Główny Szlak Beskidzki: Beskid Niski cz. zachodnia

8. Kąty – Bacówka PTTK w Bartnem: 23 km

Nocleg: Bacówka PTTK w Bartnem

jedynka

Pierwszy dzień z deszczem. Zaczyna kropić zaraz po przekroczeniu mostu na Wisłoce, czyli po 50 metrach od wyjścia z agroturystyki. Niebo zaciągnięte chmurami. Niewiele widać. A szkoda, bo pierwsza część szlaku prowadzi przez niezalesione wzgórza z widokiem na wioskę. Pierwsze i ostatnie panoramy na tym odcinku. 90% trasy prowadzi przez las. Przez Magurski Park Narodowy, w którym roślinność ma charakter przejściowy między Karpatami zachodnimi i wschodnimi.

Tyle, że zanim docieram do granicy lasu, a tym samym i parku, jestem już nieźle przemoczony. Deszcz wzbiera na sile z każdą minutą. Powoli rozglądam się za jakimś schronieniem, przy którym mogę przeczekać opad. Ratunkiem okazuje się niewielka wiata przy granicy parku. Dobre 30 minut czekam aż przestanie lać. Na szczęście przestaje. Da się iść. Nawet można zdjąć kaptur. Po chwili także kapotę. Choć alarmów będzie jeszcze kilka w ciągu dnia.

122. 174 km_320 km_Magurski las po deszczu_ okolice szczytu Kamień
Wchodzę w Obszar Ochrony Ścisłej Kamień. To sporych rozmiarów rezerwat, w którym ochronie podlegają wychodnie skalne i naturalny las bukowy. Szlak jest w tym miejscu dosyć wymagający i szczególnie po deszczu należy zachować sporą ostrożność. Nie dość, że stromo (choć wspinamy się zaledwie na 714 m n.p.m.), to na drodze często pojawiają się omszałe, śliskie kamienie. Ścieżka prowadzi wąskim, zalesionym jarem. Gęsto od przyrody. Paprocie, mchy, skrzypy, spróchniałe pnie. Co chwila trzeba coś trawersować, przechodzić, omijać. Pierwotny, karpacki las. Wywiera niezapomniane wrażenie. Do tego efekty świetlne. Przez kurtynę zieleni przebijają się snopy światła. Rozpraszają się w mgiełce po deszczu, tworząc wyjątkową oprawę wizualną.

Wkrótce dochodzę do drogi Krempna-Nowy Żmigród, przecinającej Przełęcz Hałbowską. Przy wyjściu z lasu duża, drewniana wiata. Tak jest przy każdym ważniejszym zejściu i podejściu w parku. W środku spokojnie zmieści się kilkanaście osób. Miejsca na spanie dla trzech, czterech. Po drugiej stronie drogi, informacja o elektronicznym zakupie biletów wstępu do parku. Wysyłasz SMSa i już. Załatwione. Możesz wędrować legalnie, bez obawy o kontrolę.

A szlak prowadzi w Masyw Magury Wątkowskiej, od której wzięła się cała nazwa parku. Kolejno przechodzi się przez trzy wybitne szczyty, z których szczególnie ten pierwszy – choć najniższy, robi największe wrażenie na kolanach.

Kolanin ma ledwie 705 m n.p.m. ale był chyba drugim w kolejności podejściem na całym szlaku, na którym nachylenie stoku sprawiło, że trudno było mi utrzymać pionową pozycję. To niewiele ponad 200 metrów przewyższenia, ale naprawdę leci się w dół, a każdy krok w górę sprawia problem. A wydawałoby się, że to taka zwykła góreczka, niewielkie wzniesienie. Nic bardziej mylnego. W tym miejscu przygotujcie się na krótki oddech.

Następne w kolejności Świerzowa (801 m n.p.m.) i Magura (822 m n.p.m.) nie są już tak wymagające, ale trzeba się trochę powspinać. Cały czas przez las. Przy odrobinie szczęścia może uda się wam zobaczyć salamandrę plamistą, jeden z symboli parku. Mi prawie wpełzła na buty. Zupełnie się nie bała.

