Główny Szlak Beskidzki: Beskid Niski cz. wschodnia

 5Komańcza – Baza namiotowa Wisłoczek: 38 km

Nocleg: Baza namiotowa Wisłoczek

mapka 1

Beskid Niski nie zasługuje na swoją nazwę. I nie chodzi mi tutaj o wysokość tych gór – faktycznie nie są zbyt wysokie – lecz o ich turystyczną wielkość. Podczas gdy Bieszczady coraz bardziej się komercjalizują, tutaj ciągle dziko, ostępy i brak turystów. Zostało w tych górach coś z dawnych Karpat. Niechlubna akcja „Wisła” sprawiła, że gęsto zaludnione dawniej tereny, po wojnie opustoszały a malownicze wioski i sady zarosły zapomnieniem. Tylko gdzieniegdzie ostał się krzyż z łemkowską inskrypcją, albo drewniana cerkiew, które świadczą, że kiedyś mieszkali w tym miejscu ludzie. Że tętniło tu życie, że słychać było różne języki.

Długo można wędrować na tym odcinku sam na sam z własnymi myślami i nie spotkać żywej duszy. Po opuszczeniu Komańczy, pierwszą wioskę napotykamy dopiero po 26 kilometrach od wyjścia ze schroniska. Wcześniej tylko lasy (ściana zieleni, przez którą z trudem przebija się światło), łąki (sielankowe jak u Chełmońskiego) i wzgórza chcące uchodzić za prawdziwe góry. Piętrzące się czasami znienacka i bez ostrzeżenia. Zaskakujące skalą podejść i stromych zejść.

SONY DSC

Pierwszy dzień w Beskidzie Niskim to preludium do bycia czujnym. Wcześniej, w Bieszczadach, wędruje się szeroką, dobrze oznakowaną ścieżką. Trudno zgubić szlak. Wiesz czego można się spodziewać. Tutaj często przyroda odciąga uwagę od oznaczeń a ścieżka daje nura w wysokie trawy, przecina niewydeptane łąki, albo podmokłe tereny. No i same znakowanie. Nie jest najlepsze. Bywają odcinki, na których znaki dublują się, są poprowadzone bez wyobraźni, albo są nieodnowione.

Kiedy wyszedłem rano ze schroniska w Komańczy, po raz pierwszy nad głową zawisły czarne myśli. Byłem niewyspany, zmęczony. Nogi jakoś nie chciały odrywać się od podłoża, do przejścia miałem najdłuższy odcinek szlaku (według pierwotnych planów). I wtedy nagle pojawiła się panorama – Wahalowski Wierch (666 m n.p.m.). Coś, co na wykresie wysokości wydawało się płaską, nieatrakcyjną krechą, pozwoliło otworzyć zaspane oczy i nabrać energii na cały dzień. Wzniesie ledwo, nawet nie góra, a widok zaskoczył atrakcyjnością i przykleił oko do obiektywu aparatu. Na tyle skutecznie, że zostawiłem szlak za plecami i poszedłem na spotkanie kwiatków, koniczynek i koników polnych. Szukać źdźbła w stogu siana… Dopiero po 30 minutach zorientowałem się, że szlak chyba skręcił gdzieś wcześniej. Do nadrobienia były ze 2 kilometry. Pierwszy, i nie ostatni raz w tym paśmie.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Po 5 kilometrach przez las, znowu przestrzeń. Tym razem z widokiem na dwa sąsiadujące wzniesienia. Po prawej Szeroki Łan, zielony garb, porośnięty kępami drzew, przypomina wielki, omszały kopiec kreta. Po lewej Tokarnia, najwyższa na tym odcinku (778 m n.p.m.). Szersza, bardziej rozlana, zajmuje cały horyzont. Szlak prowadzi dokładnie pomiędzy wzniesieniami, szerokim łanem zieleni, w dół do drogi. Do wioski, której już nie ma, do Przybyszowa. Przy drodze ostał się tylko krzyż, a w zasadzie jedno ramię. Gdzieś w wysokiej po pas trawie można znaleźć pozostałości cmentarza, podmurówkę cerkwi, kilka owocowych drzew.

