Wszystkie moje razy z Bieszczadami

Mam wyrzuty sumienia. Dręczą mnie jesienne koszmary. W tym roku nie pojechałem w Bieszczady. Złamałem dobrze zapowiadającą się tradycję. A przecież pogoda była i jest. Musiało być wyjątkowo…

SAM_5687

Zresztą świadczą o tym statystyki. Ponoć w pierwszy weekend października padł rekord. 20 tys. turystów! Tłumy, w restauracjach i pensjonatach. Tęskno za wyjątkowymi górami, które odchodzą w niepamięć. To se nevrati… Bieszczady komercjalizują się i nic na to nie poradzimy. Coraz droższe noclegi, coraz bardziej wykwintne restauracje, coraz bardziej rozdeptane szlaki. Trzeba zrobić krok w bok, szukać tras, na których mniej tłoczno.

Od kilku lat wybieram się na wschodnią część. Wiem, pisanie o tym powoli robi się nudne… Ale w tym roku znowu się nie udało. Pikuj i połoniny Ukrainy ciągle na horyzoncie. Na szczęście minie jeszcze kilka lat, zanim liczba turystów i po tamtej stronie granicy zacznie rosnąć w diametralnym tempie.

Ale nie chcę skupiać się na tym co przyniesie przyszłość, lecz na tym, co było kiedyś. Właśnie wrzuciłem na Flickr zdjęcia z zeszłorocznego wypadu w Bieszczady i ogarnęła mnie nostalgia. Przyszło na wspominki. Skąd mi się to wzięło? Jak to się zaczęło? Góry niezbyt wysokie, a zajmują wyjątkowo wysoką pozycję na liście moich ulubionych pasm.

Pierwsze moje wspomnienie Bieszczad to książka. Czerwony album pod wszystko mówiącym tytułem Polska. Był gruby, miał czerwone okładki, a w środku mnóstwo zdjęć. Stał na honorowym miejscu w biblioteczce rodziców. Przeglądałem go zanim  jeszcze nauczyłem się rysować szlaczki. Pewnego dnia, wzrok padł na szczyty, które wyglądały inaczej, niż reszta gór w albumie. Łąki łany, połonin przestrzenie. Prawie jak amerykańska preria. Zadziałało na wyobraźnię, rozbudziło pragnienia.

PicMonkey Collage (1)

Ciekawość wzmógł Tytus De Zoo. Tak, tak, ten z komiksu. W 12 księdze swoich przygód budował stanicę w tych górach, walczył z kłusownikami i łapał biesa. Udzieliło mi się. Na całego. Od tej pory zachorowałem na Bieszczady. Połknąłem bakcyla.

PicMonkey Collage

Musiało minąć kolejne 10 lat, żebym pojechał tam po raz pierwszy. Trochę się wtedy nachodziliśmy. Mieszkaliśmy w Strzebowiskach. Niedużej wiosce niedaleko Przysłupu. Panorama Bieszczad  w całej okazałości. Odrobinę daleko od głównych partii, ale za to cisza i spokój. Caryńska, Wetlińska, Smerek, Rawki, Jasło, Tarnica… wszystko po raz pierwszy. Najważniejsze nazwy szczytów wyryłem na drewnianym kiju, którym się wtedy podpierałem. Wkrótce nieszczęśliwie spłonął w ognisku… Do dziś mam w pamięci trzy dorodne Husky ze schroniska pod Rawkami. Za te oczy oddałbym wszystko!

PicMonkey Collage 2

Fajnie było. Po studencku. Wtedy, w okolicach 2003 roku, nie było w Bieszczadach jeszcze tak gęsto (co mają powiedzieć turyści, którzy pamiętają lata powojenne, wczesnego Gomułkę i późnego Gierka – to dopiero była dzicz!). Kiedy zlądowałem tam siedem lat później, wracając z Ukrainy, przybyło knajp, pojawili się turyści w klapkach, z megafonów nie leciało już KSU ani Stare Dobre Małżeństwo. Ale dobrze znowu było przejść się po Wetlińskiej i odwiedzić Puchatka na jego Chatce.

PicMonkey Collage 3

Główną bazą wypadową było wtedy Jezioro Solińskie. Łódka, rybki, plażowanie, nurkowanie. Zupełnie inne góry. Niby komercyjne, ale kiedy znajdziesz własny zakątek plaży, to łatwo się zaszyć w szuwarach. Też może być atrakcyjnie. A biorąc pod uwagę noclegi w schronisku szkolnym, to poczułem się zupełnie jak na studiach…

Ale najlepiej zdecydowanie bywa po okresie wakacyjnym. Gdy góry mienią się jesienią. Czerwono-zielono-żółte. Pod warunkiem, że dopisze pogoda. Tamtego października, trochę nas przewiało. Spadł śnieg. Ale na Jaśle było słonecznie. Pamiętam gotowanie liofilizowanej lasagni i przegryzanie sucharów specjalnych SW40. Jedno z tych wspomnień, które jak echem wracają przy piwie w schronisku. No i Biesisko. Trzy wieczory o regionalnym piwie, bieszczadzkiej muzyce i pysznych pierogach. A na zakończenie wypadu domowa cytrynówka. Oj, na drugi dzień było kwaśno! To zdecydowanie mój ulubiony lokal w tym regionie. Znajdziecie go przy głównej trasie między Przysłupem a Wetliną. PicMonkey Collage 4Oczywiście rok później znowu tam wylądowaliśmy. Tym razem w akompaniamencie dwóch gitar i harmonijki ustnej. Chłopaki mieli niezłe wejście. Jam session do rana, tam królował blues. Było, że się tak prostolinijnie wyrażę, w dechę. Tym bardziej, że po zejściu z Dwernika Kamień a przed wejściem na Szeroki Wierch i Bukowe Berdo. Udało się uchwycić dwa dni pełnego słońca. Trzeciego było trochę mgliście, ale jesienne Rawki wynurzające się zza chmur też mają swój urok.

PicMonkey Collage 5

Na tyle malowniczy, że znowu mi tęskno.

Niestety dziś nie ma już Bieszczad w łunach (tych od wypalania węgla). Są Bieszczady w tłumach. Ale może uda  się jeszcze pochodzić samotnie po połoninie.  Może wrócę tam zimą? Jeszcze nie byłem!

Be first to comment