Mały Etap Beskidzki – Etap 4: Bieńkowska Góra – Lubogoszcz

Bieńkowska Góra – PTTK Kudłacze (28 km)

Wsiuuup. Odpinam zamek namiotu. Wynurzam głowę z tropiku. Jest słońce. Góry stoją, gdzie stały. Pogoda sprzyja. Dziś wchodzimy na teren Beskidu Wyspowego. Najpierw zalesione Pasmo Babicy, potem Myślenice i na koniec podejście pod schronisko PTTK Kudłacze. Chcielibyśmy dalej, tak żeby na ostatni dzień nie zostawiać sobie sinusoidalnego równania  z Lubogoszczem i Luboniem Wielkim jako dwoma niewiadomymi, ale na popołudnie zapowiadają deszcz. I tak pogoda dużo lepsza, niż pogodynki straszyły żądnych słonecznej majówki turystów.

kolaż 1

 Profil dnia: Bieńskowska Góra – Schronisko PTTK Kudlacze (28 km)

O 7 znowu w drodze. Mijamy skrzyżowanie ze szlakiem czarnym i kierujemy się w stronę kulminacji pasma – Babicy. Szlak, który zostawiliśmy za sobą, został poprowadzony do wioski Harbutowice, gdzie znajdują się jedne z najstarszych drzew w Polsce – Cisy Raciborskiego. Dwa prawie 700 letnie okazy, nazwane na cześć ich odkrywcy prof. Mariana Raciborskiego. Przy długich przejściach, nie sposób jednak zobaczyć wszystkiego. Przystajemy jedynie na chwilę przy murowanej kapliczce św. Huberta i w drogę. Przez kolejne cztery godziny robimy wyłącznie szybkie przerwy. Głównie ze względu na bolące ramiona i monotonię szlaku. Las, las, kałuża, las, samotna chata, szczekające burki. Las, las, przewalone drzewo, kałuża, las, las… Kapliczka! Znak, że zbliżamy się do Myślenic.

SONY DSC

Murowana kapliczka św. Huberta pod Babicą

SONY DSC SONY DSC

Samotna chata na szlaku przed Myślenicami

Wychodzimy na otwartą przestrzeń. Po jednej stronie, w dolinie, dziesiątki kolorowych dachów. Nieopodal nich samotne wzgórze i mozaika pól. Po drugiej stronie strome szczyty Beskidu Wyspowego przykryte niewielką mgiełką. Zazdroszczę mieszkańcom Myślenic, że mają góry za rogatkami miasta. Wystarczy przedrzeć się przez ogródki działkowe, wdrapać się odrobinę i już panorama. I już rozległe widoki na Beskidy.

Zanim zejdziemy do miasta, mijamy owocowe sady, płotki, działkowe ogrodzenia; wreszcie pierwszych turystów z plecakami. Idą w odwrotnym kierunku niż my, czyli od Lubonia Wielkiego. Podczas trzech dni wędrówki byli jedynymi „długodystansowcami” przemierzającymi Mały Szlak Beskidzki, jakich spotkaliśmy. Oprócz nich mijaliśmy może jeszcze z pięć osób. Podejrzewam, że na Głównym Szlaku Beskidzkim było w tym czasie odrobinę gęściej…

SONY DSC

Mały Szlak Beskidzki przed Myślenicami

SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Dochodzimy do miasta. Gwar, samochody, tłum ludzi. Szlak kluczy między budynkami, prowadząc w kierunku rynku. Całkiem sporego, całkiem przyjemnego dla oka. Z zachowanym średniowiecznym układem urbanistycznym i zadbanymi kamieniczkami. Nie mamy siły na zwiedzanie. Jedyne o czym myślimy to coś zimnego z bąbelkami. Siadamy w restauracji Paco, i to dobry wybór. Zupa pierwsza klasa, sałatka też delicje. Rozsądne ceny, miła obsługa. I gdyby nie dochodzące z oddali grzmoty, pewnie nie skończyłoby się na jednym.

