Bucegi – natura w objęciach komercji

Bucegi (148)

Nicolae Causescu miał wizję. Chciał, żeby każdy obywatel jego kraju mógł doświadczy wypoczynku na łonie natury, pośród pięknych, karpackich szczytów. Jak na dyktatora przystało, wizja miała rozmach. Nie chodziło o marny hotelik czy schronisko, pomysł był kompleksowy. Zakładał przekształcenie w kurort górski całego pasma. Wybór padł na góry najbliższe miastu stołecznemu – Bucegi…

Do Busteni, jednego z dwóch najpopularniejszych miast startowych w Bucegi (drugim jest sąsiednia Sinaia), przybywamy po godzinnej podróży z oddalonego o około 50 kilometrów Piatra Craiului – wapiennego pasma o nieprzeciętnym uroku. W planach mamy trzydniową trasę, podczas której chcemy zobaczyć najciekawsze miejsca w tych czwartych pod względem wysokości górach Rumunii. Podniecenie wzrasta gdy zbliżamy się  do wysokiej na ponad dwa i pół tysiąca metrów ściany skał. Wow! Usta otwierają się jak u karpia łapiącego powietrze. Grań onieśmiela majestatem i sprawia, że kolana skrzypią  niezadowoleniem. Na szczęście tym razem mogą być spokojne, ominie je męcząca wspinaczka i obciążające zejście. Ze względu na ciężkie bagaże i objazdowy charakter wypadu po Transylwanii, na grań planujemy wjechać kolejką linową.

Początkowy entuzjazm studzi długi na kilkanaście metrów ogonek oczekujących na pierwszy wagonik. Po cichych i pustych szlakach w Piatra Craiului, kolorowy tłum wprawia w osłupienie. Większość osób wygląda na niedzielnych turystów, tylko my mamy wypakowane plecaki. Nie tak wyobrażaliśmy sobie rumuńskie góry… Gdzie ta cisza i spokój? Przecież w tym tłumie spędzimy dobre kilka godzin.

Na horyzoncie pojawiają się podejrzani panowie w bluzkach z czterema paskami i złotymi ketami na rękach. Niczym wygłodniałe sępy rzucają się na turystów głośno wykrzykując swoją mantrę – Patru, patru. Cabana Babele via Piatra Arsa. Patru, patru! Cabana Babele! W rękach trzymają kolorowe prospekty z jeepami cztery na cztery. Jeden z nich podchodzi do mnie i zachęca do skorzystania z oferty wjechania na grań terenówką. Nu inţeleg rumanescu – odpowiadam grzecznie i rozkładam bezradnie ręce, udając, że nie wiem o czym mowa. No problem, I speak english – kierowca uśmiecha się rozbrajająco i wskazuje na ulotkę. Grzecznie dziękuję za usługi transportowe i przesuwam się w kolejce. Jeszcze nie wiem, że z powodu załamania pogody za dwa dni sam będę szukał kontaktu do kierowcy…

Wężyk do kasy kurczy się szybciej, niż się na początku wydawało. Za chwilę stoimy przy okienku. 32 leje za wjazd do schroniska Babele (2200 m n.p.m.), z którego planujemy rozpocząć wędrówkę, to korzystna cena. Naszym celem jest najwyższy szczyt Bucegów – Varful Omu (2505 m n.p.m.). Nocować zamierzamy w znajdującym się na szczycie schronisku, około 3,5 godziny drogi od stacji kolejki. To najwyżej położony obiekt noclegowy w całych Karpatach.

Na tle olbrzymiego masywu zbliżający się wagonik wygląda jak kurzajka na zadku słonia. Pionowa ściana Bucegów nie pozostawia złudzeń,  to nie są pierwsze lepsze pagórki. To góry „wybrane” (tak brzmi tłumaczenie starorumuńskiej nazwy), w których według legendy swoją siedzibę miał bóg wojny i władca pozagrobowego królestwa Daków – Zalmoxis. Pasmo, z którym związane są liczne legendy, tajemnice i niewyjaśnione zdarzenia. Tym spiczastym wierchom należy się szacunek.

