Główny szlak Beskidzki:Bieszczady

1. Wołosate – Ustrzyki Górne: 23 km

Nocleg: Schronisko PTTK Kremenaros

SONY DSC

Wołosate. Prawdziwy koniec Polski. Najdalej na południe wysunięta zamieszkała miejscowość kraju. Początek, lub jak kto zaczyna, koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego. Szlaku, który dziś ma około 519 km, a do 1939 roku liczył o 250 kilometrów więcej. Jego koniec znajdował się na Stohu w Górach
Czywczyńskich, przebiegając przez Gorgany i Czarnohorę, docierając aż do granicy z Rumunią. Dziś kończy się na polskich Bieszczadach. W niewielkiej, obleganej w sezonie przez turystów miejscowości. Kilka domów, piękny widok na Tarnicę, zapomniany, bojkowski cmentarz. A przed II wojną światową była to jedna z najliczniej zamieszkiwanych wsi w południowo-wschodniej części ziemi sanockiej. Liczyła prawie 1200 mieszkańców i 200 domów… Bieszczady, których już nie ma, które nie wrócą.

Zaczynam wędrówkę właśnie tu. Podjeżdżam stopem z Ustrzyk Górnych. To około 6 kilometrów asfaltem. Pogoda wymarzona. Jest ciepło, wręcz upalnie. Kupuję bilet w budce parku i ruszam na szlak.Czekałem na tę chwilę od wielu miesięcy. Już kilka razy musiałem ją odkładać. Zaciskać zęby i rezygnować z przejścia. Wreszcie się udało. Na słupku dostrzegam czerwono-biały pasek, który ma mi towarzyszyć przez następne 19 dni, prowadzić do Ustronia.

Idę sam. Chciałem iść sam. Sprawdzić się. Dowiedzieć się czegoś nowego o sobie samym. Skupić się na górach i na wędrówce. Przemyśleć kilka spraw. Czy mi się uda? Czy mam w sobie tyle samozaparcia? Czy moje kolana wytrzymają obciążenia? „Czy?”, „czy?”, „czy?” kołacze się w  głowie podczas pierwszych stawianych kroków. Dopiero teraz, gdy ruszyłem, dociera do mnie, że trochę trzeba się nachodzić, żeby ten szlak przejść. Ale jeszcze przyjdzie czas na wątpliwości, na początku drogi jestem pełen entuzjazmu.

SONY DSC

Cmentarz w Wołosatym

Zaczyna się od najpiękniejszego fragmentu polskich Bieszczad (w mojej opinii). Podejście na Przełęcz Bukowską jeszcze po asfalcie i bruku, ale potem już tylko przestrzeń. Spoglądasz za siebie, a tam morze gór. Ciepłe powietrze faluje, z chmur wyłaniają się wierzchołki, z najwyższym w Bieszczadach Pikujem. Na grani wyrastają graniczne słupki. Czerwono-biały i niebiesko żółty. Granica państw rodziela góry na dwie sztuczne części. Żeby móc wędrówać we wschodnim kierunku trzeba przemieścić się 60 kilometrów na północ do przejścia w Krościenku, a potem zjechać kolejne 60 kilometrów na południe. Coś, co kiedyś zajmowało 15 minut, teraz zajmuje cały dzień.

Jedak dziś, i przez następne 18 dni, kierunek zachód. Przede mną Połonina Bukowska, Krzemień, Tarnica i Szeroki Wierch – falujący kobierzec traw, na którym od czasu do czasu pojawiają się samotne ostańce skalne. Dominuje zieleń. Soczysta, żywa, nasycona. I choć jesienią paleta kolorów jest tu dużo bogatsza, to i tak góry malują się w wyjątkowych barwach. Nie wiem na czym polega fenomen tutejszego krajobrazu, ale ilekroć jestem w Bieszczadach, to przeżywam te emocje na nowo. Równie silnie. Jakbym widział te krajobrazy po raz pierwszy. Jest w tych górach jakaś definicja swobody. Nieskrępowanej cywilizacją przestrzeni. Do mnie przemawia. Bezwarunkowo. Lubię tu wracać.

SONY DSCPierwsze widoki po wyjściu  na Przełęcz BukowskąSONY DSC
SONY DSCPanorama Tarnicy i Krzemienia z Halicza

Najbardziej charakterystyczne są z pewnością Krzemień i Tarnica. Choć szlak nie prowadzi bezpośrednio przez ich wierzchołki, to już z daleka można rozpoznać ich charakterystyczne kształty. Krzemień jest długi, najeżony licznymi skałkami, które przypominają zęby grzebienia – to im zawdzięcza swoją nazwę (zniekształcenie ukraińskiego słowa hreben). Jeszcze do 1987 roku szlak biegł centralnie przez jego szczyt.