SONY DSC

Tokarnia 778 m n.p.m.

SONY DSC

Resztki cmentarza w Przybyszewie

SONY DSC

Szeroki Łan (688 m n.p.m.) widoczny  z podejścia na Toakrnię

SONY DSC

Szukam cienia, wykładam nogi. Chłodzę się przed podejściem na Tokarnię. Prażące, rozciągnięte w czasie południe. Nawet owady nie mają siły machać skrzydłami.

SONY DSC

Gdy zaczynam podejście, robi się coraz ciekawiej. Z każdym metrem widok staje się atrakcyjniejszy, bardziej rozległy. Kulminację osiąga na szczycie Tokarni, sięgając kilkudziesięciu kilometrów, aż po obracające się na horyzoncie wiatraki energetyczne. Przez następne pół godziny można rozglądać się do woli. Pierwsza część Pasma Bukowicy – bo tak nazywa się ten fragment Beskidu Niskiego, to malownicze łąki, z widokami na wszystkie strony. Nogi same niosą.

SONY DSC

Widok z Tokarni

SONY DSC

Później znowu las.

Po godzinie marszu, tracę motywację. Opadam z sił, lecę w dół. Nie pomagają słodkości. Dopada mnie pierwszy KRYZYS. Nie mam siły iść dalej. Nie chce mi się. Ale idę. To znaczy nogi idą. Głowa myśli co innego, ale one (nogi), wbrew zdrowemu rozsądkowi, sadomasochistycznie doprawiają sobie nowych odcisków.

Wreszcie polana, krowy pasące się na łące. Uratowany! Skoro one żyją, to i ja mogę. Niechybny znak, że zbliżam się do pierwszej po wyjściu z Komańczy wioski – Puław Górnych. Ciągnę za sobą nogi. Powoli, lecz systematycznie. Zimne piwo to wszystko, o czym mogę teraz myśleć. Niby pięknie, niby cienie rzucane przez chmury na zielone wzgórza czarują, ale piramidy Maslowa nie przeskoczysz. Najpierw jedzenie i odpoczynek, potem doznania estetyczne.

Po obiedzie wstępują we mnie nowe siły. Jakby ktoś wlał benzynę do baku. Niesamowite. A myślałem, że tego dnia nie przejdę już metra. Tymczasem udaje się jeszcze 8 kilometrów. Niestety wszystkie po asfalcie. Stopy głośno dziękują za współpracę. Odzywa się także kolano. Najpierw cichutko, coś tam sobie chrzęszczy pod rzepką. Ale po chwili chrobocze już bez opamiętania. Nie ma szans, żebym doszedł do Rymanowa-Zdroju, który miał być moim punktem docelowym. Na szczęście jestem tuż pod Studencką Bazą Namiotową w Wisłoczku. Chociaż o tej porze (II tydzień czerwca) jest jeszcze nieczynna, to liczę chociaż na jakąś wiatę, bo nie mam ze sobą namiotu.

Nie rozczarowuję się. Jest! I to na podmurówce, drewniana, zamykana od środka. Idealna. Obok stół, na którym można cywilizowanie przyrządzić sobie jedzenie. No i prysznic. Zimny. Po sąsiedzku, w wodospadzie. Idealnie działa na obolałe kolano. Do dziś wierzę, że gdyby nie ta kąpiel, to moja wędrówka, mogłaby się zakończyć w tym miejscu. Na szczęście było inaczej.

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Infrastruktura w bazie namiotowej „Wisłoczek”

SONY DSC

Wodospad na Wisłoczku

SONY DSC

6. Baza namiotowa Wisłoczek – Lipowica pod Duklą: 24 km

Nocleg: agroturystyka w Lipowicy pod Duklą

mapka 2

Rano nie mam w sobie tej pewności, która towarzyszyła mi wcześniej. Kolano niby nie boli, ale kto wie, co będzie jak zacznę iść. Nakładam grubą warstwę maści, podwiązuję staw przepaską i ruszam – ten rytuał będzie mi towarzyszył przez kolejne 12 dni. Do samego Ustronia.