Bucegi (12) Bucegi (9) 100_8840Droga na szczyt nie zajmuje więcej niż kilka minut. Jednak wspomnienia zostają na znacznie dłużej. W tłumie turystów trudno o dobre ujęcia, mimo to co chwila słychać pstryk migawki, błysk flesza. Widoki nie pozwalają pozostać obojętnym. Postrzępione, porośnięte zielenią wapienne zbocza opadają stromymi urwiskami dochodzącymi do 1500 metrów. Z perspektywy wagoniku odnosi się wrażenie, że jesteśmy w Alpach.

Rumuński Sfinks

Widoki zmieniają się, gdy stawiamy nogę na twardym gruncie. Zupełnie jakbyśmy wylądowali w innych górach! Aż trudno uwierzyć, że na tej wysokości Bucegi przybierają formę praktycznie płaskiego płaskowyżu, przypominającego momentami karkonoskie równiny lub bieszczadzkie połoniny. Olbrzymia przestrzeń pofalowanych pagórków ciągnie się aż po horyzont. Na jednym ze zboczy widać białe, ruchliwe plamki, odgłos owczych dzwoneczków rozchodzi się echem po okolicy. Jest słonecznie i mimo dużej wysokości bardzo ciepło. Idealny dzień na wędrówkę. Sielankowy klimat zagłusza jedynie dudniące disco-rumuno dobiegające ze stacji kolejki. Poprawiamy plecaki i ruszamy w trasę, żeby zdążyć przed tłumem, który za chwilę ruszy w kierunku fantazyjnych form skalnych, z których słyną Bucegi. Szlak żółtego paska prowadzący ze stacji kolejki Babele do schroniska Omu należy do najpopularniejszych w tych górach. To szeroki, dobrze oznakowany trakt, który na znacznej długości można spokojnie przejechać na góralu. Nie sposób się tu zgubić.

Po chwili mijamy szarą i nieciekawą bryłę cabana Babele. Takich komunistycznych straszydeł architektonicznych jest w tym paśmie znacznie więcej. Jednak popularność tego miejsca nie bierze się z jego wyglądu, lecz otoczenia, w którym je postawiono. Tuż obok budynku znajdują się naturalne formy skalne, będące efektem wietrzenia i erozji. Z olbrzymimi ostańcami w kształcie grzybów, związana jest legenda, która dała nazwę temu miejscu. Dawno, dawno temu, żyła stara kobieta (rum. babele) o imieniu Dochia, która lekceważąc rady bogów wybrała się w marcu w góry, żeby wypasać owce. Zimowa aura sprawiła, że zamarzła wraz z całym stadem, właśnie w tym miejscu, wkrótce przybierając skamieniałą postać.

Druga ze wspomnianych form chyba jeszcze bardziej pobudza wyobraźnię. Ze względu na wygląd przypominający twarz posągu, i trzeba przyznać niejakie podobieństwo do egipskiego oryginału, nazwano ją Sfinksem. Wśród wielu legend związanych ze skałą  nie brak również opinii, że jej wyjątkowy kształt to nie kwestia erozji lecz ludzkiej ręki. Jednym z największych orędowników nienaturalnego pochodzenia karpackiego Sfinksa był peruwiański odpowiednik Ericha Danikana – Daniel Ruzo. Ten protohistoryk i ezoteryk większość życia poświęcił na poszukiwania dowodów na istnienie prehistorycznej, przedpotopowej kultury. Bucegi miały być jednym z miejsc, gdzie ta cywilizacja kwitła. Świadczyć mają o tym nie tylko nietypowe formy skalne ale również tajemnicze wydarzenia, które od czasu do czasu mają miejsce w tych górach. Na przykład w 1999 roku mieszkańcy Sinai przez dwa tygodnie, bez konkretnego powodu cierpieli na bezsenność. Z kolei w 2003 roku okolice nawiedziła seria niewielkich trzęsień ziemi (3-4 w skali Richtera), na które geolodzy nie znaleźli sensownego wyjaśnienia. Istnieje również legenda, jakoby we wnętrzu gór znajdowały się tajemnicze korytarze, będące pozostałościami obcej cywilizacji, które wzbudzają zainteresowanie rumuńskich i amerykańskich służb specjalnych…

