Jesienny spacer po Tbilisi

4 (3)

Tbilisi najpiękniej wygląda z góry. Z 60 metrowego Diabelskiego Młyna na wzgórzu Mtacminda albo z murów średniowiecznej twierdzy Narikala. Kobierzec dachów, upchanych gęsto jeden koło drugiego ciągnie się aż po horyzont. Wchodzi na okoliczne wzgórza, chowa się w zacienionych dolinach. W centralnym miejscu miasta, wyrastają pstrokate, ceglaste kamieniczki ze spadzistymi dachami, balustradami i balkonami. Między nimi wije się gęsta sieć uliczek, zaułków i skwerów. Nad nimi dominują strzeliste kościoły. Wiele kościołów. Każdy inny, a jakby taki sam. Zbudowany na planie krzyża, wedle tych samych zasad gruzińskiej architektury sakralnej. Surowe, kamienne mury i złociste kopuły. Ostoja i powaga.

Wśród nich Katedra Sioni, w której przechowywana jest główna relikwia gruzińskiego kościoła – krzyż świętej Nino, która w IV w. przyniosła na te tereny chrześcijaństwo. Gdybyśmy mogli zajrzeć przez kremowe mury świątyni, zobaczylibyśmy malownicze freski, ikony świętych i tłumy wiernych. Całujących święte obrazy, palących świeczki w tylko sobie znanych intencjach, wznoszących modły. Na ich twarzy skupienie, prawdziwa wiara i szacunek. Bóg, choć umieszczony na piedestale, wydaje się w tym kraju blisko ludzi.

[KLIKNIJ ZDJĘCIE]

Środek miasta przecina rzeka Mtkwari, o skalistych, urwistych brzegach. Na jednym z nich wybudowano kolejny kościółek – Świątynię Metechi. Obok niej stoi dumny posąg rycerza na koniu, spoglądający na miasto. To król Wachtang Gorgasali, wedle legendy założyciel stolicy. Przybył w te okolice na polowanie, w trakcie którego natrafił na liczne gorące źródła. Oczarowany pięknem tego miejsca nadał mu miano Tbilisi, co od gruzińskiego słowa tbili­ – ciepły, można w przybliżeniu przetłumaczyć jako „Cieplice”.

4 (32)Remontowana Świątynia Metechi, obok pomnik króla  Wachtanga Gorgasaliego

4 (39)

Skaliste brzegi rzeki Mtkwari

Jeśli spojrzymy na południe od posągu, zauważymy kopulaste dachy z czerwonej cegły, smukły minaret meczetu i orientalną zabudowę. To dzielnica łaźni – Abanotubani, najstarsza część miasta. W średniowieczu było tu aż 68 łaźni, dziś działa zaledwie 6. Najpiękniejsza z nich jest Orbelani, zdobiona kolorową mozaiką i arabskimi polichromiami. Jakby wyjęta z opowieści Szeherezady. Tu rządzi wschód.

[KLIKNIJ ZDJĘCIE]

Po drugiej stronie rzeki, tuż przy brzegu, zabudowa przyjmuje futurystyczny wygląd. Inne czasy, inna kultura. Dominuje szkło i plastik.  Jest nowocześnie i oryginalnie. Europejsko. Widać stalowe szkielety niedokończonych budynków, żurawie pracujących dźwigów. Miasto powstaje na nowo. Do tego świata prowadzi kilka malowniczych mostów. Spośród nich , najciekawszy jest Most Pokoju, ze względu na swój pofalowany kształt, złośliwie nazywany również „podpaską”.

Jednak biel i połysk, towarzyszy nam tylko gdy wzrok przebiega wzdłuż głównej arterii miasta – Alei Rustaveliego. Dalej, na horyzoncie, dominuje zapomniane, odrapane miasto. Turyści rzadko kiedy się tu zapuszczają.  Plątanina kamienic, szarówka wschodniej metropolii. Pranie suszące się w  oknach, niewielkie sklepiki z falistej blachy, rozkopane podwórka. Dalej już tylko blokowisko z wielkiej płyty. Niekontrolowana miejska tkanka rozrasta się na okoliczne wzgórza, lepi się do kaukaskiego pejzażu, dopełniając obraz miasta, które burzono kilkadziesiąt razy. Miasta, które łączy w sobie wschód i zachód, mistykę średniowiecza i ordynarność komunizmu

