Detroit – Sekcja zwłok Ameryki

W 1950 roku Detroit liczyło 1.8 mln mieszkańców, 83% z nich miało białą skórę. Dziś proporcje są dokładnie odwrotne, ponad 82% mieszkańców to Afroamerykanie, a w mieście mieszka niecałe 700 tys. osób. Biali uciekają z metropolii, która było niegdyś stolicą amerykańskiej motoryzacji. Jednak jeden z nich postanowił wrócić i napisać książkę o rozpadzie amerykańskiego snu. Wyszło mu to nad wyraz dobrze.

Charlie Leduff urodził się w Detroit. Jednak karierę dziennikarską zrobił w New York Timesie, gdzie za cykl artykułów na tematy rasowe otrzymał nawet nagrodę Pulitzera. Jednak zmęczony życiem w Nowym Yorku postanowił wrócić na stare śmieci i spróbować opisać przyczyny upadku rodzinnego miasta.  Miasta symbolu, które przez długi czas uchodziło za ziemię obiecaną i jedną z najbogatszych metropolii w Stanach. Do którego napływała nie tylko czarnoskóra ludność z południa, lecz również biedni Europejczycy ze środkowej i wschodniej części starego kontynentu, w tym i z naszego kraju. Bo to właśnie tu, w fabrykach Forda, Chryslera i General Motors, można było znaleźć „wymarzoną” pracę i poczuć się Amerykaninem.

Jednak od połowy lat 60-tych Detroit zaczęło się psuć. Od środka. Trawione przez przestępczość, zamieszki, korupcję polityków, konflikty rasowe, przekupstwa i defraudacje. Powoli, rok po roku, kolejne dzielnice pustoszały, a biała, lepiej sytuowana ludność przenosiła się na przedmieścia. Od lat granicę między białymi a czarnymi, stanowiła słynna 8 mila, ulica, która podzieliła miasto, a którą w popkulturze spopularyzował  film z udziałem Eminema.

„8 mila” z główną rolą Eminema – finałowa scena

Diametralnie wzrosła przestępczość, a liczba podpaleń i zabójstw, na zmianę przysparzała Detroit miano miasta z największą liczbą pożarów lub morderstw, ścigając się w tym niechlubnym wyścigu z Baltimore. A żeby tego było mało, korporacje z Wielkiej Trójki samochodowej bankrutowały jedna za drugą, doprowadzając ostatecznie miasto położone  w cieśninie miedzy Wielkimi Jeziorami, do gospodarczego upadku.

Detroit czyta się jak najlepszy kryminał noir. Oto oblicze walącego się miasta, w którym rzeczywistość jest bardziej czarno-biała niż Sin City Franka Millera.

I właśnie do takiego Detroit wraca autor. Pogrążonego w kryzysie, gospodarczym marazmie i ludzkiej znieczulicy. I wychodzi na ulicę. Pisze o prawdziwych ludziach. Prowadzi autopsję miasta na żywej, społecznej tkance. Pokazując nam historie strażaków, którzy muszą borykać się z plagą umyślnych podpaleń, polityków, którzy są na tyle bezczelni, że kradną publiczne pieniądze w biały dzień, i gangsterów, którzy nie przejmują się nikim i niczym, oprócz dystrybucji kolejnej paczki narkotyków.

Widzieliście serial The Wire – Prawo ulicy? Ta książka jest właśnie taka. Do bólu szczera, mroczna i prawdziwa. Pokazująca oblicze Ameryki, które chowa się w cieniu, w które trudno uwierzyć. Tyle, że w przeciwieństwie do powyższego filmu, tu nie ma mowy o literackiej fikcji. I właśnie to jest w tej książce najbardziej przerażające. Nie da się jej przeczytać nie dotykając brudu.

LeDuff, tak jak policjanci ze znanego serialu, dziejącego się w Baltimore, odbija się od kolejnych drzwi, poznaje przygnębiającą prawdę, gromadzi dowody i fakty, lecz kompletnie nic nie może z nimi zrobić. Bagno biurokracji i zobojętnienia, w które brnie jest bowiem na tyle głębokie, że wciąga każdego, kto próbuje dogrzebać się w nim do prawdy.

Tę książkę czyta się jak najlepszy kryminał noir. Choć zupełnie nim nie jest. Autor ma zadziwiający dar pisania w sposób bezpośredni i szczery, lecz nie obsceniczny, sprawiając, że zamiast nadętego dziennikarzyny, między wierszami dostrzegamy chandlerowskiego bohatera z zagmatwaną przeszłością, problemami rodzinnymi, nałogami i lękami, które są równie silne, jak zmory dręczące jego bohaterów. Tak, jakby miasto, które próbuje zrozumieć i naprawić, drzemało także w nim.

„The Wire” – prawdopodobnie najlepszy serial / film o amerykańskiej ulicy ever. I choć dzieje się w Baltimore a nie Detroit, to dotyczy dokładnie tych samych problemów.

Detroit to reportaż (?), którego w Polsce chyba jeszcze nie było. Przynajmniej jeśli chodzi o styl. Jednych ujmie dusznym klimatem Ameryki, niczym z Sin City Franka Millera albo serialu True Detective, innych namacalnymi, pełnokrwistymi bohaterami albo działającymi na wyobraźnię obrazami i opisami miasta widma, które stało się symbolem upadku wielkiego marzenia.

Mnie ujęło każdym z tych elementów, sprawiając, że jeszcze bardziej chciałbym zajrzeć w okiennice tamtejszych martwych kamienic, na opustoszałe podwórka i kamienne gmachy, które lata świetności mają dawno za sobą. I to mimo wiedzy na temat skali przestępczości w tej metropolii. A może właśnie dlatego…

Dobra książka, żeby zacząć przygodę z reportażem. W gruncie rzeczy udaje bowiem, że jest literaturą zupełnie innego gatunku.

943b2c97-b487-40da-b709-1aceff574e37_900x

TYTUŁ: Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

AUTOR: Charlie Leduff

WYDAWNICTWO: Czarne

ROK WYDANIA: 2015

LICZBA STRON: 296

Be first to comment