My nie przybyliśmy jednak w góry w poszukiwaniu sensacji, lecz pięknych widoków. Dlatego po szybkiej sesji fotograficznej (prawdziwym cudem jest ujęcie skał w kadrze bez „mistrzów drugiego planu”), ruszamy na trakt. Po chwili dochodzimy do skrzyżowania ścieżki ze szlakiem czerwonego krzyża (w Rumunii oprócz kolorów, szlaki są również różnicowane kształtem symbolu; występuje koło, pasek oraz krzyż). Droga prowadzi na górę Caraiman (2384 m n.p.m). Na jej zboczach znajduje się wysoki na 45 metrów żelazny krzyż, upamiętniający ofiary I Wojny światowej. To jeden z  najbardziej rozpoznawalnych punktów orientacyjnych w tych górach. Widać go ze sporej odległości, a w nocy jest efektownie podświetlony. Niestety ze względu na brak czasu, nie decydujemy się na wydłużenie trasy, lecz kontynuujemy wędrówkę żółtym szlakiem.

Naszą uwagę przyciągają teraz dwa,  płaskie niczym stół, szczyty – to Babele. Mniej więcej w połowie ich wysokości biegnie linia wyznaczona przez regularne bloki kamienia. Geolog z pewnością miałby do powiedzenia coś ciekawego na ten temat. My możemy co najwyżej podziwiać ich piękno podczas krótkiej przerwy na nieodzownego w trasie kabanosa. Wykładamy się wygodnie na trawie i onieśmieleni pięknem gór w ciszy konsumujemy przywieziony z ojczyzny przysmak. Nad wierzchołkami pojawiają się dwa drapieżne ptaki, swobodnie szybujące na wietrze. Za pokrytą zielenią ścianą skał, znajduje się dolina Ialomitei, którą będziemy wędrować jutro. Przecina ona dwa brzegi masywu, który kształtem przypomina odwróconą literę U. Dziś wędrujemy jej prawym brzegiem. Omu, cel naszej wędrówki, znajduje się dokładnie na środku wybrzuszenia.

Po odpoczynku ruszamy w trasę. Po kilkunastu minutach marszu, na wschodzie ukazują się nowe widoki. To dolina Costila, której jeden z brzegów wyznacza góra o tej samej nazwie (2490 m n.p.m). Na jej szczycie znajduje się charakterystyczna  biało-czerwona wieża nadawcza, rozpoznawalny element wielu fotografii z Bucegów. Po chwili dochodzimy do Przełęczy Sugarilor, skąd w pełnej krasie widać pionowe ściany kotliny. Szpiczaste bloki wapieni wznoszą się po kilkaset metrów, niczym strażnicze wieże broniące dostępu do przejścia. Dopiero teraz uświadamiamy sobie na jakiej wysokości się znajdujemy. Wcześniejsza wędrówka po płaskowyżu była dosyć sielankowa. W tym miejscu krew zaczyna szybciej krążyć w żyłach. Widoki nie pozwalają pozostać obojętnym na niesamowitą urodę tego miejsca. Wszyscy wyciągamy aparaty i komórki by utrwalić wspomnienia. Jeszcze tylko grupowa fotka, dokumentująca magię chwili i ruszamy przed siebie.