SONY DSC
Do Rymanowa ledwie 5 km, ale szlak błotnisty, rozjechany kołami traktorów zwożących drewno. Co kilka metrów trzeba domyślać się, którędy prowadzi. Wątpliwości nie ma od momentu wejścia na rozległą polanę, w dole której widać już uzdrowisko. Jednak zanim wejdę na asfaltową ścieżkę prowadzącą przez zdrojowy park, mijam jeszcze pozostałości dawnej łemkowskiej wsi – Wołtuszowej. W czasie II Wojny światowej prowadził przez nią beskidzki szlak kurierski, którym partyzanci przeprowadzali ludzi z Generalnego Gubernatorstwa na Słowację i Węgry. Ze wsi niewiele zostało. Krzyż, wieniec starych lip wyznaczających miejsce po cerkwi, kilka owocowych, zdziczałych drzew. Najciekawsze są współczesne rzeźby prezentujące łemkowskie typy.e

SONY DSC

Rzeźby przedstawiające łemkowskie typy na cerkwisku w Wołtuszowej

SONY DSC

Sam Rymanów malowniczy. Typowo zdrojowy, z pozostałościami drewnianych willi z XIX wieku, pięknym parkiem zdrojowym, fontanną, mostkami. Jednak nie zabawiam tu długo, nie czekam na otwarcie pijalni wód. Na popołudnie zapowiadają burzę. Tymczasem na trasie czeka na mnie Cergowa, zwana również Wielką Górą. Choć niezbyt wysoka (liczy ledwie 716 m n.p.m.), to stroma i wymagająca. Na odcinku 3 kilometrów pokonuje się na niej ponad 400 metrów przewyższenia.

Jednak zanim będzie mi dane się z nią zmierzyć, muszę dotrzeć do Iwonicza-Zdroju, drugiej z wypoczynkowych miejscowości na dzisiejszej trasie. Rymanów dzieli od niej 7 kilometrowy odcinek prowadzący przez las. Gdzieś po środku pokonuje się niewielkie wzniesienia: Mogiłę i Suchą Górę. Po zejściu z tej drugiej już tylko asfalt. Przez następne 8 kilometrów.

SONY DSC
SONY DSC
Zdrojowa część Iwnonicza-Zdroju

Najpierw przez centrum Iwonicza – tłum ludzi, samochody, gwar, spaliny, ukrop, ale i pyszne pierogi; potem przez park Zdrojowy – tu już intymniej, bardziej zabytkowo, jest zieleń, są fontanny, galicyjska architektura; na koniec Lubatowa, wioska z widokiem na Cergową. Długi, nużący odcinek. Wlokę za sobą bagaż wątpliwości. Póki co góra jest daleko. Na tyle daleko, że tracę wiarę, że dam ją dzisiaj radę pokonać. Znowu odzywają się kolana. Czarne chmury, tym razem dosłownie, gromadzą się nad głową. Rosnący na horyzoncie szczyt z minuty na minutę coraz bardziej się w nich chowa. Można liczyć minuty kiedy uderzy pierwszy piorun.

Dochodzę pod kościół. Zrezygnowany siadam na schodach świątyni. Symbolicznie pytam sam siebie o sens dalszej wędrówki. Czy to koniec? Czy to już dziś wracam do domu? Nie dam rady zrobić ani kroku więcej…

I wtedy odzywa się „ten drugi”. Nastawiony bardziej bojowo. Daje kuksańca w ramię, trąca łokciem, pewnym głosem każe wstać i przestać się rozczulać. Przynajmniej spróbuj – twierdzi.

No i próbuję. Innego wyjścia nie mam. Dochodzę do miejsca gdzie mogę złapać stopa na Duklę i nazajutrz spróbować wrócić na szlak. Cergowa wygląda stąd groźnie i majestatycznie zarazem. Tonie w chmurach. Wzbudza respekt. Rzucam plecak na ziemię, składam kijki i wyciągam kciuk w nadziei na transport. Pierwszy, drugi, trzeci, szósty… Do dziesięciu razy sztuka. Żaden z przejeżdżających samochodów się nie zatrzymuje. Nieśmiało zerkam na Cergową – ciągle groźna. Jeszcze dwa samochody. Znowu nic. Rzut oka na Cergową – straszy dalej. Jeszcze samochód – myślę. Przejeżdża znowu. Spoglądam na górę – wiatr targa porastającymi zbocze drzewami. Sprawdzam pogodę na komórce. Do 22 ma nie padać! A przecież widzę, że w dolinie już leje. I wtedy w mojej głowie rozbrzmiewa głos: albo Ty, albo @$*&^ ja! Zarzucam plecak na ramię i ruszam na spotkanie z podejściem.