123.  180 km_315km_Salamandra plamista w okolicach szczytu Kolanin

Przy dobrej pogodzie z Magury można zauważyć Tatry, przynajmniej tak informuje tablica. Niestety mi pogoda niedopisała. Coś tam niby wyłaniało się zza chmur, ale ledwo, ledwo można było rozpoznać, że to góry.

SONY DSC

Jazda konna to bardzo popularny sposób przemierzania Magurskiego Parku Narodowego

SONY DSC

Ostatni fragment szlaku, na chwilę przed bacówką, trudny orientacyjnie. Kilka zarośniętych polanek, podmokły teren, brak oznaczeń. Idę wzdłuż śladów zostawionych przez konie, z niecierpliwością wypatruję kolejnego oznaczenia na drzewie. Na miejsce docieram wcześniej, niż zwykle, bo o szesnastej. Bacówka schowana pośród drzew, typowa, beskidzka. Do wioski jest stąd dobre 3-4 kilometry, ale to już Bartne. Nie ma zasięgu, nie ma turystów. Z prowadzącym nie łatwo się dogadać. Za to jest spokój i pustka. Wypełniam ją żurkiem, a wieczorem doprawiam pierogami. Naprawdę smaczne. Po dwudziestej zjawiają się nawet goście. Dobrze jest posiedzieć przy Żubrze. W towarzystwie.

SONY DSC

Bacówka PTTK w Bartnem

9. Bacówka PTTK w Bartnem – Hańczowa: 27 km

Nocleg: Bar u Romana w Hańczowej

dwójka

Rano chłodno. Cały dzień będzie straszyć deszczem, ale pogoda się utrzyma. Kiedy wychodzę ze schroniska nad doliną unoszą się malownicze mgły. Wśród wysokich traw pasą się krowy. Żałuję, że nie zobaczyłem cerkwi w Bartnym, ale w Beskidzie Niskim nie da się przystanąć wszędzie. Co krok jakiś zapomniany krzyż, kapliczka albo resztki opuszczonej wioski. W tych górach warto schodzić z utartych szlaków, szukać własnych ścieżek. Najlepiej nie planować z góry, tylko przyjechać i powłóczyć się bez celu. Jednak tym razem nie mam takiego luksusu, muszę trzymać się „rozpiski”.

Krótka droga przez las doprowadza mnie do kolejnej „perełki” zagubionej w beskidzkiej dziczy. Wołowiec, znany głównie jako miejsce zamieszkania Andrzeja Stasiuka, to jedna  z takich wyjątkowych wiosek. Dziś, to ledwie kilkanaście chat, a kiedyś mieszkało tu ponad 800 osób.

SONY DSC
SONY DSC
Przydrożne krzyże w Wołowcu

Drogę przez wioskę zdobią liczne kamienne krzyże. Niektóre w dobrej kondycji, odnowione; inne nadgryzione przez czas, zarośnięte pokrzywami. W tej okolicy jest ich bardzo dużo. To zasługa rzemieślników z Bartnego, którzy uchodzili za jednych z najlepszych kamieniarzy w regionie. Wioska, podobnie jak i sąsiadujące z nią Bartne, z którego rano wyszedłem, w przeważającej mierze zamieszkana jest przez Łemków.

Na końcu Wołowca odbijam na chwilę ze szlaku. Podchodzę pod drewnianą cerkiew z XVIII wieku pod wezwaniem Opieki Matki Boskiej. Koło świątyni znajduje niewielki cmentarz z kilkoma nagrobkami. Każdy z nich zdobiony kamiennym krzyżem i frasobliwym Jezusem. W kamieniu wyryta nieczytelna inskrypcja. Nic nie mówiące łemkowskie zdania, układają się w w litanię pytań: kim był? ile lat żył? kiedy zmarł? czy wrócił po akcji Wisła? W takim miejscu sformułowanie „historia wyryta w kamieniu”, wcale nie wydaje się frazesem.

SONY DSC

Cerkiew p.w. Opieki Matki Bożej w Wołowcu

SONY DSC

SONY DSC

Za Wołowcem szlak wchodzi w las, prowadzi ubitą drogą na Krzywe. Po chwili odbija w łąki, polanki, podmokłe tereny. Tuż przy rzeczce Zawoja. Przedzieram się przez wysokie trawy, błoto chlupocze pod podeszwami. Częsty odgłos podczas wędrówki przez Beskid Niski. Zdążyłem się przyzwyczaić, że w takich miejscach zwykle gubi się szlak, nurkuje w niepewność.

