Bractwo Bang Bang

W 1994 roku miałem 14 lat. Zaczynałem słuchać muzyki z Seattle, próbowałem zapuścić długie włosy i po raz pierwszy wybrałem się za granicę na rowerze (do czeskiego Bohumina miałem ledwie 50 kilometrów… ). Tymczasem jakieś 14 tysięcy kilometrów na południe od mojego bezpiecznego podwórka, toczyła się historia. Rządy białego człowieka dobiegały końca. Czarni obywatele Afryki Południowej po raz pierwszy mieli zagłosować w wolnych wyborach. Apartheid bronił się ostatkiem sił. Dyszał i charczał. Dławił się dymem z koktajlów Mołotowa, topił we krwi, ale nie chciał oddać władzy.

W samym centrum wojny domowej, o której nie miałem wówczas pojęcia, znajdowało się kilku białych fotografów. Ludzi wrażliwych, dążących do poznania prawdy i sprzeciwiających się niesprawiedliwej ideologii. Lecz jednocześnie uzależnionych od adrenaliny, balansujących na granicy świata żywych i martwych, spoglądających na drastyczne sceny przez wizjer aparatu. Karmiących się tragedią dzień za dniem, trup za trupem.

KEN-OOSTERBROEK-KEVIN-CARTERKevin Cartner robi zdjęcie Kenowi Oosterbroekowi w trakcie ulicznych zamieszek

Stworzyli grupę czterech przyjaciół. Wspólnie jeździli w najbardziej niebezpieczne miejsca, polowali na ujęcia i wspierali się w trudnych momentach. Prasa nazwała ich Bractwem Bang Bang. Ich profesjonalizm i niebywała zuchwałość przysporzyła im tyleż samo fanów, co wrogów. Robili zdjęcia prawdziwe i szczere. Ukazujące brutalność wojny, bezsensowne okrucieństwo i obłudę białych rządów.

Paradoksalnie ich największą bolączką wcale nie były przelatujące kule i ociekające krwią maczety. Największym problemem było własne sumienie. Dopytujące się o granicę między człowieczeństwem a profesjonalizmem. Między ambicją i empatią. O to kiedy odłożyć aparat i pomóc osobie znajdującej się po drugiej stronie obiektywu.

tumblr_maohcgio1O1qzavz8o1_1280Zwolennik partii ANC rąbie maczetą rzekomego sympatyka Inkathy – zdjęcie Grega Marinovicha, które zdobyło nagrodę Pulitzera 1990

Historię reporterów poznajemy z perspektywy jednego z nich – żyjącego do dziś Grega Marinovicha (napisał książkę wspólnie z Joāo Silvą – drugim z żyjących fotografów). Narracja prowadzona jest bardzo czystym, pozbawionym poetyckich zabiegów stylem. Niczym dziennikarska relacja. Wciąga od samego początku i nie pozwala przestać czytać nawet w momencie najbardziej drastycznych scen. Dotyczy wydarzeń od momentu wejścia bohatera do zawodu i zaprzyjaźnienie się z pozostałymi fotografami, poprzez relacjonowanie najbardziej gorącego okresu wojny, aż do momentu tragicznej śmierci dwóch członków zespołu – jeden z nich  padł od kuli, drugi nie udźwignął ciężaru codzienności i sławy, jaka spadła na niego po otrzymaniu nagrody Pulitzera.

Prémio Pulitzer (Kevin Carter)

Słynne zdjęcie Kevina Cartera, ukazujące głodującą sudańską dziewczynkę, na którą czyha sęp – zdobyło nagrodę Pulitzera i odmieniło życie Kevina…

Mimo dużego ładunku emocji, autorom udało się napisać książkę obiektywną, pozbawioną patosu i pustych słów. To lektura trudna, ale pasjonująca równocześnie. Przytacza wiele interesujących faktów na temat minionych wydarzeń i współczesnej Afryki. Jednak jej siła i uniwersalność tkwi głównie w pytaniach jakie stawia. O sens fotografowania wojny, o moralność dziennikarzy, o wytrzymałość ludzkiej psychiki. Mimo, że dzieje się w Afryce, w tamtych czasach i tamtym otoczeniu, to dotyczy tego, co tu i teraz. Niestety ciągle jest aktualna, a na pytania, które stawia, ciągle nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Każdego dnia uświadamiają nam to obrazki z Bliskiego Wschodu i Afryki.

thokoza kobiety katuja usmiechniety mezczyzna joao silva

Zwolenniczki Inkathy katują niezidentyfikowaną kobietę – Fot. Joao Silva

Smutna, lecz pozostawiająca niezatarte wrażenie lektura. Książka, którą długo się pamięta

 TYTUŁ: Bractwo Bang Bang

AUTOR: Greg Marinovich, Joāo Silva

WYDAWNICTWO: Sine Qua Non

ROK WYDANIA: 2012

LICZBA STRON: 283

 —–

Wypada jeszcze wspomnieć, że na podstawie książki, w 2010 roku powstał całkiem udany film fabularny w reżyserii Stevena Silvera. Na mnie osobiście książka wywarła jednak większe wrażenie, niż kinowa wersja. Głównie ze względu na wrażenie autentyczności i pewnej intymności, jakie towarzyszy nam w trakcie lektury. To trochę tak, jakby historię opowiadał nam bezpośrednio Greg Marinovich. Tymczasem w filmie nie sposób pozbyć się wrażenia, że to fabuła. Historia wymyślona przez scenarzystę. Choć równie emocjonująca i wartościowa, to jednak o bardziej sensacyjnym, niż reportażowym charakterze.

(Wszystkie foto: Wikipedia)

Be first to comment