Daleko przed nami pojawia się dominujący nad horyzontem szczyt. Na płaskim wierzchołku dostrzegamy niewielki budynek – schronisko Omu. Na ostatnim odcinku czeka nas jeszcze trochę wspinaczki. O zbliżaniu się do schroniska świadczą także wystające spod głazów rurki. Właśnie w taki sposób do budynku dostarczany jest… gaz. Służy do ogrzewania pomieszczeń i gotowania w kuchni.

Niczym górski narkoman

Zafrasowani widokami nie zauważamy, że na niebie zaczynają gromadzić się coraz gęstsze chmury. Pogoda zmienia się błyskawicznie. Gdy dochodzimy do Le Cerdac – kamiennej ściany wyznaczającej północną granicę wierzchołka Coltii Obarsiei (2405 m n.p.m.), całe niebo zasnute jest szarymi cumulusami. Słoneczna połonina zmienia się w mroczną Transylwanię. Budynek schroniska nabiera posępnego wyglądu, przywodząc na myśl nawiedzone domostwo, w którym spotkamy mitycznego Draka.

Szlak skręca teraz na zachód i rozdwaja się na dwie alternatywne odnogi, obie prowadzą w to samo miejsce. Górna przebiega przez szczyt Coltii Obarsiei, dolna trawersuje wzdłuż wspomnianej już ściany. Ze względu na goniące nas chmury, wybieramy łatwiejszy wariant. Spora ekspozycja dostarcza nie lada doznań. W dole widać nitkę żółtego szlaku wijącą się zboczem kotlinki i schodzącą, aż do rozpostartej u podnóża gór Busteni. Ze stoków spływają liczne strumienie, ciekawe formy skalne pionowo wystrzeliwują w niebo. Ten sposób dojścia do cabana Omu nie należy do najłatwiejszych jednak z pewnością obfituje w przepiękne widoki.

Po 30 minutach forsownego marszu osiągamy Varful Omu. Co ciekawe ze względu na stojący na wierzchołku głaz, do którego przylepiona jest bryła schroniska, w źródłach podaje się trzy wysokości góry: 2505, 2507 i 2514 m n.p.m. Gdy dotykamy klamki schroniska spadają pierwsze krople deszczu…

Towarzysze podróży rozsiadają się w niewielkiej salce, w której posila się kilku turystów, ja tymczasem zmierzam do okienka by zapytać o rezerwację jaką poczyniłem telefonicznie będąc jeszcze w Polsce. Sympatyczna pani w średnim wieku na pytanie odpowiada wymieniając moje nazwisko, domyślam się, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami, którzy będą tu dziś nocować. Do dyspozycji dostajemy ciasną, ale własną czwóreczkę. Po zrzuceniu plecaków wybieramy się na rekonesans menu. Uderzający o dach deszcz nie pozostawia złudzeń – dziś chyba nigdzie się już nie wybierzemy. Wizytę w  północnej części Bucegów i schronisku Malaiesti trzeba będzie odłożyć w czasie. Pozostają nam rozkosze stołu. Na pierwszy ogień idzie grzane wino (bardzo smaczne!), a chwilę potem fasolka z pieczonymi kiełbaskami i pieczona szynka z mamałygą. W takich okolicznościach przyrody potrawy smakują pierwsza klasa.

Gdzieś z drugiego końca sali dobiega rozpoznawalne szeleszczenie. Rodacy nie czekając na zaproszenie sami dosiadają się do stołu. Młoda para doktorantów z Warszawy właśnie kończy swój rekonesans po Rumunii. Nocują przy Lacul Bolboci, sztucznym zbiorniku, który znajduje się w południowej części masywu, u podnóża doliny Ialomitei. Temat gór dominuje dyskusję. My dzielimy się doświadczeniami z zeszłorocznego wypadu na Czarnohorę, oni opowiadają o atrakcjach Parku Narodowego Durmitor w Czarnogórze. Nawet nie spostrzegamy, kiedy ulewa przechodzi w kapuśniaczek, a po kilkunastu minutach zupełnie przestaje padać. Turyści ruszają w drogę powrotną, w schronisku zostajemy tylko my i grupka pięciu chłopaków, którzy również będą tu nocować.

