Islandia: Kraina lodu i ognia cz.5 – Hvannadalshnúkur najwyższy szczyt Islandii

Wisi nade mną klątwa. Za każdym razem, gdy wchodzę na najwyższy szczyt w danym kraju, pogoda kłębi się niezadowoleniem. W przeciągu ostatniego roku (od lipca do lipca) udało mi się zdobyć 3 góry z korony europejskich szczytów (prawie się udało…). I za każdym razem widziałem wyłącznie czubek własnego nosa. Na Rysach chmury były tak gęste, że ledwo udało się wymacać tabliczkę. Na Moldoveanu rozlało się mleko. Na Hvannadalshnukur… no właśnie, podczas wchodzenia na najwyższy szczyt Islandii pogoda była tak nieislandzka, że wstydem byłoby chociaż nie spróbować wejść. No więc spróbowaliśmy. Zabrakło nam niecałe 1,5 godziny drogi…
Końca nie widać…
Kiedy wypełznęliśmy nad ranem z chatki, w której przyszło nam nocować, niebo było błękitne. Ani jednej chmurki. Owsianka wsunięta z widokiem na lodowiec z pewnością należała do najlepszych w życiu – mimo, że z menażki ze śladami zupy pomidorowej z poprzedniego wieczora…
Dzień wcześniej podjęliśmy jednak decyzję, że nie będziemy wchodzić na Hvanę. To dobre 12 godzin wspinaczki, 2/3 po lodowcu, na którym na przełomie maja/czerwca otwierają się szczeliny, ponad 2000 metrów przewyższenia – wchodzi się praktycznie z poziomu morza, na wysokość 2109 m n.p.m. i to bez oznakowanego szlaku. Tymczasem dzień wcześniej zrobiliśmy 10 godzinną trasę w Skaftafell, mieliśmy przemoczone buty, wstaliśmy za późno, brakowało nam dokładnej mapy. Decyzja wydawała się logiczna. Szacunek do góry zobowiązuje. Może następnym razem…
Jednak przejeżdżając pod parkingiem Sandfell – najlepszym punktem wyjścia na szczyt, w głowie pojawiła się świdrująca myśl. A jeśli nie będzie następnego razu? Pal licho koronę Europy i tak pewnie nigdy jej nie zdobędę, ale Islandia. Islandia, człowieku! Najwyższy szczyt! Codziennie nie masz okazji spojrzeć na te wszystkie wodospady z góry! Jeśli nie spróbujemy, to w nocy będę budził się z krzykiem „Hvannadalshnúkur!” na ustach, a moja biedna żona będzie myślała, że chodzi o jakąś zgrabną Islandkę, z którą skonsumowałem suszonego dorsza.
Chłopaków nie trzeba było długo przekonywać. Sami się przekonali. Po chwili studiowaliśmy już malownicze, lecz jakże poglądowe i nic nie wyjaśniające tablo, umieszczone przed wyjściem na „szlak”, a przedstawiające szczyt.
Wchodziliśmy „szlakiem” po prawej stronie ryciny. Udało się dotrzeć w okolicę zaznaczoną czerwoną pinezką.
Mapka dosadnie uświadomiła nam, że raczej się nie uda. Było sporo po dziesiątej. Większość grup wychodziła na szlak o 7, 8 rano, i to zwykle z doświadczonymi przewodnikami. Taka przyjemność kosztuje, bagatela, 30.000 islandzkich koron, czyli ponad 800 złotych! I mimo, że samo wejście na szczyt nie jest trudne technicznie i oprócz dobrej kondycji nie wymaga specjalnych umiejętności, to świadomość samotnej wędrówki po największym lodowcu Europy, bez dobrej mapy, daje do myślenia. Mimo to prawie się udało. Gdyby nie klątwa…
Sielankowy klimat u podnóża góry nie zapowiada męczącego podejścia
 Sandfell – pozostałości niewielkiej osady zniszczonej przez  wybuch wulkanu: cmentarzyk, kamienny murek i samotne drzewko…