SONY DSC

Krzyż na Tarnicy
Natomiast Tarnica wyróżnia się charakterystycznym siodłem. To od niej pochodzi jej rumuńska nazwa, świadectwo wołoskiego osadnictwa, którego ślady można odnaleźć na całej długości Beskidów. Warto wydłużyć wędrówkę o 15 minut i wdrapać się na jej wierzchołek. Panorama ze szczytu należy do najrozleglejszych w Bieszczadach. Przy dobrej pogodzie widać nawet Tatry, połoniny ukraińskie, a nawet szczyty po rumuńskiej stronie granicy. Tam, gdzie kiedyś kończył się szlak. Marszruta nie zawsze prowadzi przez najwyższe szczyty. Czasami szlak omija wybitne wierzchołki, dając turyście wybór, czy poświęcać czas i energię na kolejne podejście. Jednak na początku drogi takie dylematy nie istnieją. Dla Tarnicy warto zrobić skok w bok.

Tym bardziej, że pierwszego dnia trasa niezbyt długa. Jeszcze tylko wędrówka malowniczym Szerokim Wierchem i zejście do Ustrzyk Górnych. To tu siedzibę ma trzeci pod względem wielkości polski park narodowy. To tu znajduje się schronisko, które regularnie znajdywało się w trójce najgorszych polskich schronisk we wszystkich rankingach. Przed Kremenarosem przestrzegało mnie kilka osób, ale sam chciałem się przekonać. Rozczarowałem się. Było znacznie lepiej, niż się spodziewałem. Ale więcej na ten temat przy okazji recenzji tego zasłużonego dla bieszczadzkiej turystyki obiektu.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC

 Krzemień z Przełęczy Goprowskiej

SONY DSC

SONY DSC

Tarnica z Szerokiego Wierchu

2. Ustrzyki Górne – Kalnica: 24 km

Nocleg: PTSM Kalnica
SONY DSC

Problem z Bieszczadami polega na tym, że na odcinku 44 kilometrów szlaku, trzy razy pokonujesz duże przewyższenia. Wejście – zejście. Wejście – zejście. I jeszce raz. Nawet jeśli pierwszego dnia planujesz wystartować z kopyta, to połoniny mogą przystopować twój entuzjazm. Szczególnie gdy temperatura przekracza 30 stopni celsjusza. Dlatego ruszam wcześnie. O szóstej oglądam mgły wschodzące nad zaspanymi Ustrzykami, wsłuchuję się w pianie znudzonego koguta i ruszam na spotkanie z Caryńską.

Kiedy po godzinie wędrówki pod górę wychodzę z lasu, niebo urzeka błękitem. Napisać, że pogoda jest wymarzona, to mało. Dookoła pustka. Cisza. Ani turysty. Mam połoninę tylko dla siebie! Chłonę widoki i atmosferę miejsca. Palcem po horyzoncie wyznaczam poszczególne szczyty i próbuję odgadnąć ich nazwy. Dwernik Kamień, Halicz, Tarnica, Pikuj, Mała i Duża Rawka. Przede mną szeroka ścieżka pośród traw. Prowadzi na Kruhly Wierch (Kruhły Wierch), najwyższy z czterech wierzchołków Połoniny Caryńskiej (1297 m n.p.m.).

W górach nawet nazwy są ciekawsze. A te we wschodnich Beskidach, intrygują najbardziej. Noszą w sobie historię, zaciekawienie. Są świadkami przenikania kultur. Jesli tylko chcemy to dostrzec. Takie na przykład Caryńskie, wioska, która leżała przed wojną u podnóża połoniny, a której pasmo zawdzięcza swoją nazwę, pochodzi od caryny, czyli wołoskiego „pola uprawnego” (rum. ţarina ). Kruhły, to z kolei ukraiński „okrągły”. W Bieszczadach każdy kamień ma historię. Trzeba uważać żeby się o nią nie potknąć.

SONY DSC SONY DSC

Połonina  Caryńska  przed ósmą…

Tak, jak i podczas schodzenia do Berehów Górnych. Bo od kulminacji Caryńskiej szlak ostro odbija w dół. Dochodzi do parkingu przy Obwodnicy Bieszczadzkiej, wypłaszcza się zupełnie, by po chwili zanurkować w pobliskie haszcze i znowu piąć się na zielone połoniny. Tylko, że kiedy tam dochodzę słońce grzeje jakby bardziej niż rano, a i nogi bardziej miękkie.

