Islandia: Kraina lodu i ognia cz.6: Thorsmörk – Las Thora

Czy na Islandii są drzewa? Lasy? Owszem, są. Nie jest ich wiele, ale są. Największy z nich nazywa się lasem Thora – Thorsmörk. Leży w południowej części wyspy i jest jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc na Islandii. Panuje tu nadzwyczajny, jak na Krainę Lodu, mikroklimat, który sprawia, że w dolinie znajdującej się między trzema lodowcami i majestatycznymi łańcuchami górskimi możemy podziwiać ukwiecone łąki, krystaliczne potoki i brzozowo-wierzbowy las.
Zieleni na wyspie nie brakuje. Miejscowi często śmieją się, że Grenlandia powinna być nazwana Wyspą Lodu, a z kolei Islandia powinna nosić miano Zielonego Lądu. Szlak prowadzący z miejscowości Skogar do leżącej po drugiej stronie doliny Thorsmörk, to dokładnie pół na pół żywioły Islandii. Najpierw dużo, dużo zieleni (i wody!). Potem dużo, dużo śniegu. Na tyle dużo, że my też w „pół”… W pół żywi doczłapaliśmy do chatki. Ale nie kończmy zdania w pół, lecz zacznijmy od początku. Szlaku oczywiście…
Wolno pasące się owce to jeden ze stałych elementów islandzkiego krajobrazu.

Skogar to urocze miasteczko (miasteczko… osada liczy 25 stałych mieszkańców:), które ulokowane jest na południe od lodowca Eyjafjallajökull i Myrddalsjökull – swoją drogą jego nazwa znaczy „las”… Znajduje się tu warte każdych pieniędzy muzeum folklorystyczne i transportu (o nim i o jego ekscentrycznym założycielu przy następnej okazji), warty każdej pogody wodospad Skogafoss oraz warte nocowania wyłącznie z racji umiejscowienia przy wodospadzie, pole namiotowe. No i szlak prowadzący na przełęcz Fimmvörðuhals, z której można zejść do Thormsmörk.

 

Wodospad Skogafoss, ściana wody wysoka na 60 metrów. Człowiek jest przy nim malutki…