Wychodzę koło kamiennej kapliczki z Maryją i dzieciątkiem z początku XX wieku. W oddali widać kopuły cerkwi w Krzywej, jednej z wielu, które oglądam dziś na horyzoncie. Długi dystans skraca możliwości. Albo szlak, albo zabytki… Wybieram to pierwsze i przecinam malowniczą, pofalowaną pagórkami łąkę. Wkrótce robi się pod górkę. Pierwszy tego dnia wierzchołek nazywa się Popowe Wierchy i liczy niecałe 700 metrów. Podejście nie jest trudne, lecz zejście po kamieniach dużo bardziej wymagające.

SONY DSC
SONY DSC

SONY DSC

 Kamienna kapliczka w okolicach Krzywego

Wychodzę na sielankową łąkę z widokiem na wioskę. To Zdynia, w której odbywa się najbardziej znany festiwal kultury łemkowskiej – „Łemkowska Watra”. Co roku przyjeżdża na niego kilka tysięcy Łemków ze wszystkich stron świata.

SONY DSC

Zdynia – zejście z Popowych Wierchów

SONY DSC

Jest środek dnia, przed mną dwa najtrudniejsze podejścia – Rotunda (771 m n.p.m.) i Kozie Żebro (847 m n.p.m.). (Ta druga góra, to moim zdaniem najbardziej strome podejście na szlaku w Beskidzie Niskim, jeśli w ogóle nie na całej długości GSB). Przed wspinaczką warto coś zjeść. W niedzielę wszystko pozamykane. Rozpalam maszynkę na drewnianej ławie nieopodal sklepu. Wieje. Coraz mocniej. Płomień co chwila gaśnie. Dobre 30 minut zagotowuję wodę i ciągle głodny.

Z pomocą przychodzi Janko, miejscowy Łemko. Zaprasza pod wiatę, pomaga z rozpaleniem ognia. Szybko nawiązujemy znajomość. Ja wciągam makaron, on moje piwo. Od razu z Łukasza staję się Łukaszko. Dostaję zaproszenie na Watrę i propozycję nie do odrzucenia: Janko deklaruje się, że zostanie ojcem chrzestnym mojej nienarodzonej córeczki. Obiecuję, że przemyślę sprawę.

Po godzinie ruszam w drogę. Pogoda trochę niepokoi. Ciężkie chmury wiszą nisko nad horyzontem. Przyspieszam kroku, żeby jak najszybciej pokonać wspomniane przewyższenia.

Podejście na Rotundę długie, prawie 4 kilometrowe. Idąc od strony Wołosatego, nie takie ciężkie, jak się wydawało. Zdecydowanie bardziej wymagająco jest wędrując od zachodu.

Na szczycie cmentarz z I Wojny Światowej. Leżą tu żołnierze wszystkich walczących stron: Austriacy, Niemcy i Rosjanie. Charakterystyczne gontowe wieże z prawosławnymi krzyżami są jednym z symboli Beskidu Niskiego, można je zobaczyć na zdjęciach w większości przewodników. Dziś wzgórze jest zalesione, jednak przed II Wojną Światową było odkryte. Wyobrażam sobie, że cmentarz musiał wtedy robić spore wrażenie i być widoczny z dużej odległości.

SONY DSC SONY DSC

SONY DSC

Nie płaczcie, że leżymy tak z dala od ludzi,
A burze już nam nieraz we znaki się dały –
Wszak słońce co dzień rano tu nas wcześniej budzi
I wcześniej okrywa purpurą swej chwały.

Wiersz Hansa Hauptmana wyryty na pamiątkowej tablicy

U podnóża góry, od strony Regietowa, w sezonie wakacyjnym można przenocować w  Studenckiej Bazie Namiotowej Przewodników Beskidzkich z Warszawy. Tyle tylko, że w czerwcu jest jeszcze nieczynna. Nie mam więc innej opcji, jak wdrapać się na Kozie Żebro. Przecinam asfaltową drogę prowadzącą do wioski i biorę górę za rogi. A jest za co. Na niespełna 2 kilometrach pokonuje się 300 metrów przewyższenia. Można się nadziać.

