Podlaski szlak bociani… i okolice cz.2

DZIEŃ 4: Białowieża – Białystok

Czyli co ma bocian do Holendra?

KILOMETRÓW: 90

0 BOCIANÓW: 45

Wśród wielu ludów z różnych rejonów Europy bocian był uważany za ptaka przynoszącego szczęście, pomyślność w rodzinie, dobry urodzaj itd. Holenderska nazwa bociana ooievaar – pochodzi od staroniemieckiego odobero – przynoszący szczęście (ode – szczęście, baren – dawać).

130 kilometrów zrobiło swoje. Do tego druga fala deszczu, no i Białowieżę zwiedziliśmy wyłącznie na trasie noclegi – sklep. Dopadło nas zmęczenie. Rano pobudka skoro bociany klekoczą – ich gniazdo, tak się jakoś dziwnie składa, jest bezpośrednio przy domu, w którym nocujemy. W planach mamy dojechać dziś do Supraśla – miasteczka słynącego z Monastyru Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Jana Teologa. Decydujemy się więc, że rezygnujemy z pętli po Puszczy i jedziemy od razu do „stacji docelowej”. Mija nas wizyta w Parku Pałacowym, cerkwi św. Mikołaja, skansenie, przechadzka Szlakiem Dębów Królewskich… Szkoda. Białowieża zasługuje na więcej. A rower to idealny sposób by poznać ją bliżej. Niestety nie tym razem…

SAM_8254Skansen w Białowieży

SAM_8255Trzeci, czwarty dzień w siodełku często bywa kryzysowy. Jakoś nie chce się wtedy człowiekowi dokładać atrakcji. Dojechanie do zaplanowanego celu staje się jedynym priorytetem. Pozostaje nam tylko cieszyć się z tych 15 kilometrów przejechanych leśnym duktem i podziwianie mijanych starodrzewów. Zamiast się o nich rozpisywać, warto zanurzyć się między konarami. „Tętno pierwotnej puszczy i „Saga prastarej puszczy” to świetne filmy autorstwa Jana i Bożeny Walencików, które uświadamiają dlaczego Białowieża jest taka wyjątkowa.

W Narewce żegnamy puszczę. Wjeżdżamy na asfalt.  Nasza trasa wiedzie w okolicach Jeziora Siemanówka, przez które przepływa Narew. Początkowy plan odwiedzenia zabytkowych meczetów w Kruszynianach i Bohonikach, też ulega zmianie. Jakoś nogi nie są dzisiaj skore do współpracy. Nawet niezawodne Snickersy nie mają tej mocy, co zawsze. Ostatecznie wybieramy opcję rezerwową. Popołudniowy wywczas w mieście. Żaden z nas nie był jeszcze nigdy w Białymstoku. Uznajemy, że schłodzony browar na rynku, to wszystko czego nam dzisiaj potrzeba.

Początkowy etap trasy czaruje widokami. Podlasie w najczystszej formie. Zielone, spokojne, poprzecinane polami, pofalowane pagórkami. Na drogach minimalny ruch. Mimo pierwszych zgrzytów w kolanach, jedzie się płynnie. Za to ostatnie 15 kilometrów przed stolicą Podlasia, to prawdziwa męka. Suniemy drogą krajową w remoncie. Panowie w pomarańczowych kamizelkach właśnie wylewają asfalt. Sznurek samochodów ciągnie się za nami. Udręka.

W samym Białymstoku nie lepiej. Na początku pełen zachwyt nad ścieżkami rowerowymi, idealnie poprowadzonymi między ulicami i chodnikami. Potem, już w centrum, zdziwienie nad kompleksowością remontu. Wymieniają nawierzchnię chyba w połowie miasta. Całe centrum, to jeden wielki rozkopany dół. Wygląda jakby Białystok stawiano na nowo.

Z trudem udaje się nam dotrzeć do schowanego między blokami z wielkiej płyty schroniska młodzieżowego.   Doprowadzamy się do porządku, wrzucamy wyjściowe trykoty i ruszamy na podbój miasta. Raczej leniwie, bez konkretnego planu. Po prostu snujemy się od zabytku do zabytku.

SAM_8272Zaczynamy od Pałacu Branickich  – dawnej siedziby magnackiej określanej mianem „Wersalu Podlasia”. Potem przychodzi czas na Aleję Bluesa, Bazylikę archikatedralną, cerkiew i rynek. Tu rozsiadamy się bez reszty. Konsumujemy czas wolny i delektujemy się momentem.