Szlak rozpoczyna się przy wodospadzie. Jest szeroki – wodospad, nie szlak – na 25 metrów i wysoki na 60 metrów. Szlak jest trochę dłuższy. Liczy aż 22 kilometry i zaprowadzi was prosto do Lasu Thora. Chyba, że wcześniej pochłoną was śniegi przełęczy Fimmvörðuhals. W razie załamania pogody, albo zmęczenia materiału, nocleg można znaleźć w dwóch miejscach. Na przełęczy znajduje się regularne schronisko, w pełnym tego słowa znaczeniu. Niżej, przy szlaku niebieskim, jest górski schron (o bardzo wysokim standardzie, o czym później), nazywa się Baldvinsskali. To tam przyszło nam zakończyć wędrówkę.
Pierwsza część trasy prowadzi wzdłuż rzeki Skogar. Co kilkadziesiąt metrów mijamy kolejną kaskadę. Każdy z napotkanych wodospadów, a jest ich na trasie kilkanaście!, zasługuje na uwagę. Na niektórych woda spada z hukiem z wysokich progów skalnych, odbijając się echem od pionowych ścian kanionu, rozpryskując się w ekstatycznym skoku na główkę; na innych przelewa się cicho, z uskoku na uskok, szemrząc i szeleszcząc łagodnie. Powoli wgryzając się w wulkaniczne podłoże, które może pokonać tylko cierpliwością.
Kaskady na rzece Skogar
Rzeka lawiruje i kluczy, co raz pokonując nowe przeszkody i dostarczając wędrującemu niezapomnianych wrażeń. Oglądamy prawdziwe zmagania żywiołów. Raz wzbudzające szacunek, innym razem podziw, a za kolejnym łukiem rzeki – strach. Gdy z kilkudziesięciu metrów spogląda się w dół pionowej ściany, u podnóża której kipi i pieni się żywioł – nieokiełznany i pierwotny, taki, który wciąga bez pamięci, uświadamiasz sobie, jaką siłę ma przyroda.
W miarę pokonywania dystansu w górę, żywiołowo-soczysta zieleń ustępuje miejsca odcieniom ziemi i lodu. Z krainy wiosny wkraczamy w domenę zimy. Robi się szaro. Ale tylko w rozumieniu barw, nie atrakcji. Krajobraz staje się typowo islandzki, surowy. Na horyzoncie pojawia się drewniany most przerzucony przez rzekę. Wrota do lodowej krainy.
Przekraczamy most w pełnym skupieniu. Tabliczka upamiętniająca młodego Szkota, który utonął w tym miejscu kilka lat temu, daje do myślenia. I wtedy plask! Jedna z niesionych przez nas karimat ląduję w lodowatych wodach Skogar. Znika pod połacią zmrożonego śniegu przerzuconego od brzegu do brzegu rzeki niczym most. Po chwili wynurza się spod lodowej pokrywy i płynie w dół nurtu. Ruszamy w pościg i po krótkiej akcji ratunkowej wyciągamy ją z wody. Miękki nocleg uratowany!
Most na rzece Skogar
Z psiakiem ani rusz…
Po przekroczeniu rzeki wkraczamy na znakowany szlak. Wybieramy opcję niebieską. Chcemy dotrzeć do schroniska na przełęczy Fimmvörðuhals i nazajutrz zejść do Thorsmörk.
Lekcja no.355
Jeśli nie znasz szlaków w górach, zawsze wybieraj łatwiejszą opcję…
Wcześniej wędruje się wyraźną ścieżką, lecz nieoznaczoną żadnymi słupkami, teraz z podłoża wystają co kilkanaście metrów niewysokie tyczki wskazujące kierunek marszu. Zadziwiające są ich niewielkie rozmiary. Przy ogromnej ilości śniegu, jaka zalega na przełęczy położonej między dwoma lodowcami, mogłoby się wydawać, że oznaczenia będą dostosowane do warunków. Wychodzi na to, że Islandczycy mają inne standardy… Już w połowie drogi tyczki zaczynają bawić się z nami w chowanego, by na dobre zniknąć w zaspach na przełęczy. Śniegu jest tak dużo, że odcinek przypomina grudniowe Tatry. Nie bez znaczenia jest również wysokość. 1000 metrów n.p.m., to w tych górach całkiem inna wysokość.
W drodze na przełęcz, której nie udało się przekroczyć. Śniegu coraz więcej…
W zmrożonych zaspach widać świeże ślady. Ktoś przedzierał się tędy całkiem niedawno. Według mapy i komórkowego GPS-u jesteśmy niedaleko od schroniska. Jednak śniegu jest na tyle dużo, że brodzimy po kolana. Jeden z nas nie ma nawet stuptupów. Buty przemoczone. Decydujemy się zawrócić do schronu znajdującego się na drugim szlaku. Jest 19.30 wieczorem. Dobrze, że latem dzień trwa na Islandii do północy. Ciągle mamy trochę czasu…
Niestety pogoda zmienia się bez ostrzeżenia. Mgła wypełza niewiadomo skąd. Wiatr dmucha w plecy. Deszcz zacina w twarz. Frontalny atak. Przyspieszamy kroku, żeby dotrzeć do schronu przed całkowitym załamaniem pogody. W głowie mam tylko jedną myśl. Osuszyć buty, ściągnąć mokre skarpety. Zjeść coś ciepłego. Byle tylko schron stał, tam gdzie ma stać. Byle tylko miał dach. Choć kawałek suchego podłoża. Naprawdę niewiele nam dziś potrzeba.
Ostatni odcinek to już odliczanie metrów. Wreszcie jest, coś majaczy na horyzoncie! Przez chwilę widać skośny dach. Szybko znika we mgle… Idziemy w tym kierunku. Idziemy… Idziemy… Idziemy… Przecież naprawdę go widziałem! Gdzie on się podział?
Wreszcie wyłania się zza pagórka. Nowy, nowiuteńki, prosto po remoncie! Wyjdziemy z tego na sucho! Kiedy obok dostrzegam rozpadające się resztki dawnego schronu, dziękuję Islandczykom za ich przedsiębiorczość. Przy tej pogodzie, nocowanie w takiej ruderze byłoby zabawą w survival. A tak, mamy gazowy grzejnik, wnętrze pachnące sosną, przestrzenną kuchnię, zagraniczne towarzystwo, temperaturę jak (nie przesadzam) w tureckiej saunie. Tylko wodę, trzeba topić z lodowca. Ale to szczegół.
Z cyklu znajdź 10 różnic…
Stary i nowy schron Baldvinsskali
No i wyjście do kibelka. Przy tej pogodzie to niezły wyczyn. Tym bardziej, że toaleta wygląda tak…
Toaleta i fajeczka przy tej pogodzie tylko dla orłów…
 
Lasu Thora, nie udało się zobaczyć. Drugiego dnia pogoda trochę się poprawiła. Jednak zejście do doliny, wymusiłoby na nas powrót stopem do Skogar, gdzie zostawiliśmy samochód. Może następnym razem. Bo wiem, że będzie. Musi być…

Be first to comment