Tour dwa miasta – czyli 180 km w jeden dzień

Jakiś czas temu, dokładnie dwa miesiące temu, przejechałem ze znajomymi 180 km na rowerze w ciągu jednego dnia. Wiem, wiem, to żaden wyczyn. Ale nie o odległość tu chodzi, tylko o punkty docelowe. Jechaliśmy z Knurowa do… Knurowa. Dwóch miejscowości o tych samych nazwach. I tak narodziła się nowa świecka tradycja, wstępnie nazwałem ją „Tour dwa miasta”, ale nie obrażę się jeśli ktoś podsunie jakąś ciekawszą nazwę. O samej inicjatywie możecie przeczytać tutaj, a o inauguracyjnym tourze poniżej. W nowym sezonie nowa edycja. Tym razem Radlin – Radlin. Zapraszam wszystkich chętnych.

Zdjęcia w galerii pochodzą z drugiego dnia wypadu. W większości okolice przełomu Białej (piękne miejsce), okolic Grapy-Litwinki w Czarnej Górze oraz widok z naszego balkonu na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie.

Knurów, niewielka wieś blisko Nowego Targu. Z mojego okna widać Tatry, Pieniny, Podhale i Jezioro Czorsztyńskie. Niezły widok, nieprawdaż? Ale nie mam go na co dzień. Musiałem przejechać 180 kilometrów na rowerze, by napić się herbaty na takiej werandzie. W moim Knurowie z okna widać co najwyżej kopalniane szyby i hałdy. Dlatego wybrałem się na rowerowy tour. Tour de Knurów.

Zasady były proste. Wsiadamy na rower rano, na Śląsku, zsiadamy wieczorem, w Gorcach. Przejazd z Knurowa do Knurowa. Od tabliczki do tabliczki. Jeden dzień, jeden nocleg. Powrót pociągiem nazajutrz. Uczestnicy: każdy kto ma siły zmierzyć się z dystansem. Ostatecznie peleton zamknął się liczbą 7 śmiałków podzielonych na dwa zespoły. Jeden prowadzę ja, drugi Rafał zwany dalej „Fabim” – knurowianin z urodzenia. Oprócz nas peleton uzupełniają: Wojtek – knurowianin pełną gębą, Rafał – knurowianin z zasiedzenia (skądinąd pochodzący ze… Świdnicy), Marek – knurowianin z zamiłowania, oraz Paweł i Paweł – znajomi Wojtka, knurowianina pełną gębą. Do naszej dyspozycji pozostaje również wóz wsparcia technicznego, prowadzony przez Basię, małżonkę jednego z kolarzy. Ma wspomagać tych, których przerośnie dystans lub podjazdy.

mapa

Trasa przejazdu. Dzień pierwszy: Knurów -Knurów ok.180 km. Dzień drugi Knurów – Zakopane: 38 km

W mojej drużynie najlepszą „dniówką” może pochwalić się Rafał. Rok temu udało mu się wykręcić 220 kilometrów, notabene podczas przejazdu ze Świdnicy do Knurowa. Mój personal best wynosi 120 kilometrów. Natomiast Marek przeżyje dzisiaj swój długodystansowy pierwszy raz. Jeszcze nigdy nie przekroczył w ciągu dnia 100 kilometrów, ma więc szanse pobić swój rekord praktycznie dwukrotnie.

Jedziemy w dwóch zespołach głównie z przyczyn organizacyjnych. Przy tym dystansie i takim zróżnicowaniu formy, nie sposób byłoby uniknąć nieporozumień. Dlatego zespół numer dwa wyrusza godzinę po nas z innej miejscowości. Mamy spotykać się na trasie i wspólnie sfotografować przy tabliczce drugiego Knurowa. Chłopaki nocują w Ochotnicy, więc na koniec dnia czeka ich jeszcze morderczy podjazd na Przełęcz Knurowską. Mój zespół uznał, że jak na jeden dzień 180 kilometrów w zupełności wystarczy. Mamy nocować w leżącym obok Knurowa – Szlembarku.