Sam wierzchołek niezbyt atrakcyjny, zalesiony. Widoków brak. Za to satysfakcja ogromna. Skąd wzięła się jego oryginalna nazwa? Nadali ją austriaccy kartografowie, którzy znaleźli tutaj szkielet sarny – potocznie nazywanej w tych stronach kozą.

SONY DSC

Selfie na szczycie Koziego Żebra – jedno z najtrudniejszych podejść na całym szlaku

Po górskim szczytowaniu czas na doliny. Nocleg w Hańczowej, w „Barze u Romana”. Można rzec, że w lokalu równie kultowym, jak jego nazwa. Są miejscowi bywalcy, jest de volai z mikrofali i zimnic, zamiast prysznica. Ale wieczór sympatyczny. Szczególnie opowieści właściciela, o psach rozszarpanych przez wilki i myszołowie, który zanurkował do gołębnika. Beskid Niski.

SONY DSC

 Kultowy „Bar u Romana”
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Warunki całkiem znośne

 

10. Hańczowa – Krynica Górska: 32 km

Nocleg: Schronisko PTTK na Jaworzynie Krynickiej

trójka

Na granicy pasm. Budzę się w Beskidzie Niskim, zasypiam w Sądeckim. Pomiędzy otwarciem a zamknięciem powiek sporo kroków. Kolejny dzień, gdy walczę o odległość i staram się nadrobić czas stracony podczas kryzysowego dnia. Odcinek wydaje się prosty, przewyższenia niewielkie. Ale popołudniu znowu przyjdzie wspiąć się na wyżyny samozaparcia.

Póki co, poranek mgliście uroczy. Rześki. Zachęca do wędrówki. Zostawiam Hańczową za plecami, wspinam się polną drogą, by spojrzeć na śpiącą w dolinie wioskę. Polny krzyż, samotna krowa, cisza pasąca się po łąkach.

SONY DSC

Poranek w Hańczowej

SONY DSC

Przecinam asfaltową drogę i skręcam na Ropki. Kolejna z wyludnionych łemkowskich wiosek. Cień dawnego osadnictwa. Dwujęzyczna tablica miejscowości przypomina o ludziach, którzy byli, i którzy wrócili na ojcowiznę. Malownicze jeziorko otoczone wzgórzami, kilka chat wzdłuż drogi. Spokój, który przyciąga zranione dusze. Pewnie dlatego właśnie tu powstał Buddyjski Ośrodek Odosobnienia. W takim miejscu łatwiej odnaleźć zagubione.

SONY DSC
SONY DSC
Jeziorko w Ropkach

Mijam ostatnią, położoną na rozległej łące chatę. Wspinam się na asfaltową drogę pod wzgórzem Wnyki. Szlaku brak. Znowu ktoś postanowił utrudnić sprawę turystom i poprowadził go przez mchy i paprocie. Czerwone oznakowania, pojawiają się i znikają, prowadząc raz lasem, raz drogą. Od razu można darować sobie przedzieranie się przez chaszcze i wybrać trasę drogą. Dojdziemy tam, gdzie trzeba. Do szosy prowadzącej na wieś Izby. I dalej prosto, przez rzekę Białą.

SONY DSC

Pięknie położona chata w Ropkach

W tym miejscu szlak przedziera się na drugi brzeg. Mimo, że strumień niewielki, to widać, że żywiołowy. Wszędzie porozrzucane gałęzie, brzeg nadgryziony przez wodę, ogromne kamienie przyniesione z gór. Na szczęście teraz spokojnie przechodzę na drugi brzeg suchą nogą. Wchodzę na łąkę porośniętą wysokimi trawami. Nad głową kołuje 6 drapieżnych ptaków. Prawdopodobnie myszołowy, które najczęściej można obserwować w Beskidzie Niskim.

SONY DSC

Panorama na Banicę z okolic wzgórza Sołdywiec (627 m n.p.m.)