[KLIKNIJ ZDJĘCIE]

Wśród szarych dachów błyszczy złota kopuła, to Cminda Sameba – Sobór Trójcy Świętej, siedziba Katolikosa – Patriarchy Gruzji, największy obiekt sakralny kraju. Dominuje nad całym miastem, widać ją praktycznie z każdego miejsca w Tbilisi. To dowód na gruzińską religijność, przywiązanie do tradycji i własnej wiary. Choć bryła budowli onieśmiela wielkością, to wnętrze rozczarowuje sterylnością. Gdzieś ulotnił się duchowy mistycyzm. Jakoś nie sposób odeprzeć wrażenia, że ogrom świątyni nie ma wyłącznie duchowego wymiaru i służy również bardziej przyziemnym celom

[KLIKNIJ ZDJĘCIE]

Z twierdzy Narikala, miasto wydaje się spokojne, statyczne, poukładane. Ale to tylko pozory. Tbilisi żyje, pulsuje. To prawie 1,5 milionowa metropolia, w której, mieszka 1/3 gruzińskiej populacji. Nad mieszkańcami czuwa Kartlis Deda – Matka Gruzja, dwudziestometrowy posąg kobiety,  będący personifikacją kraju. W jednej dłoni trzyma miecz, w drugiej czarę wina. Wymowa jest oczywista. Przyjaciele zostaną ugoszczeni, a wrodzy przepędzeni.

Na szczyt twierdzy, najlepiej wjechać kolejką linową. W niecałe dwie minuty i za niecałe cztery złote, zamieniamy miejski gwar na ciszę wzgórz. Dobrze pokręcić się między tymi spękanymi murami, pamiętają czasy Dawida Budowniczego (przełom XI/XII wieku) a nawet jeszcze wcześniejsze, królów z IV wieku naszej ery.

[KLIKNIJ ZDJĘCIE]

Wieża telewizyjna wybudowana na przeciwległym wzgórzu,  pochodzi z zeszłego wieku, ale też robi wrażenie. Szczególnie w nocy, gdy migocze światłami, niczym ogromna, futurystyczna choinka. Pomiędzy obiema obiektami – twierdzą i wieżą – zboczem wzgórz prowadzi malownicza, około 4 kilometrowa trasa z widokami na miasto. Miejski pejzaż uwielbia podziwiać szczególnie gruzińska młodzież. Co kilkanaście metrów  możemy natknąć się na obściskującą się parę, która chowa się przed wścibskim wzrokiem konserwatywnych rodziców. Przechodźmy na paluszkach. Dajmy się im nacieszyć chwilą, w końcu to ich miasto.

My znajdziemy spokój i ciszę w jednej z dziesiątek knajpek, kawiarni i herbaciarni, jakich na starym mieście nie brakuje. I choć w większości z nich, ceny dorównują tym w innych europejskich stolicach, to jednak jedzenie, muzyka i wystrój nie pozwolą nam zapomnieć, że za progiem zaczyna się Azja.

A gdy zasiedzimy się przy dobrym winie i wyśmienitych chinkali, i odurzeni wieczorem w końcu wynurzymy się na świeże powietrze, możemy nie poznać miasta, które zwiedzaliśmy w ciągu dnia. Wszystko będzie bardziej kolorowe, barwne. Nabierze blasku. Ponieważ nocą Tibilisi iluminuje pięknem, jak z kaukaskiej baśni.

No, może poza podziemnymi przejściami. Tu z kolei jest ciemno jak w kaukaskiej jaskini. Raczej nie polecam zapuszczać się tam po zmroku. Do domu bezpiecznie wrócić metrem. Jeden kurs to ledwie 40 tetri, czyli niecałe 80 groszy. Wcześniej trzeba tylko zakupić specjalną kartę miejską, którą można doładować przed każdą podróżą. Płaci się nią również za przejazdy kolejką linową na twierdzę Narikala, więc na pewno się przyda.

[KLIKNIJ ZDJĘCIE]

 

Be first to comment