Co tu dużo pisać. Jestem pod wrażeniem. Białystok to piękne miasto. Nawet potrójnie piękne. Piękne zabytki, piękne dziewczyny, piękna, śpiewna mowa. Wchodzi jednym uchem i zostaje z tobą na dłużej. Nawet nie wiesz kiedy zaczynasz zaciągać i przestawiać akcenty. Podlasie wciąga. Na dobre…

aleja blusa

Białystok nie od dziś jest stolicą polskeigo bluesa. W mieście znajduje się aleja poświęcona największym polskim bluesmanom.

pijakPortfel robi się jakby chudszy, a brzuch pełniejszy. Pierwsze piwo staje się wstępem do dłuższej opowieści. Tematem jest miasto tonące w promieniach zachodzącego słońca, a bohaterem przemierzający go ludzie. Oj, siedzi się i łyka chwilę.

Kiedy wracamy do schroniska poznajemy Roberta. Jest z Holandii, jest w podróży i nie trudno namówić go na jeszcze jedno. Wspólnie zanurzamy się w piwne opary absurdu. My przybliżamy mu tysiącletnią historię kraju nad Wisłą, on w ramach rewanżu diagnozuje fenomen narodu, który w przeciwieństwie do nas, nigdy nie miewa depresji.

DZIEŃ 5: Białystok – Goniądz

Czyli walka z tirami

KILOMETRÓW: 54

4 BOCIANÓW: 5  

Dawniej, wczesną wiosną, na powitanie bocianów mieszkańcy Podlasia i Kurpi,  piekli „busłowe łapy”., czyli drożdżowe bułki w kształcie pięciopalczastych bocianich łap. „Busieł” według tamtejszej gwary oznacza bociana, stąd nazwa wypieków. Owe bułki były pieczone na Święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny.  Ludzie wierzyli, że wkładając do gniazda bocianiego „busłowe łapy”, zwabią bociana do gniazda znajdującego się na ich posesji, a dzięki temu szczęście i dostatek nie opuści ich przez cały rok.

Otwieram oko. Zerkam na zegarek. Prawie południe! Niech to Holender! Ale było warto. Takie spotkania to sól podróżowania. Nigdy nie wiadomo na kogo i gdzie się trafi. Każdy dzień jest inny. Trochę gorzej z jazdą. Tym bardziej, że plan zakłada dziś jak najszybszy powrót na PSB w Goniądzu. Najkrótsza trasa prowadzi drogą krajową.

Walkę z tirami i własną głupotą pominę milczeniem.  Trzeba jechać przed siebie i zapomnieć o słabszej dyspozycji. Gdy po 50 kilometrach docieramy do celu ruszamy do schroniska, w którym spaliśmy pierwszego dnia. Ku zaskoczeniu wszystko zajęte – wycieczka szkolna.

SAM_8328Kosciół św. Agnieszki w Goniądzu

SAM_8327Na szczęście w tej miejscowości jest jeszcze drugie schronisko. Mieści się w szkole podstawowej. Standard dużo mniejszy, jednak cena bardzo korzystna, bo zaledwie 15 złotych. Po rozlokowaniu bagaży reperujemy przedziurawioną pod koniec podróży dętkę i ruszamy na podbój miejscowych lokali kulinarnych.

Wybór nie jest trudny. Luksusowa karczma przegrywa ze znacznie tańszą, lecz nie wzbudzającą zachwytu knajpą przy głównej ulicy. Niepokój o świeżość obiadu wkrótce przerywa odgłos rozbijanego mięsa. Na talerzu ląduje schabowy jak u mamy. Jest smacznie!

Po uzupełnieniu kalorii wsiadamy na rowery i… nie ruszamy z miejsca. Szybko schodzi nas powietrze. Zwiedzanie twierdzy w Osowcu musimy przenieść na jutro. Znowu guma! Pozostaje nam lenistwo na miejskiej plaży i kontemplowanie Biebrzy. To zdecydowanie największa atrakcja tego, zagubionego pośród bagien miasteczka. Choć znane jest również z Księgi Rekordów Guinessa. W 2010 roku w ramach Zlotu Klubu Ptaków Polskich ustanowiono tutaj rekord świata w kategorii największego zwierzęcia ułożonego z ludzi. 1311 uczestników zlotu ułożyło sylwetkę, jakżeby inaczej, bociana białego…

DZIEŃ 6: Goniądz – Osowiec – Goniądz – Lipsk

Czyli bagna wciągają

KILOMETRÓW: 975

BOCIANÓW: 75

W Mołdawii bocian stał się znakiem hodowców winorośli i wytwórców win. A to za sprawą miejscowej legendy o bocianie, który do oblężonej twierdzy przyniósł winogrona, a posileni nimi obrońcy zdołali pokonać wroga.