SONY DSC

Cergowa (716 m n.p.m.) na chwilę przed burzą (której nie było) i kryzysem, który przełamałem

88. 146 km_351 km_Cergowa 716 m n.p.m

Płasko. Stromiej… Przystaję, dyszę, sapię… Cergowa! Do tej pory nie było na szlaku takiego podejścia. „Ściana” nie jest długa, ale przez chwilę jest naprawdę ostro. Trzeba mocno zapierać się kijami, żeby plecak nie przeciążył. Wreszcie szczyt, pierwszy z trzech. Jest zalesiony, ale przez drzewa przebija się światło. W dole Lubatowa, w której godzinę wcześniej walczyłem z samym sobą. Udało się. Satysfakcja nieziemska. Pozostaje tylko przejść górę i szukać noclegu.

SONY DSC
Dosyć mrocznie. Ścieżka wiedzie przez aleję wysokich buków, wąskim grzbietem. Lawiruje, zawraca, kluczy. Następnie przez pozostałe dwa wierzchołki. Na tym z krzyżem, blaszana puszka z notesem do wpisów. Zostawiam lakoniczną notkę, bredzę coś o satysfakcji i kryzysowym dniu; ruszam w drogę. Przejście zajmuje sporo czasu. Kiedy wychodzę na pola uprawne na zachodnim zboczu góry, dopada mnie zmęczenie. Na dziś to koniec. I choć po raz pierwszy nie docieram tam, gdzie chciałem, to mentalnie jestem kilometry dalej niż rano.Łapię stopa do pobliskiej wioski. Znajduję agroturystykę, łóżko i prysznic. Patrzę jak Brazylia ogrywa Chorwację 3:1. Tego dnia też odnoszę wygraną.

SONY DSC

Główny wierzchołek Cergowej

7. Zejście z Cergowej – Kąty: 26 km

Nocleg: agroturystyka w Kątach

mapka 3

Planowo miałem tego dnia zrobić odpoczynek. Dojść tam, gdzie powinienem znaleźć się dzień wcześniej, czyli do Chyrowej. Ledwie 10 kilometrów. Ale jakoś się tak potoczyło. Do przodu.

SONY DSC
Zaczynam z krajowej „9-ki”, skąd dzień wcześniej zabrałem się stopem. Po 30 minutach wędrówki dochodzę do Pustelni św. Jana z Dukli. To jedna z tych świątyń, do których człowiek małej wiary chciałby zaglądać częściej i przekonywać się, czy aby na pewno nie brak mu boga. Pięknie położony kościółek – z widokiem na Cergową, ukryty w lesie. Cisza szeleści liściami drzew, szemra wodą wypływającą ze skał. Obok świątyni drewniany budynek, w którym mieszka pustelnik opiekujący się świątynią. Spokój ducha.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Wnętrze świątyni

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Domek zakonnika opiekującego się świątynią

Choć można ten spokój utracić, gdy przychodzi szukać szlaku podczas dalszej wędrówki. Odcinek od pustelni do wsi Kąty to chyba najgorzej oznakowany fragment Szlaku Beskidzkiego w ogóle. Do Chyrowej jest jeszcze w porządku, ale za wsią trzeba być naprawdę czujnym. Kilka razy bawię się w szukanego i hasanie po krzakach. Tu zejdę, tam niepotrzebnie podejdę, dodając kolejne metry. Sprawy nie ułatwiają, skądinąd piękne, widokowe polany na szczytach Polana, Łysa Góra i Grzywacka Góra. Wysoka trawa, odbijające w różnych kierunkach ścieżki, rzadkie, a czasami wręcz mylne oznakowanie – łatwo się pogubić.

