„Everest” vs „Wszystko za Everest” – recenzja filmu i książki

Spodziewałem się po tym filmie sporo. Apetyt podsycili znajomi, którzy choć po górach nie chodzą, filmem się zachwycili. W końcu i ja poszedłem do kina. Po seansie sięgnąłem po książkę – było nie było, zaliczaną do kanonu górskiej literatury – żeby sprawdzić, czy słowo pisane ciągle wygrywa z ekranizacją.

Magia najwyższych szczytów nieuchronnie przyciąga tysiące ludzi. Everest, kiedyś granica granic i nieosiągalne marzenie dziesiątek wspinaczy dziś ma swoją cenę. Kosztuje od 25 do 60 tys. $. Liczbę osób, która jest w stanie wyłożyć tę kwotę  co roku szacuje się na około 200 osób. Korki, śmieci i nieprzygotowani wspinacze  z roku na rok odbierają majestat najwyższej górze świata. Lecz cóż, przecież każdy ma prawo marzyć. Nawet jeśli wcześniej nie wspinał się bardzo intensywnie i świadomie. Od czego są szerpowie, przewodnicy i poręczówki.

Najgorsze jest to, że nawet jeśli buntujesz się przeciwko takiemu stanu rzeczy, to gdy nadarzy się okazja, trudno się jej oprzeć (ja bym się nie oparł). Podobnie miał Jon Krakauer, dziennikarz magazynu Outside. Gdy dostał od swojego redaktora propozycję opisania rosnącego problemu komercyjnych wypraw na najwyższą górę świata, jego dawne marzenia odżyły ze zdwojoną siłą. Zrobił wszystko co w jego mocy, by wejść razem z uczestnikami na szczyt.

SONY DSC

Wszystko działo się prawie 20 lat temu. W maju 1996 roku. Tej wiosny, na stoku Czomolungmy znalazło się kilkudziesięciu wspinaczy z kilku komercyjnych wypraw, prowadzonych przez doświadczonych przewodników górskich, którzy za punkt honoru założyli sobie wprowadzić swoich klientów na szczyt.

Nadmierne ambicje, chęć wywiązania się z podjętych zobowiązań, brak doświadczenia klientów, tłumy wspinaczy, a wreszcie nagłe załamanie pogody, sprawiły, że walka z marzeniami zamieniła się w walkę o życie. Najbardziej tragiczne do tej pory.

Tamtego dnia ze szczytu nie wróciło aż 8 osób. Ci, którzy wrócili, długo nie mogli poradzić sobie z traumą, jaka się u nich pojawiła. W anglojęzycznych mediach tragedia ta wywołała lawinę komentarzy, krytyki i opinii porównywalną na naszym lokalnym podwórku z zimową tragedią na Broad Peak.

SONY DSC

Uczestnicy wyprawy, w której wziął udział Krakauer.

Krakauer, autor słynnej książki „Into the wild”, który wziął udział w wyprawie z przyczyn zawodowych i ambicjonalnych, też nie potrafił poradzić sobie z tamtejszymi wydarzeniami. Oprócz zakontraktowanego artykułu do magazyny „Outside”, napisał książkę, która nominowana została później do nagrody Pulitzera i przez długie tygodnie utrzymywała się na listach bestsellerów.

Na podstawie tej książki powstał właśnie film. Lepszy czy gorszy od pierwowzoru? Trudno powiedzieć jednoznacznie. Warto natomiast podkreślić plusy obu produkcji. Wyciągnięcie wniosków zostawiam wam.


KSIĄŻKA

+

Opowieść snuta jest z perspektywy jednej osoby – dziennikarza Jona Krakauera – co sprawia, że łatwiej jest nam wejść w skórę bohatera, poczuć całą sytuację i klimat tamtych wydarzeń. W filmie główny bohater jest rozmyty, niezbyt wyrazisty. W zasadzie odgrywa go Rob Hall – głównodowodzący wyprawy, w której brał udział Krakauer – ale postać nie jest jakoś dobitnie zarysowana, a i inni bohaterzy są dosyć „płascy.

+

Książka dużo bardziej pogłębia temat i przekazuje znacznie więcej informacji, wprowadzając czytelnika w historię zmagań z najwyższą górą świata, ludzi, którzy się z nią „mierzyli” i ginęli na jej stokach. Jest tu miejsce na opis zasad na jakich działają wyprawy komercyjne i pytania dotyczące komercjalizacji Everetu. W filmie z oczywistych przyczyn, tego wszystkiego brak, akcja skupia się wyłącznie na tu i teraz.

+

Więcej tu miejsca na rozważania i próbę odpowiedzi na pytanie „po co?”. Po co ludzie decydują się wchodzić na wysokość równą lotowi Airbus’a i dobrowolnie godzić się na niedobory tlenu, odmrożenia i obumieranie własnego ciała. W filmie są może 2-3 krótkie sceny, które poruszają ten aspekt. Motywacje bohaterów w większości przypadków nie są jednak do końca jasne.

+

Książka sukcesywnie wprowadza nas w klimat, napięcie rośnie z każdym kolejnym obozem, w którym aklimatyzują się bohaterowie. Nie odczuwa się wrażenia długiego rozwijania akcji, od początku jest ciekawie (choć nie ma jakiejś błyskotliwej akcji) – głównie dzięki reminiscencjom historycznym i osobistym autora. Film podzielony jest w zasadzie na dwie części. Część pierwsza – przygotowania do wejścia (czytaj: spokój, cisza i nic się nie dzieje). Część druga – 10 minut wspinaczki i „fakap” na zejściu (czytaj: trochę akcji, tuż na koniec filmu). Nie bez znaczenia jest tu pewnie specyfika medium – książka z zasady wymaga skupienia i wyciszenia, łatwo przychodzi więc nam obcowanie z takim rozwojem akcji. Od filmu akcji oczekujemy natomiast… akcji. Gdy nie dostajemy jej przez godzinę filmu, seans traci impet.

FILM
+

Całkiem ciekawe, choć bynajmniej nie wybitne, zdjęcia Himalajów. Działają oczywiście na wyobraźnię, budują klimat, ale jakoś nie do końca potrafię w nich dostrzec naturalne piękno.

+

Prosta, esencjonalna historia o walce człowieka z naturą, bez niepotrzebnego filozofowania i metafizyki (to plus, jeśli myślimy o dobrym kinie na piątkowy wieczór).

+

Dobrze pokazana „kuchnia” wspinaczki i specyfika gór wysokich. Nie trzeba być fanem gór, himalaizmu i outdooru, żeby zrozumieć tę historię i poczuć emocje towarzyszące wspinaczom.

AUTOR: Jon Krakauer
WYDAWNICTWO: Mayfly 
ROK WYDANIA: 2009
LICZBA STRON: 293

Be first to comment