Z samego rana, zamiast kontynuować podróż na północ, odbijamy na chwilę na południe. Chcemy zwiedzić twierdzę Osowiec. Zbudowali ją w latach 1882-1887 Rosjanie aby chronić znajdującą się w tym miejscu przeprawę na Biebrzy. Twierdza jako jedna z nielicznych nigdy nie została zdobyta. Składa się z 4 fortów, z których obecnie można zwiedzać tylko jeden – tzw. Centralny, znajdujący się na terenie jednostki wojskowej. Pozostałe trzy: Zarzeczny, Szwedzki i Nowy, to w zasadzie ruiny. Co nie znaczy, że nie są interesujące.

ptakiBiebrza to zdecydowanie kraina ptaków

Niestety na miejsce przybywamy za wcześnie. Przewodnik zjawi się dopiero za 30 minut, a bez niego zwiedzanie nie jest możliwe. No i trwa dobre dwie godziny. Oprócz umocnień odwiedza się jeszcze muzeum twierdzy i podziemia. Nie mamy tyle czasu. Decydujemy się na odwrót i samodzielną penetrację, znajdujących się w dorzeczu Biebrzy fortów. Towarzyszą nam tysiące obsiadających druty elektryczne ptaków i swobodnie pasące się na łące krowy. Biebrzańska sielanka tworzy niezapomniany kontrast z betonowymi umocnieniami, które zbudowano w zupełnie innych, mniej pokojowych celach.

Około 10 ruszamy wreszcie w trasę. Przed nami do przejechania prawie 100 kilometrów doliną Biebrzy z „międzylądowaniem” w Kopytkowie, niewielkiej wiosce, z której pieszy szlak prowadzi na Czerwone Bagno – jeden z najciekawszych obszarów torfowisk wysokich w Polsce. To właśnie na tych niedostępnych terenach wojnę przetrwało kilka osobników łosi, które dały początek biebrzańskiej rodzinie tych zwierząt. Chcemy zanurzyć się w tych bagnach i na chwilę zeskoczyć z rowerów żeby przyjrzeć się im bliżej. Jednak najpierw trzeba tam dojechać.

PSB prowadzi wpierw wioskami znajdującymi się na południe od rzeki, by wreszcie w okolicach miejscowości Dolistowo Stare przekroczyć Biebrzę drewnianym mostem i pozwolić rowerzyście czerpać przyjemność z jazdy wzdłuż jej brzegów. Słoneczny dzień i wyjątkowo atrakcyjny odcinek szlaku sprawiają, że mijamy sporo rowerzystów. Jednak żaden z nich nie wygląda na długodystansowca, który przemierza całą bocianią trasę. Bikerów z sakwami, podczas całego wypadu możemy policzyć na palcach jednej ręki.

W okolicach południa zjeżdżamy do Kopytkowa. Odszukujemy „Dworek na końcu świata”, w którym można kupić bilety wstępu na bagna i… zostajemy uświadomieni. Potrzebne nam gumowce i sporo czasu. Ponoć Czerwone Bagno wciąga na dobre i z rowerami nie mamy tam czego szukać. Na całościową wycieczkę pieszą nie mamy natomiast czasu. Pozostaje nam jedynie zakup specjalności zakładu – kawowej nalewki „Łoś Wędrowniczek” i próba zgłębienia tematu bagien wieczorową porą. Z ciekawości podchodzimy jednak kilka kroków w głąb torfowiska by przekonać się, ile było prawdy w słowach sympatycznej właścicielki. Okazuje się, że wiele. Już po chwili robi się wilgotno a podłoże zaczyna pływać. Szybko wycofujemy się na suchy ląd i dosiadamy rowerów.

SAM_8410

Wejście na szlak prowadzący przez Czerwone Bagno

SAM_8408 SAM_8409

Szlak wkrótce przekracza Kanał Augustowski. Suwalszczyzna zbliża się z każdym kilometrem. Kolejny postój, tym razem obiadowy, planujemy w Sztabinie. Jednak po przyjeździe do tej miejscowości jesteśmy zmuszeni do własnej wersji śniadania na trawie. Kompletnie nie ma gdzie się stołować. Wybieramy więc suchy prowiant i po krótkim postoju ruszamy dalej.

SAM_8415Kościół św. Jakuba Apostoła w Sztabinie

SAM_8414I zieleń okolicznych łąk…

Do Lipska, miejscowości z której na swój szlak bojowy ruszył oddział majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala”, docieramy około dziewiętnastej. To ostatnia miejscowość wzdłuż PSB leżąca nad Biebrzą. Chwilę kręcimy się po opuszczonych uliczkach i wreszcie znajdujemy domek oznaczony tabliczką „agroturystyka”. Wita nas sporych rozmiarów psina o wdzięcznej nazwie Beryl. Kolejny raz udaje się nam uniknąć rozbijania namiotu. Za 30 złotych otrzymujemy własny pokoik i dostęp do wspólnej kuchni – dom dzielimy z turystami z Kielc. Wznosimy toast lub dwa za udany dzień i prostujemy kości przed kolejnym etapem. Jutro wjeżdżamy między jeziora.

 SAM_8417Beryl zawdzięczał imię swojej pani, emerytowanej nauczycielce chemii…SAM_8422Kościół Matki Bożej Anielskiej w promieniach zachodzącego słońca

Podlaski Szlak Bociani cz.3 (WKRÓTCE)…

Be first to comment