Wataha – serial niekoniecznie o Bieszczadach

Sporo się po tym serialu spodziewałem. Sporo sobie obiecywałem. Ale się rozczarowałem. Wyszło jak zawsze. No, prawie jak zawsze. Nie mogę powiedzieć, że serial mi się nie podobał, że totalna klapa i dajcie sobie spokój z oglądaniem. Nie. Jak na polskie warunki serial trzyma poziom, do którego zbliżyło się niewiele rodzimych produkcji. Ale czuję się rozczarowany. Żeby nie napisać oszukany.

Film poprzedzała bardzo udana i wzbudzająca ciekawość kampania promocyjna. Atrakcyjnie pomyślany serwis internetowy, minireportaże filmowe o Bieszczadnikach, klimatyczny utwór Tołhajów promujący serię, cały numer „Dużego Formatu” poświęcony temu pasmu, do tego niezła obsada, no i w końcu sam temat. Bieszczady, ostatnie dzikie góry w Polsce (przynajmniej w powszechnej opinii rodaków i filmowców). Samograj.

I choć wiedziałem, że nie jest  to serial o górach, tylko sensacyjno-kryminalna intryga, z pogranicznikami w  roli głównej, to i tak miałem nadzieję, że znajdzie się tam miejsce na żyjących tam ludzi, na zwyczaje, na folklor, na piękne pejzaże, na wyjątkową muzykę. Niestety myliłem się. Kolejny raz dostaliśmy film, który ledwie muska temat. Który ledwie przebiega po nim okiem kamery. Kilka ogranych lokacji, powtarzane ujęcia strażnicy w Ustrzykach Górnych, parę mgiełek unoszących się nad połoninami, rezerwat Sine Wiry, dwa ujęcia Soliny. To wszystko. Jeśli chodzi o zdjęcia, i zawartość Bieszczad w Bieszczadach, to jest przeciętnie.

fb_image_wataha

I gdyby tylko fabuła była spójna i logiczna, a przemiany bohaterów wiarygodne, to przełknąłbym serial gładko, z zaciekawieniem czekając na kolejne odcinki i rozwiązanie intrygi. Ale niestety tak nie jest. Dłużyzny, nic nie wnoszące oniryczne sceny, nielogiczne dziury w scenariuszu, dziwne zbiegi okoliczności, niezrozumiała motywacja bohaterów, gra aktorska, która pozostawia sporo do życzenia (niezapadający w pamięć Topa, sztywna – dosłownie – pani prokurator). Bardzo, bardzo chciałem się tym serialem zachwycić, ale nie mogę. Nie mam chyba w sobie tyle entuzjazmu. I naprawdę nie wiem skąd bierze się on u osób, które uważają go za wyjątkowo udany. Dla mnie jest po prostu lepszy od telewizyjnej sieczki, która leci na naszych stacjach. Co nie znaczy, że jest wybitny.

Moim zdaniem producentom zabrakło ikry (i funduszy). Widocznie Bieszczady nie były dla nich na tyle atrakcyjne i ciekawe, żeby w pełni poświęcić im uwagę. Żeby zaufać, że udźwigną historię. Zamiast opowieści o wyjątkowym regionie i ludziach, postawili na trzymającą w napięciu (taki był przynajmniej zamiar) historię, opartą na sensacyjnym schemacie pełnym wybuchów i trupów. A wystarczy spojrzeć na promujące serial minireportaże, żeby zobaczyć jaki potencjał jest w tym regionie i zamieszkującym go ludziach.

Te krótkie, niskobudżetowe filmiki są dużo ciekawsze, niż sam serial. Który, notabene, kończy się w momencie, który mógłby być co najwyżej połową serii. A jeśli wspomnieć pogłoski, jakoby drugi sezon miał w ogóle nie powstać, to frustracja spowodowana oglądaniem „Watahy”, tylko wzrasta.

Na pocieszenie pozostaje obejrzeć wspomniane reportaże o Bieszczadnikach.

Be first to comment