Razem z przyjacielem, który także interesuje się fotografią, wychodzimy na zewnątrz by sprawdzić warunki do pstrykania. Okazuje się, że chmurki się rozwiały, zanosi się na piękny zachód słońca. Rafał wraca po aparat, tymczasem ja nie mogąc oprzeć się widokom sam rozpoczynam polowanie na ujęcia. Nawet nie spostrzegam kiedy oddalam się od schroniska w kierunku zachodniej grani. Wkraczam na szlak czerwonego paska i z pełną premedytacją postanawiam podejść jak najdalej w kierunku południowym, by z góry spojrzeć na kotlinę, którą będziemy wędrować jutro. Widoki w tej części gór robią ogromne wrażenie. Szlak przebiega wierzchołkiem wąskiej grani z jednej strony ograniczonej kotliną Ialomita, a z drugiej stromą ścianą Bucegów. Do tego pogoda robi się naprawdę piękna! Odrzucam myśli o opuszczonej małżonce i zdradzonym kumplu. Niczym górski narkoman uzależniony od widoków, funduję sobie prawdziwy odlot. Dochodzę w okolice Przełęczy Batrana, siadam na płaskim kamieniu na skraju urwiska i chłonę widoki wszystkimi zmysłami. Przeżywam jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Cisza, spokój i perfekcja górskich stoków, muskanych przez promienie powoli zachodzącego słońca. Poezja! Dobre 20 minut siedzę jak wryty, próbując ogarnąć piękno, którego jestem świadkiem. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że za chwilę nadejdzie mrok. Rzucam się w drogę powrotną i już przy samym schronisku oglądam niepowtarzalny zachód słońca, podczas którego promienie załamują się na postrzępionych wierzchołkach.

Kiedy wracam do schroniska, okazuje się, że moi towarzysze poszerzyli krąg znajomych o piątkę wspomnianych wcześniej chłopaków. Dwójka z nich bardzo dobrze mówi po angielsku. Są z Bukaresztu i wybrali się na typowo męski wypad. Integracja idzie pełną parą. Gospodyni i dwójka jej młodych pomocniczek mają niezły ubaw z prowadzonej dyskusji, cichy chichot co chwila dobiega zza okienka bufetu. I tylko jeden szczegół nie daje nam spokoju. Jak to możliwe, że pięciu dorosłych chłopa spuszczonych ze smyczy, przesiedziało cały wieczór o dwóch piwach?!

W krainie Ciobanów i niedźwiedzi

Poranek wita nas niewielkim zachmurzeniem. Wylewnie żegnamy się z gospodynią, która szczerze zachęca nas do ponownych odwiedzin. I chociaż Cabana Omu jest niewielkim obiektem bez bieżącej wody i prądu, wychodek znajduje się na zewnątrz a wieczorami bywa pieklenie zimno (średnia roczna temperatura to 3 stopnie Celsjusza – śnieg zalega zwykle do końca czerwca), to wiem, że jeszcze kiedyś tu powrócę. Chyba rację mają jogini i badacze zjawisk paranormalnych, którzy twierdzą, że na Omu istnieje silne pole energetyczne, korzystnie wpływające na samopoczucie. Ja czułem się tu wyśmienicie!