 Pomnik upamiętniający osadę
Tablica opisująca dzieje osadnictwa w Sandfell
Od samego początku było pod górę. Ciągle i uparcie. Po przekroczeniu dwóch strumieni, z których można nabrać wody, ścieżka lawiruje stromym zboczem zostawiając w dole, malejący z każdym metrem parking. Po około 1,5 godzinie wspinaczki dochodzimy do rozległych pól kamieni. Od teraz trzeba kierować się kopczykami wskazującymi kierunek wędrówki. Widoki nie powalają, jest dosyć monotonnie i aż do podejścia pod pierwsze pola śniegu, sucho. Do tego pogoda jak ze słonecznego wyżu nad Kanarami. Wchodzimy w krótkich rękawkach!
Dopiero przed czołem lodowca trzeba narzucić polar. Podejście robi się bardziej wymagające i strome. Od teraz już tylko po śniegu. Po 2 godzinach monotonnej wspinaczki oddech robi się coraz krótszy i rwany, goniąc wspomnienie o pełnych tlenu płucach. Trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby kontynuować wędrówkę. Oprócz dwóch, skalnych szczytów wystających znad pola śniegu – Rotarfjallshnjukur 1848 m n.p.m. i Hnappar 1851 m n.p.m., nie ma na czym zawiesić wzroku. Pole śniegu, na którym można liczyć kłębiaste baranki chmur zlewające się z lodowcem. Tylko w oddali, spomiędzy chmur, wyłaniają się odległe szczyty.
Morale spada wprost proporcjonalnie do rosnącej wysokości. I wtedy ją widzę! Śnieżna kopuła wystająca nad pole lodowca, po lewej stronie – Hvana! Zostało nam jakieś 1,5 godziny wspinaczki. Tylko i aż…
Czekam na chłopaków, żeby podjąć decyzję. Buty jednego z nas można wykręcać, reszta też ma już nieźle pod górkę. Krótka narada. Dochodzimy do znajdującego się przed nami wypłaszczenia, jeśli da się iść dalej, to podejdziemy pod kopułę szczytową i tam podejmiemy ostateczną decyzję. Zostanie nam wówczas tylko pół godziny ostrego podejścia…
I wtedy uaktywniła się klątwa. Lunęła prosto z nieba. Najpierw pomalutku, kropelkami, nie wiadomo skąd i jak. Potem świsnęła podbródkowym w twarz, przysłaniając błękitne niebo szarymi chmurami, a na końcu poprawiła lewym prostym, zalewając wszystko gęsto strumieniem deszczu. Od razu rzuciliśmy ręcznik. Nie było szansy wyjść bez szwanku z tej potyczki. Nie tacy zawodnicy padali na kolana przed islandzką pogodą. Nikt nie miał zamiaru być liczonym do dziesięciu. Szybko zaczęliśmy odwrót.
Nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy z małej chmurki… 
Żeby było bardziej po islandzku, po godzinie schodzenia (zbiegania po śniegu!) w deszczu, nagle się wypogodziło. I to nie tak niezdecydowanie, że niby słonko spod chmurki, jakiś promyczek czy dwa nieśmiało zza obłoczka. Nie, nie, regularne tropiki. Ze 30 stopni w słońcu. Nie przesadzam. Najlepszym dowodem było moje czoło w kolorach flagi narodowej (tzw. efekt chusty lub jak kto woli „żółwika”), spalony nos Witka i czerwona jak u Prosiaczka, mordka Olka. Wystarczyło 20 minut suszenia ciuchów i wystawiania twarzy do dawno niewidzianego na Islandii słońca. Do domu wróciłem jak po wizycie na Malediwach, a nie na największym lodowcu Europy.
Może i grzeje rzadko, ale jak świeci to ile mocy w fabryce. Wystarczyło 15 minut żeby być posądzonym o urlop w Egipcie…
Zmienna i nieprzewidywalna bywa ta wyspa. I za to jej chwała, bo pewnie jeszcze długo nie da sobie narzucić sztywnego garnituru cywilizacji.

Be first to comment