Poranna rozgrzewka po płaskim

                SONY DSC
Wyruszamy po piątej rano. Dystans do przejechania spory. Pogoda niepewna – mgliście i mokro. Bocznymi drogami przebijamy się na Mikołów, a następnie, już ruchliwą 44-ką, kierujemy się na Tychy i dalej na południowy-wschód. Średnia prędkość powyżej 25 kilometrów. Najwyższe przełożenie. Droga płaska jak stół, podjazdów brak. O dziesiątej parkujemy rowery na rynku w Oświęcimiu. Ponad 1/4 drogi za nami. Ta najłatwiejsza.

Prostujemy kości i zjadamy batony. Nagle telefon. Dzwoni „kierownik” czwórki pościgowej. Są w Bieruniu, 15 kilometrów za nami. Umawiamy się na wspólne kremówki w Wadowicach.

Tymczasem nasz team niespodziewanie zostaje wzmocniony świeżą krwią. Marcin umówił się przez internet na wspólny wypad na Przełęcz Beskidek w Beskidzie Małym, jednak jego towarzysze wykręcili mu numer i się nie pokazali. Postanawia podprowadzić nas na Zator, a może i do Wadowic. Zobaczy jak potoczy się dzień.

Kiedy ruszamy, nadaje spore tempo. Nie mamy zamiaru go gonić. Przed nami jeszcze 120 kilometrów jazdy. Trzeba umiejętnie rozłożyć siły. Tym bardziej, że przyjemny chłód poranka, zaczyna ustępować miejsca rozpalonemu popołudniu. Do tego w okolicach Zatoru krajobraz przybiera bardziej pofalowany charakter. Coraz częściej słychać terkot manetek i zgrzyt łańcucha wędrującego po kasecie. Góry na horyzoncie.

Wkrótce z powrotem przejmuję prowadzenie grupy. Marcin dostosowuje się do naszego tempa. Na wadowicki rynek wjeżdżamy na chwilę przed południem. Żar leje się z nieba. Ciężko będzie jechać w takim ukropie. Na szczęście licznik wskazuje prawie 100 km. Ponad połowa dystansu za nami.

SONY DSC
SONY DSC

Wyśmienite lody i zimne napoje biorą górę nad kremówkami. Chwilę odpoczywamy pod parasolkami i decydujemy, że największy ukrop przeczekamy w Rzymie… słynnej karczmie w Suchej Beskidzkiej. Czyli za kolejne 20 kilometrów. Przed wyjazdem robimy tylko błyskawiczną sesję foto na wadowickim rynku.

Gdy chowam już aparat do pokrowca, słyszę znajomy głos. – Halo, halo! Spoglądam przez ramię i dostrzegam czterech facetów w rajtuzach. Nasi! Dopiero zjechali, nie mogli połączyć się z nami telefonicznie. Witamy się i ustalamy kolejny wspólny pit stop w Suchej.

Ruszamy równo z biciem dzwonów. Zaraz za miastem trzeba walczyć z pierwszymi górkami. Od zachodu Beskid Mały od wschodu Myślenicki. Żarty się skończyły, zaczyna się prawdziwa jazda. Na jej efekty nie trzeba długo czekać. Widać je szczególnie po Marku, który właśnie pokonał swoją pierwszą setkę w życiu. Oklapł z sił, zdecydowanie gorzej radzi sobie z podjazdami. Ale jedzie, napiera. Choć twarz czerwona a oddech krótki, nie ma zamiaru się poddawać. Na sugestię zmiany planów i rozbicia touru na dwa dni, reaguje jedyną możliwą odpowiedzią: po moim trupie!

No więc jedziemy. Chociaż teraz Rafał znikł gdzieś na horyzoncie. Puszczam Marka przodem i dzwonię do przyjaciela. Raz, drugi, siódmy. Odbiera za ósmym. Guma – tak jak przypuszczałem. Jeszcze nie wiemy, że to pierwsza z licznych awarii, które spotkają go tego dnia. Prawdziwa puszka Pandory, którą otworzył.