Podejście na Połoninę Wetlińską wyciska ze mnie resztki potu. Pełen plecak po raz pierwszy przypomina boleśniej o swojej obecności. Na szczęście Bieszczady to nie Tatry. Choć podejście strome, to niezbyt długie. Po półtorej godziny podziwiam już Caryńską z zupełnie innej perspektywy. Właśnie takie widoki motywują najbardziej. Zerkasz za siebie widzisz, jak daleko jest szczyt, na którym jeszcze „przed chwilą” zajadałeś kanapkę i nie możesz uwierzyć, że bułka z pasztetem dała ci takiego kopa. A horyztont przesuwa się każdego dnia. Dalej i dalej na zachód. Wyjątkowe uczucie.

SONY DSC

Połonina Wetlińska po dziesiątej…

Pod Puchatkiem rój turystów. Brzęczą obecnością, zajadają się widokiem. Żar leje się z nieba. Uciekam w ciszę, w zimne mury schroniska. W środku pustki. W spokoju mogę rozłożyć maszynkę, ugotować kaszę i schłodzić się przy goryczce. I tylko od czasu przez bulgotanie wrzątku, przebija się pytanie niedzielnego turysty: – Jak to nie macie lodówki?, – gdzie mogę umyć ręce?, – dlaczego tak drogo, wnosicie te piwo, czy jak?

W naszych górach nie ostało się już wiele takich obiektów. Fakt, może nie najczyściej, może nie najtaniej, w środku ciasno, toaleta na zewnątrz, ale takie były kiedyś Bieszczady, takie były polskie góry – surowe! Zostawmy Krupówki w Zakopanym, a klapki w przedpokoju. Nie pasuje ci klimat, jedź nad morze.  Wiem, że schronisko na Połoninie Wetlińskiej rok w rok plasuje się dokładnie w tej samej trójce „zwycięzców”, co Kremenaros, ale czy na pewno chcemy, żeby obrosło w nowoczesność i wygody?  Mało już zostało w tych górach miejsc, które pamiętają dawną szorstkość tych gór.

SONY DSC

Schronisko Chatka Puchatka 1228 m n.p.m.

SONY DSC

Połonina Wetlińska, to chyba najbardziej oblegane miejsce w Bieszczadach. Dostępna z każdej strony, niezbyt wymagająca (może tylko podejście), rozległa, piękna. Nie dziwię się, że przyciąga tłumy. Każdy ma prawo do gór. Ale kiedy muszę na szlaku pieszym (w parku narodowym!) ustąpić miejsca IDIOCIE, który rozjeżdza góry motorem, to wulgaryzm ciśnie się pod palce. I nie że raz, minie cię, zagłuszy ciszę i do widzenia. Jeździ od wzniesienia do wzniesienia, pali gumę, rozrzuca połoninę  na boki. Trudno się powstrzymać, żeby nie wsadzić mu kija trekingowego w szprychy.

Na szczęście otoczenie koi zmysły. Wędrówka po Połoninie Wetlińskiej, to zen dla zmysłów.  Długie przejście, rozległe widoki, czyste myśli. 7 kilometrów wysokogórskich łąk, których nie znajdziesz w żadnej innej części polskich Beskidów. A na końcu szerokiej ścieżki,  czeka atrakycjny widokowo, oznaczony metalowym krzyżem, Smerek (1222 m n.p.m). Podczas zejścia z tego szczytu należy zachować wyjątkową czujność. Jest dosyć stromo, a omszałe kamienie, szczegółnie po deszczu, bywają ślisko niebezpieczne.

SONY DSC
SONY DSC

Na tym etapie szlaku, opcje noclegowe są dwie. Po zejściu z gór i dojściu do Obwodnicy Bieszczadzkiej, szlak skręca w lewo i prowadzi do wsi Smerek. Bez problemu znajdziemy tam  agroturystykę w rozsądnej cenie. Jednak warto rozważyć skręt w prawo i kilometrowe odbicie od szlaku. W schronsku młodzieżowym w Kalnicy, warunki są bardzo dobre, ceny korzystne, a prowadząca bardzo komunikatywna. No i jest wi-fi. Szczerze polecam.

SONY DSC

Krzyż na Smereku

3. Kalnica – Cisna: 21 km

Nocleg: Bacówka PTTK pod Honem
SONY DSC

Dzień trzeci bywa kryzysowy. U mnie był dopiero za trzy dni. Dnia szóstego. Podczas wędrowki  przez Fereczatą, Okrąglik i Jasło, było jeszcze całkiem nieźle. Chociaż temperatura znowu podniosła się o klika kresek, zmuszając do szukania cienia. Na szczęście ten fragment szlaku w przeważającej części jest zalesiony. Polanki czekają na nas tylko na wierzchołkach szczytów.