Ruszamy w drogę. Czeka nas 6 godzinna wyrypa. Najpierw zejście prawie 1000 metrów szlakiem niebieskiego paska do leżącej na wysokości 1660 m n.p.m jaskini Ialomitei, a następnie ponowna wspinaczka na południową część grzbietu, którym wędrowaliśmy wczoraj. Nocować zamierzamy w mekce narciarzy, leżącym na wysokości 1987 m n.p.m schronisku Minorita, usytuowanym przy stacji kolejki prowadzącej do miejscowości Sinaia.    Ścieżka przebiega spodem kotliny, wzdłuż potoku Obarsiei. Po obu stronach otaczają nas wysokie na ponad 2000 metrów grzbiety, z których spływają liczne potoki. Nagle ciszę poranka przerywa krzyk. Echo odbija się od kamiennych ścian. Po chwili dochodzimy do niewielkiego urwiska, u podnóża którego zauważamy rozciągnięte stado owiec pilnowane przez dwójkę pasterzy i cztery psiaki. Widok o jaki trudno w naszych górach. Gdy schodzimy na dół, mężczyzna wita nas zdawkowym buna („bry”) i powitalnie wyciąga w naszym kierunku rękę. Zigaretten? – pyta pokazując dwoma placami gest trzymanego w ustach papierosa. Pasterski owczarek nieufnie przygląda się nam, gdy jego pan odbiera umowną zapłatę za możliwość obfotografowania stada. Gdy mijamy malowniczy wodospad spływający z niewielkiej półki skalnej kilkadziesiąt metrów dalej, stado znajduje się już na stromym zboczu po przeciwnej stronie. W miejscu, gdzie żaden turysta nie miałby szansy dotrzeć.

Ku naszemu niezadowoleniu drobny kapuśniaczek przekształca się w coraz większe krople. W samą porę dochodzimy do trawiastej polanki upstrzonej wielkimi blokami kamieni. Jeden z nich wbity jest pod skosem w ziemię, tworząc naturalny dach, pod którym znajdujemy schronienie. Posilając się batonami i obserwując zmagania owiec z grawitacją, czekamy na lepszą pogodę. Niedługo deszcz słabnie. Wychodzimy z kryjówki, lecz z trwogą obserwujemy posępne chmury, tulące się do szczytów. Właśnie tak musiały wyglądać wrota tolkienowskiego Mordoru – groźne, lecz jednocześnie pociągająco piękne. Mam przeczucie, że to nie ostatni deszcz dzisiejszego dnia…

Po przejściu krótkiego odcinka grzbietem malowniczej połoninki, dochodzimy do Hotelu Pestera, przy którym znajduje się druga stacja kolejki, którą wczoraj wjechaliśmy na grań. Można nią wrócić do Babele i tam przesiąść się na wagonik do Busteni. My kierujemy się do znajdującej się kilkaset metrów stąd jaskini Iaolomitei i pustelni Pestera. Tuż przy wejściu do groty, w której według legendy miał schronić się bóg Daków Zalmoxis podczas ucieczki przed wrogami, znajduje się niewielka, lecz bardzo urokliwa cerkiew. Opiekują się nią mnisi z pobliskiego klasztoru. Drobna opłata za zwiedzanie przeznaczona jest na konserwację drewnianych pomostów i oświetlenie jaskini. Jej nazwa pochodzi od dackiego słowa „jalomit”, co znaczy płakać. Według legendy łzy rozlane przez Zalmoxisa dały początek dzisiejszemu potokowi o tej nazwie.

Ze względu na łatwy dostęp kolejką i samochodem ta część Bucegów należy do najbardziej zatłoczonych. W okolicach jaskini znajdują się aż cztery duże schroniska turystyczne i wiele domków campingowych. Wszędzie widać pozostałości po obozowiczach, rozbite namioty, nieuprzątnięte śmieci i zatłoczone parkingi. A szkoda, bo kotlinka jest naprawdę urzekająca i stanowi ciekawy kontrast w stosunku do otaczających ją szczytów. Niestety liczba turystów nie pozostaje bez wpływu na przyrodę. Pozostawione przez ludzi odpady przyciągają niedźwiedzie. Zwierzęta na tyle przyzwyczaiły się do obecności człowieka, że przestały czuć strach. Liczne plakaty ostrzegające o ich obecności nie pozostawiają złudzeń, że Rumunia rzeczywiście posiada największą populację misiów w Europie.