SONY DSC

Na szczęście do Rzymu zajeżdża 15 minut po nas, cały i zdrowy. Chwilę po nim meldują się chłopaki z drugiego zespołu. Wspólnie sjestujemy i nabieramy sił przed kolejnym wyzwaniem. Górkami w okolicach Jordanowa i Zakopianką, na którą przyjdzie nam wkrótce wjechać. Można ją ominąć, jednak kosztem podjazdu w okolicach Rabki z odcinkiem o nachyleniu sięgającym momentami 20%. Drugą opcją jest dodanie 15 kilometrów i przejazd bocznymi drogami wzdłuż Skawy. Fabi decyduje się na opcję podjazdową, ja z Rafałem optuję za dodatkowymi kilometrami. Jeszcze nie wiemy, że w naszym zespole każdy pokona trasę w inny sposób…

SONY DSC
SONY DSC
Sucha Beskidzka: Zamek Suski i Karczma Rzym, w której Pan Twardowski podpisał ponoć cyrograf z Mefistofelesem

Zaczynają się prawdziwe „górki”

Zespół numer dwa rusza pierwszy. My odpoczywamy jeszcze chwilę w cieniu, chcąc przeczekać najgorsze. Jednak okazuje się, że postój i tak był za krótki. Kilka kilometrów po wyruszeniu, w okolicach Makowa Podhalańskiego, Rafał osiąga temperaturę wrzenia. Nie straszne mu podjazdy i długi dystans, jednak jazdę w ukropie znosi wyjątkowo źle. Znam jego możliwości, wiem, że nas dogoni. Decydujemy się na rozdzielenie i spotkanie w Nowym Targu. Ruszy, gdy słońce przestanie prażyć.

Tymczasem wjeżdżamy w Beskid Makowski. Podjazd przewyższa podjazd. Góry robią się coraz wyższe. Ale za to krajobraz ciekawszy. Marek jedzie wolno, ale kryzys minął. Sprawnie pokonuje kolejne przewyższenia i nie daje za wygraną. Kolejny obóz rozkładamy w Jordanowie. Tym razem na ławeczce w parku. Dokładnie tej, na której miesiąc wcześniej odpoczywałem podczas wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim. Tamtego dnia przeszedłem najdłuższy dystans w życiu przekraczając 40 kilometrów. Czy dziś uda mi się pobić rekord rowerowy? Kolejne kilometry pokażą.

Po uzupełnieniu wody ruszamy. Już tylko we dwójkę. Dla Marcina, który towarzyszył nam od Oświęcimia, to ostatnia szansa na zamknięcie pętli i powrót do domu. Za 6 kilometrów wjedziemy na Zakopiankę. Stamtąd nie ma odwrotu.

Trochę boję się tego odcinka. Jednak z drugiej strony nie chcę wydłużać dystansu, a to zdecydowanie najkrótsza opcja. Tuż przed odbiciem na Skawę dzwonię do Fabiego. Pytam o drogę, którą mieli jechać. – Jest ostro, można się zmęczyć – słyszę w słuchawce. Nie chcę narażać mojego towarzysza na niepotrzebny wysiłek i dodatkowe podjazdy. Decydujemy, że pierwszy, łagodniejszy odcinek, pokonamy Zakopianką i przed Chabówką odbijemy na Rabę Wyżną. Wzdłuż drogi płynie Skawa, jest linia kolejowa, powinno być łagodnie.

Gdy tylko wjeżdżamy na Zakopiankę rozpoczyna się walka o życie. Od razu żałuję, że nie odbiliśmy wcześniej. Samochód za samochodem, ciężarówka za ciężarówką. Wszyscy pędzą na spotkanie Tatr. Póki jest jeszcze pobocze, jakoś się jedzie, ale gdy znika, znika także nadzieja na bezpieczną jazdę. Dlaczego nikt nie umieścił w tym miejscu zakazu rowerów?! Przynajmniej, by nie kusiło.

SONY DSC

Wreszcie dojeżdżam do planowanego skrętu. Parkuję rower na poboczu i czekam na Marka, który został kilka minut za mną. Czekam pięć minut. Dziesięć. Dwadzieścia. Coś jest nie tak, ciągle go nie ma. Po 30 minutach dzwonię. Raz, drugi, czwarty. Cholera, co się stało? Oddzwania po chwili. Jest już na dwupasmówce, walczy z podjazdem i samochodami. Nie ma szans, żeby zawrócił. Kiedy mnie wyprzedził? Jak to możliwe? Trudno, trzeba podjąć męską decyzję. Widzimy się w Nowym Targu. Ja wybieram opcję okrężną.

Ruszam z miejsca i… stoję. Guma. Niech to dętka! Tracę 30 minut na wymianę. Jestem godzinę drogi w plecy. Nagle telefon. Dzwoni Rafał. Jedzie przez Skawę, już by mnie dogonił, ale też złapał gumę. To już jego druga. I jak ma się okazać wcale nie ostatnia. Potwierdzam spotkanie w Nowym Targu i wreszcie ruszam.

