się przebyło. Pionowa, wystawiona na wiatry i deszcz ściana długiej na 30 kilometrów grani wywiera niezapomniane wrażenie.

SONY DSC

Tuż przed szczytem szlak odbija na południowy-wschód i trawersuje grań z boku prowadząc do Old Man of Storr, lub wspina się dalej na północ osiągając najwyższe wniesienie Trotternish Ridge.

Wybieram opcję numer dwa. Nie wyobrażam sobie, że nie wejdę na The Storr.

Panorama ze szczytu bardzo rozległa. Doskonale widać dwie opcje, jakie wędrowiec ma w tym miejscu do wyboru. Na zachodzie ciągnie się ostatni odcinek grani z najwyższym na tym odcinku Bean Dearg (552 m n.p.m.), na wschodzie morze i skaliste klify, przy których prowadzi bardziej uczęszczany szlak. Pomiędzy obiema trasami dwa rozległe jeziora i droga prowadząca do największego na wyspie miasta – Portree.

Decyduję się na przejście wzdłuż morza, tylko w taki sposób zobaczę Starca ze Storr.

Panorama ze szczytu The Storr (kliknij zdjęcie)

 

Wracam na rozległy stok poprzedzający główny wierzchołek i trawersując zboczę The Storr, kieruję się w dół. Zaraz na początku podejścia dostrzegam pierwszą grupę turystów, i drugą, w oddali trzecią. Im niżej, tym ludzi coraz więcej. Okolice najbardziej znanej skały w Szkocji, są oblegane o każdej porze roku, bez względu na pogodę.

Po kilkuset metrach osiągam granicę grani i wchodzę na teren usiany kamiennymi ostańcami i głazami. Zza zakrętu wyłania się strzelista maczuga, grająca pierwszoplanową rolę pośród lasu niezwykłych formacji skalnych. Strzelista, smukła, osiągająca wysokość 50 metrów. Jedyna w swoim rodzaju. Grała m.in. pierwszoplanową rolę w scenie otwarcia w filmie Prometeusz.

SONY DSC
SONY DSC
Old Man of Storr, w tle The Black Cuillin

Szkoda tylko, że dookoła tyle ludzi. Nie można w spokoju nacieszyć się widokiem, przykadrować zdjęcia. Bliskość parkingu i ulicy, sprawiają, że Starzec ze Storr ma bardzo wielu odwiedzających. A jest tylko jednym z wielu niezwykłych formacji, które można oglądać w tym miejscu, cały teren usiany jest bowiem skalnymi ostańcami. Całokształt krajobrazu dopełnia niewielkie jeziorko i odległy widok na Black Cullin, najbardziej postrzępione góry Wielkiej Brytanii. Koniec Trotternish Ridge to prawdziwa zachęta do dalszej wędrówki.

SONY DSC

SONY DSC

3 komentarze

  • Odpowiedz Listopad 19, 2015

    Monika

    Dzięki Twojej relacji znów wróciłam w miejsca, które pokochałam. Dziękuję i pozdrawiam:)

    • Odpowiedz Listopad 20, 2015

      Czubaka

      Wyspa piękna, ale jak oni żyją w tych wioseczkach nad klifem, to nie wiem 😉

  • Odpowiedz Sierpień 20, 2017

    Agnieszka

    Rewelacja! Inspirujesz!

Leave a Reply