Z żywiołem nie wygrasz

Po krótkim postoju przy Cabanie Diana wymuszonym kolejnym opadem, ruszamy na poszukiwania szlaku czerwonego. Deszcz nie przestaje kropić, ale goni nas czas. Wkrótce znajdujemy pierwsze oznakowania i skręcamy w gęsty las. Jak dobrze znowu zanurzyć się w karpackiej przyrodzie z dala od ludzi i hałasów. Niepokoi tylko opad, który z każdą chwilą przybiera na sile. Po najcięższym podejściu decydujemy się na kolejny postój. Trzeba przeczekać najgorsze. Niestety nie zanosi się żeby miało przestać. Po godzinie pod drzewem podejmujemy decyzję – idziemy. I tak nie unikniemy przemoczenia. Po dojściu na Przełęcz Laptici (1830 m n.p.m) zamierzamy skrócić trasę wybierając szutrową drogę prowadząca do kompleksu sportowego Piatra Arsa. Klimatu zero, ale może przynajmniej uda się wysuszyć ubrania.

Woda leje się za kołnierz. Czuję jak kilkuletni goretex kurtki ugina się pod naporem kropel. Koszulka powoli nasiąka wodą, spodnie lepią się do ud. Tylko buty jeszcze się nie poddają. Biorąc pod uwagę wszechobecne błoto i spływające w dół stoku potoki, to kwestia czasu. Nagle dostrzegam prześwit w drzewach. Dochodzimy do końca lasu. Przed nami rozpościera się szeroka, pofalowana połonina, na końcu której znajduje się szczyt Furnica (2103 m n.p.m). Dostrzegamy wyciągi i dwie bryły schronisk, to Cabana Valea Dorului i Minorita, w której mieliśmy pierwotnie nocować. W dole liczne stado owiec przemieszcza się po podmokłej łące. Pamięć przywołuje Bieszczady. I tylko asfaltowa droga biegnąca u podstawy połoniny nijak nie pasuje do urzekającego widoku.

Zanikający deszcz każe zastanowić się nad powrotem do pierwotnego planu. Łąka, mimo że podmokła, kusi dużo bardziej niż droga, po której od czasu do czasu przejeżdża terenówka. Głosujemy. 3:1. Płeć piękna przegrywa z męskim uporem. Energicznie ruszamy w dół połoniny, omijając co większe kałuże. Gdy jesteśmy mniej więcej w połowie drogi, do uszu dobiega odgłos porażki. Ten strumień nie brzmi, jakby można pokonać go bez zamoczenia ubrań! Niewielki potok Izvorul, wcale nie wygląda już na niewielki. Woda wylewa się z koryta, rwący nurt niesie dziesiątki patyków i kamieni. Gdzieś między wzburzonymi falami prowadzi szlak żółtego krzyża, którym mieliśmy przejść na drugi brzeg. Niestety musimy uznać siłę żywiołu i, co chyba jeszcze gorsze, rację białogłowy, która doradzała wybór łatwiejszej ścieżki. Opuszczamy głowy i człapiemy z powrotem w kierunku asfaltowej drogi. Po 40 minutach dochodzimy do pokracznego, żółtego molocha, który rozpłaszczył się w kotlince porośniętej kosodrzewiną. To Cabana Piatra Arsa – rumuński ośrodek kadry olimpijskiej. Krzykliwy przykład komunistycznego bezguścia, które nie liczyło się z otaczającą przyrodą i poczuciem estetyki. Im wyżej, więcej, bardziej i dosadniej, tym lepiej.

Ciepła woda w prysznicu, rozgrzany kaloryfer i czynna restauracja rekompensują 50 lei, które płacimy za wątpliwą przyjemność pławienia się w „luksusie”. Tej nocy naprawdę marzymy o ciepłym łóżku i spokojnym śnie.