SONY DSC

Myślenice, rynek. Idzie burza.

SONY DSC SONY DSC

Po obiedzie trudno zebrać się do marszu, ale niebo robi się coraz ciemniejsze. Nadciągające  chmury skutecznie dopingują do wyruszenia czym prędzej. Trochę szukamy oznaczeń szlaku na budynkach i wreszcie, bardziej na wyczucie, kierujemy się w stronę Zarabia, gdzie szlak z powrotem przechodzi w górską ścieżkę. Na zboczach wzniesienia Ukleina (677 m n.p.m.) znajdują się ruiny średniowiecznej baszty strażniczej z XIII wieku. Według szacunków archeologów miała około 10 metrów wysokości. W XV wieku zniszczył ją pożar.

SONY DSC

Pozostałości baszty strażniczej…

Od razu spore przewyższenie. Stok mocno nachylony. Praktycznie od momentu wejścia do lasu, aż do samych Kudłaczy, jest cały czas pod górkę. Szlak prowadzi gęstym lasem. Jest parno, w powietrzu wisi burza. Długo nie pada. Tylko grzmoty przypominają o nadchodzącym froncie. Ciągle się łudzę, że wyjdziemy z tego sucho. Ale tak gdzieś w połowie drogi do schroniska, spadają pierwsze krople. Kap, kap…. i leeeeeeeeci ciurkiem! Akurat wtedy gdy dochodzimy do malowniczego przysiółka, znajdującego się na niewielkiej polance. Nic nie widać. Nie pozostaje nam nic innego, jak dreptać przed siebie. Jeszcze dobre 1,5 godziny. Od czasu do czasu powietrze przeszywa dudniący dźwięk gromu.

Kolejna polana, kolejne pogrążona szansa na zdjęcia. Ciągle leje. A szkoda, bo widoki byłby tu piękne. Obracam się za siebie, jestem sam. Marek został gdzieś w tyle. Postanawiam poczekać na niego pod dachem mijanej szopy. Nie mam ochoty na robienie fotek. Kurtka mokra, buty mokre, rozwodnione chęci. Wiem, że tego dnia nie dojedziemy dalej niż do Kudłaczy. To i tak sporo.

Wreszcie jest i kompan. Wyłania się zza lasu. Opóźniają go obtarte stopy. Chwilę ociekamy wspólnie pod dachem, odpoczywamy i podejmujemy decyzję. Idziemy, i tak nie przestanie padać.

A jednak, po 15 minutach wędrówki deszcz ustaje. Znad gór – znowu mijamy piękną polanę na której znajduje się kilka chat – podnoszą się chmury. Soczysta zieleń stoków, tonie w białych obłokach. Przemoknięci turyści informują nas, że do schroniska zostało 30 minut. Tylko żebyśmy pamiętali, że przy ostatnim podejściu warto pójść prosto przez wąwóz, a nie w lewo jak prowadzi szlak. I faktycznie, potem już nad mapą rozmawiając z gospodarzami schroniska dowiadujemy się, że to zdecydowanie krótsza opcja. To dlaczego szlak robi taki niepotrzebny łuk? Prawo własności. Komuś było nie w smak, że znakowana ścieżka przecina jego ziemię…

Do schroniska na Kudłaczach docieramy w okolicach osiemnastej. Dostajemy ostatni pokój. Ciasną, ale własną dwójeczkę. Co prawda bez okna, ale za to wygodnymi łóżkami. Tego dnia nie miałbym ochoty rozbijać namiotu. A tak, jest ciepły prysznic (jeśli akurat turyści nie wykorzystają całej wody – mowa o boilerze), elegancka łazienka (świeżo po remoncie, naprawdę klasa), ciepły posiłek (jajecznica na trzech jajkach versus pachnąca kaszanka), piwo w rozsądnej cenie (o jedno za dużo! poranek był ciężki), no i towarzysze w dyskusji. Można wymienić się doświadczeniami górskimi z ludźmi ze stolika obok (pozdrowienia dla Świeradowa!) i zweryfikować swoje marzenia o prowadzeniu schroniska (uszanowanie dla gospodarzy, państwa Knofliczków, za miłe przyjęcie). Dobrze, że takie schroniska jeszcze istnieją. Że nie zżarła ich gangrena komercji. W takie miejsca chce się wracać. Może następnym razem z polany będzie coś widać?