Szybkim tempem próbuję zagłuszyć wyrzuty sumienia. Jak mogłem zostawić kumpla na pastwę spalin i podjazdów? Tym bardziej, że trasa którą jadę jest optymalna. Równy asfalt, niewielkie przewyższenia, minimalny ruch. Tylko szum gum i szmer strumienia. Rowerowy trans.

SONY DSC

Pod górkę robi się dopiero przed Klikuszową. Coraz bardziej i bardziej. Kawał konkretnego podjazdu. Ale w najwyższym punkcie czeka górska premia – widok na Tatry i zachodzące na ich tle słońce. A po chwili zjazd! Długi i kręty. Wprost do Zakopianki. Wprost na stojącego na poboczu rowerzystę. To jeden z Pawłów, znajomych Wojtka, knurowianina pełną gębą. Minę ma nietęgą. Kontuzja kolana, nie ma szans na dalszą jazdę. Czeka na „wóz wsparcia technicznego”. Chłopaki z jego zespołu są 15 minut przede mną. Gdybym docisnął śrubę, może bym ich dogonił. Tym bardziej, że do Nowego Targu cały czas z górki.

Nocne ostatki

Przed wjazdem do miasta zjeżdżam na stację benzynową. Marek czeka na mnie właśnie tutaj. Podobnie jak spotkany przed chwilą Paweł, minę również ma nietęgą. W źrenicach oczu ciągle widzę przejeżdżające samochody, z którymi musiał walczyć na Zakopiance. Ale kawa postawiła go do pionu. Najgorsze minęło. Jest gotów zmierzyć się z ostatnimi 16 kilometrami, które zostały nam do tabliczki. Jedyny problem to zapadająca ciemność. Musimy się śpieszyć. Dzwonię do Rafała by zlokalizować go na mapie. Zaczyna podjazd pod Klikuszową. Miał kolejną awarię, tym razem sakwa i bagażnik! Nie będzie tu prędko. Mamy kupić mu prowiant i jechać. Widzimy się pod tabliczką.

No to jedziemy. Najpierw zjazd do Nowego Targu, potem przebijanie się przez miasto i skręt na Krościenko. Ostatnia prosta. Waksmund… Łopuszna… Harklowa… Zaraz będziemy w domu. Gdzie ta tabliczka? Dlaczego nic nie widać? Jest? Jest! Dojechaliśmy! O 21.39, po 180 kilometrach i 16 godzinach od wyjechania z Knurowa, dotarliśmy do Knurowa. Tour zakończony. Szkoda tylko, że nie udało się wszystkim w tym samym momencie.

SONY DSC

Po 16 godzinach jazdy znowu w Knurowie!

Znowu sięgam po telefon i dzwonię do przyjaciół. Głos Rafała nie wróży nic dobrego. – Znowu guma– rzuca posępnie. – Próbuję kleić, ale ciemno. Nic z tego nie będzie. To koniec.Podejmujemy decyzję żeby nie ryzykował jazdy w kompletnych ciemnościach i szukał noclegu. Trudno, spotkamy się jutro.

W głosie Fabiego zdecydowanie więcej optymizmu. Byli przy tabliczce 40 minut przed nami, dzwonili, ale nie odbieraliśmy. Wspierając się długimi światłami „wozu technicznego” wjechali na Przełęcz Knurowską, udało się, są w Ochotnicy. Przejechali na drugą stronę Gorców. Drużyna w komplecie.

Udało się więc praktycznie wszystkim. Za wyjątkiem jednego z Pawłów – kontuzja, i Rafała, którego awarie wyeliminowały… Stój! Telefon. O kolarzu mowa! Jakie wieści? Łatka chwyciła, jedzie! Mamy wyjść po niego na drogę, będzie po północy. Walczy do końca.

Dociera o wpół do pierwszej. Cały i bezpieczny. Zabrakło mu kilku minut, żeby zamknąć trasę jednego dnia. Tabliczkę mija 10 minut po północy. Jednak komisyjnie stwierdzamy, że tour zaliczony. Może nie wypełnił limitu czasowego ale na pewno wygrał klasyfikację. W kategorii najbardziej wytrwałych, należy mu się koszulka lidera. Oczywiście z knurem na piersi.

Be first to comment