Dżipem po zboczu

Gdy nazajutrz otwieramy oczy znowu leje. Wydaje się, że czarne, ciężkie od wody chmury spadną zaraz z pluskiem na ziemię. Przy tej pogodzie możemy zapomnieć o suchym przejściu do kolejki Babele. Pozostaje wynająć jeepa. Po sprawdzeniu portfeli ustalamy górną granicę, jaką jesteśmy w stanie zapłacić za zwiezienie nas do Busteni. Szybki telefon i drobne negocjacje pozwalają ustalić cenę na poziomie 240 lei za 4 osoby. To całkiem niezła kwota biorąc pod uwagę odległość i dramatyczne warunki pogodowe.

Po niecałej godzinie siedzimy wygodnie w masywnej Toyocie Landcruiser i słuchamy przebojów rumuńskiego disco. Nasz kierowca nie przestaje rozmawiać przez komórkę, jednocześnie jedną ręką prowadząc samochód po drodze krętej jak tor Formuły 1 (tyle, że na wysokości prawie 2000 metrów n.p.m.!). Za oknami mijają nas zanurzone we mgle szczyty Bucegów. Żal się z nimi rozstawać. Na szczęście już za dwa dni znowu wrócimy w rumuńskie góry. Tym razem te najwyższe – Fogarasze.


Tekst ukazał się pierwotnie w lipcowym numerze magazynu górskiego N.P.M

7 komentarzy

  • Odpowiedz Marzec 12, 2014

    martuś

    hej!
    ta cena 32 leje za wjazd kolejką to jest za osobę czy całą grupę? Bo wydaje mi się, że gdzieś wyczytałam, że kosztuje on dużo taniej.
    I jeszcze drugie pytanie – skąd czerpiesz informacje o szlakach górskich? Możesz polecić jakieś dobre źródło?

    • Odpowiedz Marzec 12, 2014

      Czubaka

      Witaj
      ad.1 Cena była za osobę w jedną stronę. Wjeżdżaliśmy tylko na Babele.
      ad.2 Pytasz o szlaki w Bucegach / Rumunii? Czy o szlaki górskie w ogóle? 😉 Co do Rumunii to całkiem niezłym jest przewodnik Pascala „Rumunia i Mołdawia” z sensownym działem o górach, są Fogarasze z Bezdroży. Ale najbardziej kompleksowe jest ang. wydawnictwo Cicerone Press „The mountains of Romania”, wyszło po polsku w Sklepie Podróżnika: http://sp.com.pl/Sklep.php?q=%3DTPA0AH801.

      Jeśli chodzi o info na temat szlaków / planowanie, polecam tą stronę: http://mapa-turystyczna.pl/
      Jeśli chodzi o ogólne informacje o pasmach górskich polecam tą stronę anglojęzyczną: http://www.summitpost.org/
      Dużo informacji o rumuńskich górach, noclegach itd. znajdziesz na http://www.carpati.org/. Po rumuńsku, ale mozesz sobie przetłumaczyć.

      Pozdrawiam

      • Odpowiedz Marzec 12, 2014

        Czubaka

        No i oczywiście WSZYSTKIE przewodniki Rewasza. Kopalnia wiedzy 😉

  • Odpowiedz Czerwiec 4, 2014

    Lucy

    szlaki sa w aplikacji na IOSa w App Store darmowe, nazwa: Muntii Nostri

  • Odpowiedz Marzec 6, 2015

    Piotrek Maćkowski

    Bardzo ciekawy wpis. Daje dużo do myślenia. Własnie planuje wyprawę do Rumunii. Pozdraiwam

  • Odpowiedz Marzec 6, 2015

    Czuły

    Szczerze polecam. To jeden z tych krajów, w których naprawdę można się zaskoczyć. Pozytywnie 😉

    Tutaj znajdziesz kilka dodatkowych wspomnień z tego wypadu: http://www.peron4.pl/rumunia-transylwania-dla-poczatkujacych/

Leave a Reply