Po wyjściu z lasu, rozległe łąki. Sianokosy, ludzie krzątają się przy pracy. W dole Banica, kolejna z łemkowskich wiosek, przez którą przechodzę tego dnia. Szlak przecina podwórka, zagrody, gospodarstwa. Szczekające psiaki, muczące krowy, warkoczące traktory. Posiedziałbym dłużej w trawie, wyłożył się, ale to ledwie 1/3 drogi. Pochłaniam puszkę darowanych śledzi w pomidorowym sosie i w drogę. Póki stopy nie przyzwyczają się do sjesty.

Znowu odcinek z zagadkami w tle. Tu ścieżka, tam dróżka. Może w lewo?, może prosto? Sporo leśnych przecinek, nieokreślonych polanek. Zgaduj zgadula, gdzie szlak skręca.

SONY DSC

Panorama Beskidu Sądeckiego przed Mochnaczką Niżną. Pierwsza od lewej Jaworzyna Krynicka (1114 m n.p.m.)

SONY DSC

Sytuację rozjaśnia wyjście na otwartą przestrzeń. Na horyzoncie Beskid Sądecki z Jaworzyną Krynicką, rozpoznawalną dzięki stojącej na szycie wieży. Nogi miękną, gdy widzę odległość do celu. Nie wierzę, że dam rady wdrapać się tam na koniec dnia. Już teraz jestem solidnie zmęczony, a przecież jeszcze nie doszedłem do Krynicy Górskiej.

Jednak prę do przodu. Zza horyzontu wyłania się połyskująca kopuła cerkwi w Mochnaczce Niżnej. Schodzę do wioski i szukam szlaku między domami i zagrodami. Prowadzi nad rzekę Kamienica, która wyznacza granicę między Beskidem Niskim a Beskidem Sądeckim. Przez koryto przerzucono betonowy słup. Niepewnie stawiam pierwsze kroki, łapię równowagę. Przechodzę na drugą stronę, jestem w kolejnym paśmie! Najbardziej rozległe góry w polskich Beskidach za mną!

SONY DSC

Mochnaczka Niżna i cerkiew pw. św. Michała Archanioła

SONY DSC

Kamienica – rzeka graniczna między Beskidem Niskim i Sądeckim. No i szlak…

Zmęczenie coraz większe. Upał nie ułatwia sprawy. Siadam gdzieś na skraju pola, w wysokich trawach, łapię odrobinę cienia. Czuję jak motywacja uchodzi ze mnie porami. Spuszczam głowę, poddaję się apatii. Wszystko mi jedno. I wtedy widzę rdzawo-czarną kropkę, przemieszczającą się po ubraniu. Kleszcz! Zrywam się na nogi, otrzepuję nerwowo. Niewielki pajęczak daje mi potężnego kopa. Od razu wystrzeliwuję na szlak i nabieram energii.

Siłą rozpędu wtaczam się na Huzary (864 m n.p.m.). Ten niezbyt trudny i bardzo popularny wśród krynickich kuracjuszy szczyt, staje się nie lada wyzwaniem. To drugi tak silny kryzys podczas całej wędrówki. Gdy siadam na triangulacyjnym słupku wyznaczającym wierzchołek, zapala się czerwona kontrolka. Jestem wypruty. Opadam z sił. Nie jestem sobą. Dopiero dwa Snickersy, stawiają mnie na nogi.

Ostatkiem sił staczam się do Krynicy. Przechodzę asfaltowe męki długodystansowego turysty i docieram na główny deptak. Znajduję restaurację, składam zamówienie i tankuję węglowodany do pełna. Jestem w połowie drogi. Za mną 250 km wędrówki. Doszedłem dalej, niż spodziewałem się kilka dni temu, gdy zaczął się problem z kolanami. Gdybym w tym miejscu zakończył wędrówkę, byłoby gdzie wracać. Spora część turystów dzieli wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim, właśnie na takie dwie części – do Krynicy i od Krynicy. Na Beskidy Wschodnie i Zachodnie. Ale szlak smakuje najlepiej w jednym kawałku. Od kropki, do kropki. I tak chcę go pokonać.

Po obiedzie nabieram sił. Ruszam w Beskid Sądecki. Przede mną podejście na Jaworzynę Krynicką.

Be first to comment