SONY DSC

 Pokój z górskim widokiem.

kolaż muzeum

I przytulne wnętrze schroniska

PTTK Kudłacze – Lubogoszcz (23 km)

Rano ciężko podnieść głowę. Nie dość, że trzeci dzień jest zwykle kryzysowy, to i pogoda nie nastraja, no i głowa ciąży. Zero szans na przejaśnienia. Pogodowe mapy jednoznacznie wskazują na całkowite zachmurzenie. Lać ma od południa. Do tego czasu trzeba „połknąć” jak najwięcej kilometrów. Chcemy dojść do końca szlaku i spać na Luboniu Wielkim, choć podświadomie czujemy, że to raczej nierealne. 13 godzin wędrówki, złe warunki pogodowe, duże przewyższenia Beskidu Wyspowego. Będzie ciężko.

kolaż 2

 Profil dnia: Schronisko PTTK Kudlacze – Lubogoszcz Zachodni (23 km)

Ruszamy we mgłę. Ścieżka kluczy w wilgotnym lesie. Po godzinie doprowadza nas na Lubomir (904 m n.p.m.), dawniej zwany Łysiną. Mimo, że szczyt jest całkowicie zarośnięty, to bywa częstym celem wędrówek. Według autorów Korony Gór Polski pasmo należy do Beskidu Makowskiego i jest jego najwyższym szczytem. Tymczasem najbardziej znana regionalizacja Polski prof. Jerzego Kondrackiego zalicza pasmo do Beskidu Wyspowego, tym samym za najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego uznając Mędralową w Paśmie Przedbabiogórskim. Od 2007 roku na szczycie Lubomira działa Obserwatorium Astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza. Obiekt jest kontynuatorem przedwojennego obserwatorium, które powstało w tym miejscu w 1922 roku, a które naziści spalili w trackie wojny. Był to jeden z dwóch obiektów tego typu w przedwojennej Polsce wybudowany w polskich Karpatach (drugim było obserwatorium im. Józefa Piłsudskiego w Czarnohorze, popularnie zwane „Białym Słoniem”).

SONY DSC

Obserwatorium astronomiczne na Lubomirze

SONY DSC

Taka pogoda przez cały dzień…

Odpoczywamy chwilę przy nowej bryle obserwatorium i zaczynamy zejście szerokim, dobrze ubitym traktem do wioski – wkrótce zamienia się w asfalt. Przez całą drogę towarzyszą nam astronomiczne tablice informacyjne o historii obiektu i odkryciach polskich astronomów.

Kolejny przystanek to  Przełęcz Jaworzyce, według niektórych autorów, to właśnie prze nią  przebiega granica między Beskidem Wyspowym a Makowskim. Jednak wspomniana wyżej regionalizacja prof. Kondrackiego uznaje ją za wewnętrzną przełęcz Beskidu Wyspowego. Niestety chmury pokrywają całe niebo, mży. Nie widać nic.

Ledwo zeszliśmy w dół, już trzeba się wspinać. Podejście na Wierzbanową Górę długo prowadzi asfaltem. Monotonia kroków. Odliczanie czasu do przerwy. Wreszcie znowu las. Błotniste podejście. Owiana mgłą polanka. Góry chowają się na horyzoncie. Ledwo osiągnęliśmy szczyt, już schodzimy w dół. Wkrótce kolejna przełęcz – Wielkie Drogi. Stąd już tylko godzina do Kasinki Wielkiej, w której chcemy zrobić dłuższą przerwę. Przecinamy ruchliwą drogę wojewódzką i znowu w górę. Ostatnie podejście przed obiadem. I wtedy nagle, ktoś odcina mi energię. Uczucie doskonale znane z górskich wypadów. Zwykle wystarczy sięgnąć po batona i można iść dalej. Jednak tym razem w plecaku pustka. Ledwo wlokę nogami.