SONY DSC

Szlak w Chyrowej, po wyjściu z lasu

SONY DSC

SONY DSC

Ale wróćmy wpierw do Chyrowej, która poprzedza grę w podchody. Warto wspomnieć o niej z dwóch powodów. Pierwszy, to prywatne schronisko turystyczne. Trafić można do niego odbijając 50 metrów od szlaku, prowadzącego w tym miejscu przy malowniczej rzeczce Iwielka. Niech nie zwiedzie was niezbyt atrakcyjna bryła budynku. Może i nie wygląda zbyt górsko, ale w środku prawdziwie domowa atmosfera. To zasługa pochodzącej ze Słowacji pani Ludmiły, która prowadzi obiekt. Kilkanaście lat wstecz reprezentowała swój kraj na olimpiadzie w biegach maratońskich! Lecz nad jej sukcesy sportowe warto wspomnieć te kulinarne. Za 20 złotych zjadłem obiad z 2 daniami, piwem, kompotem i deserem. Obiad, należy zaznaczyć, jak u mamy. Więc jeśli nie macie w planach nocować w tym miejscu, to koniecznie posmakujcie chociaż tutejszej kuchni.

SONY DSC

Prywatne schronisko w Chyrowej, urządzone w dawnym budynku szkoły

SONY DSC

W Chyrowej ciekawa jest jeszcze cerkiew. W Beskidzie Niskim jest ich sporo, jednak nie wszystkie leżą bezpośrednio przy szlaku, tutaj jest inaczej. Możemy ją oglądać nie schodząc z trasy. Jej powstanie związane jest z cudowną ikoną Matki Bożej, która według legendy, miała sama, bez pomocy ludzi, przywędrować z Węgier.

SONY DSC
SONY DSC

Najciekawsze są jednak panoramy ze wspomnianych wcześniej szczytów. A że pogoda ciągle dopisuje, to sięgają naprawdę daleko. Z Łysej Góry pięknie prezentuje się kopulasta Cergowa, z którą przyszło się zmierzyć dzień wcześniej i okoliczne szczyty Beskidu Małego. Z tej perspektywy wspominam ją wyłącznie dobrze. Trudno nie nabrać szacunku do tej zielonej kopuły.

SONY DSC

Widok z Łysej Polany. Pierwsza od lewej Cergowa.

Z kolei na łąkę przed Grzywacką Górą trafiam późnym popołudniem, gdy słońce powoli chowa się za horyzontem. Widok roztacza się stąd na wiele kilometrów. Przez chmury przebijają się snopy boskiego światła, barwią wysoką trawę na żółto, oświetlają zbocza gór. Powietrze stoi w miejscu. Ciężkie, wilgotne, tak, jakby za chwilę miało nasączyć się kroplami deszczu. Gdzieś na tle kłębiastych chmur pojawia się czarna plamka, zlatuje niżej, mija mnie o kilkanaście metrów. Przybiera postać czarnego bociana. Zaczyna kołować nad meandrującym w dolinie Wisłokiem i domostwami.

Błogogóry. Nie chce się kończyć dnia i schodzić do wioski.

SONY DSC

Okolice Grzywackiej Góry, późnym, czerwcowym popołudniem

SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Kąty to pięknie położona wioska w dolinie Wisłoki

SONY DSC

Ale trzeba. Stopy dają znać o sobie. Tymczasem szlak po kamieniach. Ruchomy, grząski. Boli odciskami. W takich momentach najłatwiej o kontuzję. Już witasz się z łóżkiem, przykrywasz zmęczenie powiekami, a tu zejście sprawdzające twoją czujność. Na szczęście nie długie, choć ostre.

Przy jednym z pierwszych domostw dostrzegam napis „Agroturystyka”. Nie szukam dalej. Dzień dobiega końca.

2 komentarze

  • Odpowiedz Maj 7, 2015

    Krzysiek

    Hej,

    w podpisie zdjęcia wkradł się błąd, gdyż Kąty to wieś w dolinie rzeki Wisłoki, a nie Wisłok. 🙂 Gratuluję wycieczki i pozdrawiam – Krzysiek

  • Odpowiedz Maj 7, 2015

    Czubaka

    Dzięki za czujność. Poprawione 😉

Leave a Reply