Może to właśnie ten fakt sprawia, że ludzi jest tu zawsze mniej, niż na połoninach czy pod Tarnicą. A przecież widoki równie atrakcyjne. Szczególnie ten z Fereczatej (1102 m n.p.m.) i z Jasła  (1153 m n.p.m.). Na tym drugim szczycie trawy są wyjątkowo wysokie, układają się w falujący ocean, który kontrastuje z błękitem nieba i drgającymi w ciepłym powietrzu wierzchołkami. A poniżej szczytu, druga wyspa zieleni. Mniejsze Jasło. Taki archipelag polanek.

 

SONY DSCPoczątek odcinka w Smereku
SONY DSCWidoki z JasłaSONY DSC SONY DSC

Po drodze jeszcze Okrąglik, szczyt graniczny, na którym Polska dzieli się Bieszczadami ze Słowacją. Ten fragment gór wyznaczał kiedyś granicę między Bojkami i Łemkami. Wszystko co na zachód od Okrąglika do Małych Pienin, to Łemkowszczyna. Wszystko co na wschód, aż do doliny Łomnicy w Gorganach, to tereny Bojków.

SONY DSC

Słupek graniczny przed Okrąglikiem

Przejście nie jest długie. Około 6 – 6,5 godziny. Na końcu schodzimy do Cisnej. Dawnej siedziby rodu Fredrych, miejsca znanego ze słynnego baru „Siekierezada” i stacji kolejki wąskotorowej. Miejscowość, choć poniekąd kultowa, to do mnie nie przemawia. Arkitektoniczny kociokwik, turystyczne stragany, zeppelia i Podhale. A może narzekam, bo wylądowałem tam akurat w środku dnia, przy temperaturze powyżej 30 stopni celsjusza? Gdy po długim przejściu schodzisz z gór i maszerujesz po rozgrzanym asfalcie, to szybko zaczynasz tęsknić do leśnego traktu. To najgorsze momenty wędrówki.

Ale na jej końcu czekała Bacówka pod Honem. Drewniana, przytulna, wyludniona po weekendzie. Wkomponowana w zbocze Wysokiego Działu, najbardziej na zachód wysuniętego pasma Bieszczadów. A że przyszedłem tam późnym popołudniem, to miałem sporo czasu na regenerację przy lokalnym browarze. Jeśli spotkacie w Bieszczadach Ursę Maior, to nie wahajcie się spróbować i weźcie butelkę w objęcia. Naprawdę warto.
SONY DSC

SONY DSC

Bacówka pod Honem 663 m n.p.m.

4. Cisna – Komańcza: 31 km

Nocleg: Schronisko PTTK w Komańczy

Przez trzy dni prażyło i paliło. Ale czwartego dnia to już czarna Afryka. Gdyby nie to, że 90% szlaku pomiędzy Cisną a Komańczą prowadzi przez las, byłoby ciężko przejść ten fragment. Poszły dwie 1,5 litrowe butelki wody, a i tak, gdy zjawiłem się w schronisku w Komańczy, to szybko musiałem ugasić ten pożar. Przy długiej wędrówce z plecakiem taka pogoda to straszna mordęga.

Wielki Dział to pierwszy fragment szlaku, gdzie na długim odcinku nie ma stałych opcji noclegowych czy możliwości uzupełnienia zapasów. Stąd konieczność przejścia całego odcinka na raz. Pierwszy lokal gastronomiczny znajduje się dopiero w Duszatynie, czyli po jakiś 9 godzinach wędrówki, praktycznie przed samą Komańczą.  Na szlaku, lub w jego bezpośrednim sąsiedztwie, istnieją co prawda trzy miejsca gdzie można przenocować lub schować się przed deszczem, jednak  gdy wędrowałem w czerwcu 2014 roku, żadne z nich nie przyjęłoby mnie pod swój dach. Z prostej przyczyny: schrony na Przełęczy Żebrak i na szczycie Chryszczatej dopiero się budowały, a baza namiotowa w Rabe, do której trafimy szlakiem żółtym ze szczytu Jaworne, była jeszcze zamknięta. Choć jak wskazują zdjęcia, robotnicy z Podhala, z którymi miałem okazję zamienić kilka zdań, świetnie poradzili sobie z zadaniem, bo dziś schrony już stoją.