Wreszcie dochodzimy do końca lasu. Z wiosennej zieleni wyłaniają się pierwsze chaty Kasinki Wielkiej. Widać asfalt. No to może jeszcze trochę? Znajdziemy jakiś dach. W porządku. Idźmy. I tak przez następną godzinę! Gdy dochodzimy do zakrętu okazuje się, że droga schodzi w dół do wioski. Gdy dochodzimy do głównej ulicy, okazuje się, że szlak prowadzi wzdłuż ruchliwej szosy. Nigdzie sklepu, dachu. Pustka. Do tego zaczyna padać. Jestem bliski „rozbicia obozu” w przydrożnym rowie melioracyjnym. To zdecydowanie najgorszy odcinek na całym Małym Szlaku Beskidzkim. Trzeba szukać oznaczeń i uważać na przejeżdżające samochody. Wreszcie widać dróżkę odbijającą w pola. I gdy już myślę, że przyjdzie nam stołować się w niedalekim zagajniku, na horyzoncie miga jakiś dach?, plandeka? Podchodzimy bliżej. Pomnik upamiętniający 24 Pułk Ułanów z 1939 roku. Obok wiata osłonięta z trzech stron. Idealne miejsce na postój, idealny czas – właśnie zaczyna lać.

SONY DSC

 Stołówka polowa

Słodka herbata i worek kaszy stawiają na nogi. Zerkam na mapę. Przed nami dwa najtrudniejsze podejścia. Najpierw Lubogoszcz (968 m n.p.m.) a potem Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) – najwyższy na Małym Szlaku Beskidzkim. Niby nie wysoko, ale poziomice zdają się mówić coś innego: jest pion. Na szczęście przestaje padać. Siły wracają. No to w drogę.

Na początku nie ma tragedii. Podejście jest delikatne, idzie się przyjemnie. I nagle ze zboczem coś się dzieje. Obraca się prawie pionowo. Plecak ostro ciągnie w dół. Trudno podnieść nogi, podejście jak w Tatrach. Ściana! Po całym dniu wędrówki nie ma lekko. Czuję jakbym chodził po kleju, trudno oderwać nogi od podłoża. Dobrze, że to tylko niecałe 1000 metrów.

Wkrótce osiągamy zarośnięty szczyt, na którym postawiono metalowy krzyż. Podejmujemy decyzję: drugie takie podejście w tym dniu to samobójstwo. Nie ma sensu się katować. Tym bardziej, że znowu zaczyna padać. Na Luboniu i tak nic nie będzie widać. Decyzja: kończymy przejście w Mszanie Dolnej. Najwyższy szczyt szlaku zostawiamy sobie na następny wyjazd.

Po dwudziestu minutach wędrówki zalesionym grzbietem Lubogoszcza, dochodzimy do jego zachodniego wierzchołka. Na skrzyżowaniu szlaków wybieramy opcję czarną i kierujemy się w kierunku Kasinki Małej. Nocleg planujemy w Bazie Szkoleniowo-Wypoczynkowej „Lubogoszcz”.

SONY DSC

 Baza Szkoleniowo-Wypoczynkowa „Lubogoszcz”

Ośrodek ulokowany jest tuż przy szlaku, schowany między drzewami. Idealne miejsce dla większych grup. Kilkanaście drewnianych domków, stołówka, duże miejsce na ognisko, do tego schronisko z kilkunastoma pokojami. Dyskretny urok PRL-u wiszący w powietrzu. Miejsce, w którym na pewno nie zatrzymaliśmy się ostatni raz. I ten żur! Dostaliśmy cały garnek!

SONY DSC

Stołówkowy klasyk. A stołówka tylko dla nas.

SONY DSC

Be first to comment