Nie mogę powiedzieć, że ten fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego jest nudny, ale na pewno nużący. Praktycznie cały czas wędruje się szerokim, zalesionym grzbietem, od czasu do czasu pokonując jedynie niewielkie przewyższenia. Większe podejścia czekają jedynie przed największymi szczytami: Jawornym, Chryszczatą i najwyższym w całym paśmie Wołosaniem (1071 m n.p.m.). Las owszem, majestatyczny, gęsty i dziki, ale widoków jak na lekarswto. Choć jest miejsce na tym odcinku, które unikatowe jest nie tylko na skalę Bieszczad, ale i całych Beskidów.

13 kwietnia 1907 roku na skutek osunięcia się ziemi i oderwania zachodniego zbocza Chryszczatej, powstały trzy jeziorka osuwiskowe. Dziś znajduje się w tym miejscu rezerwat przyrody „Zwiezło”, który tworzy największe rozpoznane osuwisko w polskich Karpatach. Ponoć, gdy doszło do zdarzenia, hałas był tak duży, że przerażona ludność z pobliskiego Duszatyna, zebrała dobytek i uciekła do pobliskich Prełuk, myśląc, że to koniec świata.

SONY DSC

Pierwsze jeziorko Duszatyńskie

SONY DSC

Dziś, z trzech jeziorek, zostały już tylko dwa. Znajdują się w głębokim jarze, do którego spływają liczne strumienie. To większe, ma lekko mętny, zielonkawy odcień, jest całkiem sporych rozmiarów i ma dosyć regularną linię brzegową, która umożliwia odpoczynek nad wodą (w środku upalnego dnia, miejscówka okazała się idealna na biwak). To drugie jest mniejsze, dużo bardziej zarośnięte, ale ma wyjątkowy, turkusowy kolor. Jego brzegi porastają wysokie skrzypy i paprocie. Miejsce warte odwiedzenia. W Beskidach nie ma chyba takiego drugiego.

SONY DSC

SONY DSCDrugie jeziorko Duszatyńskie

SONY DSC

Przejście odcinka Cisna-Komańcza to około 9-10 godzin wędrówki. Po dojściu do Duszatyna, szlak   prowadzi najpierw asfaltem a potem, skręcając z głównej drogi, odbija w las, pokonując jeszcze niewielkie wzniesienie w okolicach Perełuk. Niewielkie w skali całej trasy, ale całkiem spore, gdy mowa o dziennym kilometrażu. Można się zmęczyć.

Na szczęście po chwili wychodzimy na otwartą przestrzeń, a w oddali widać już pierwsze zabudowania Komańczy. Jeszcze tylko asfaltowa rapsodia przez wioskę, gdy podeszwy proszą o litość, i na końcu miejscowości, w lesie, docieramy do schroniska PTTK im. Ignacego Zatwarnickiego. Obiekt przypomina bardziej hotelik górski, niż tradycyjne schronisko, ale nie ma sięczego czepiać. Jest wszystko, co potrzeba. No i oczywiście można zebrać pieczątkę do książeczki PTTK, dokumentującą przejsćie tego fragementu szlaku. W tym miejscu kończą się Bieszczady, a my wchodzimy w najdziksze, i chyba najbardziej niedocenione, góry Polski – Beskid Niski.

Główny Szlak Beskidzki

na odcinku Bieszczad

99 km

Tarnica

 Na odcinku bieszczadzkim szlak jest bardzo dobrze oznakowany. Ścieżka w przeważającej mierze bardzo szeroka, zadbana, nie pozostawiając wątpliwości, którędy należy wędrować. 95% nawierzchni stanowi teren górski: dukty, ścieżki, płaje i połoniny. Na asfalt trafiamy wyłącznie przy zejściach do wiosek i miasteczek, zwykle na krótkich odcinkach. W okresie wakacyjnym i weekendowym na odcinku Wołosate-Smerek można spodziewać się dużych ilości turystów. Warto wychodzić wcześnie, by móc nacieszyć się górami bez tłumów. Na odcinku Smerek-Komańcza ludzi dużo mniej, w tygodniu praktycznie pojedyńcze osoby.

W zasadzie brak. Czujność należy zachować w miejscowości Smerek, przy sklepie spożywczym, gdy szlak skręca w drogę wyłożoną betonowymi płytami, w Cisnej po wyjściu z lasu na pierwsze zabudowania, oraz w Duszatynie, po dojściu do asfaltu.

 bez wyjątku cały odcinek połonin, Jasło, Jeziorka Duszatyńskie.

 

 

 

 

 

 

Be first to comment