Islandia: Kraina lodu i ognia cz.4 – Lodowe olbrzymy

Z wierzchu zimna i niedostępna. W środku rozgrzana do czerwoności i tętniąca życiem. W jej żyłach płynie lawa. Wolno, systematycznie, nieustannie. Przelewa się i bulgocze. Islandia od czasu do czasu budzi się ze snu, przypominając o sobie mieszkańcom. Tak jak miało to miejsce w 1963 roku na wyspach Vestmannaeyjar, gdy niczym w geologicznym Big Brother naukowcy mogli oglądać narodziny nowego lądu – wysepki Surtsey, wyplutej dosłownie spod ziemi.
Żywioł najgroźniejszy jest gdy topi lody. A trochę ich na wyspie jest, pokrywają aż 11% lądu. Wody przybierają wtedy gwałtownie na sile i zmywają wszystko, co znajduje się na ich drodze. Islandczycy mają nawet nazwę na tego typu powodzie – hlaup.  Brzmi, jakby wielki kawał lodu, który właśnie oderwał się od czoła lodowca i spadł z hukiem do oceanu…
Po cichu, gdzieś pomiędzy beztroską a głupotą, marzyłem żeby zobaczyć jakąś malutką, chociaż tyci, tyci erupcję, takie zimne ognie wręcz… Na szczęście, tym razem wyspa przymknęła oko na dłużej. Uśpiona i nakryta lodową kołderką, w spokoju pozwoliła cieszyć się oglądaniem surowego oblicza wyrzeźbionego przez śnieg i lód.
 
Na Islandii jest 13 lodowców. Zahaczyliśmy o cztery…

Langjökull – Długi Lodowiec

Czerwiec, początek lata, schodzą śniegi… Tylko jak tu jechać taką drogą?
W trakcie objeżdżania Golden Circle, skręciliśmy na chwilę z utartego szlaku. Cel: Langjökull, drugi największy lodowiec na Islandii. Być tak blisko takiej kupy śniegu i chociaż nie rzucić na nią okiem, no nierozważnie jakoś tak.  Dojechaliśmy tak daleko, jak 10 letnia Astra uniosła. Czyli jakieś 8 kilometrów od lodowca. Przynajmniej na tyle wskazywała tabliczka kierująca do chaty Skalpanes, ulokowanej tuż pod lodowym jęzorem. Resztę drogi postanowiliśmy przejść. Doczłapaliśmy do połowy drogi. Pogoda szybko namówiła nas na włączenie wstecznego. Padało krótko, ale intensywnie.
Takie monstra, tylko na Islandii!
 
Mimo to widoki powodowały ciarki na rękach. Ogromna przestrzeń lodu i odbijające się w turkusowej wodzie góry, zostawiły permanentny ślad w hipokampie. Nie łatwo będzie roztopić te wspomnienia. Od tego momentu z większym zrozumieniem patrzę na polarników. Jest w tym krajobrazie jakaś niewinność. Nieskalana czystość, której nie chcesz zbrukać negatywnymi myślami i problemami, które przywlokły się za tobą z miasta. No, cudeńko po prostu. Człowiek zupełnie się rozpływa i odkrywa w sobie pokłady, o których wcześniej nawet nie wiedział.
 
 Ot, kilkaset skuterków w śnieżnym polu stoi. No bo któż miałby je zabrać? 
 W drodze na Skalpanes…
 
 Winter is coming…

Vatnajökull – Lodowiec jezior 

Dwa dni później wylądowaliśmy pod największym lodowcem Europy (jeśli nie liczyć tych na Spitsbergenie). Większym niż wszystkie czapy lodowe kontynentu razem wzięte. Największym poza obszarami polarnymi. Bagatelka, zajmuje powierzchnię 8100 km kw., prawie tyle co powierzchnia Korsyki. Grubość pokrywy lodowej dochodzi miejscami do 1 km! Co ciekawe w czasach gdy na wyspę przybyli pierwsi osadnicy z Norwegii, lodowiec był mniejszy niż obecnie. Największy jego rozrost nastąpił między XVIII a XIX wiekiem.

 

W drodze na Vatnajokull
 

Śnieg i lód zmieszany z wulkanicznymi pyłami…

Na terenie lodowca utworzono drugi co do wielkości park narodowy w Europie (większy jest tylko   Yugyd Va w Rosji na Uralu). To na jego obszarze znajduje się najwyższy szczyt Islandii, góra, której nazwę trudno wymówić poprawnie – Hvannadalshnukur.
W okolicy spędziliśmy 2 dni i wieczór na rozkładanie namiotu. Najwięcej wyjść na szlaki znajduje się w okolicach Skaftafell, gdzie ulokowana jest siedziba parku. Jest tu pole namiotowe, sklep oferujący mapy i przewodniki (niezbyt dokładne i jak to na Islandii bywa, kosztowne…), biuro przewodników górskich i wszystko, co potrzebne, by wyjść w góry. Można także uzyskać informacje na temat najbliższej prognozy pogody. Z oczywistych względów jest aktualizowana co godzinę.

Takimi autobusami wozi się turystów na szlaki

Szlaki są oznakowane całkiem dobrze – przynajmniej w najniższych częściach, gdy nie wędrujemy jeszcze po śniegu – i dostosowane do różnych grup turystów. Najmniejsza pętla – niebieska, to idealny spacer dla rodziców z dziećmi albo osób starszych. Widokowa trasa, na której wodospad, zagłusza wodospad i rywalizuje o względy migawki. Lodowca nie zobaczycie z bliska, za to na trasę można wybrać się praktycznie w tenisówkach.

 Svartifoss to najbardziej znany wodospad w okolicy. Jeden z siedmiu…
 
Druga trasa – czerwona, może być podzielona na dwa etapy. Mniejszą pętlę z odrobiną wspinaczki i pięknym punktem widokowym na lodowiec Skaftafellsjökull (Vatnajökull schodzi w doliny kilkunastoma jęzorami lodu, każdy z nich ma swoją własną nazwę), można pokonać w jakieś 1,5 do 2 godzin. Natomiast na większą, która prowadzi wzdłuż ulokowanej między dwoma jęzorami grani Skaftafellsheiði, trzeba przeznaczyć dobre 3,5 – 4 godzin (do przejścia ponad 15 km).
Rozlewisko rzeki Morsa widziane ze szlaku czerwonego
Góry, morze, śnieg… Islandia!
Trasa jest dosyć wyczerpująca, lecz nie wymaga żadnych umiejętności technicznych. W miesiącach letnich raczej nie powinno być tu śniegu. Za to może być woda. Przy większym słońcu, śnieg jak wiecie pewnie z lekcji fizyki, zmienia stan skupienia…
Tak było też w momencie naszej wizyty. Na szczęście kierując się ułańską fantazją, którą odziedziczył po dziadach-pradziadach każdy nierozważny Polak, zignorowaliśmy ostrzeżenie przed roztopami. I, przykro mi to pisać, ale słusznie. Mokro było przez pierwsze 500 metrów. Potem suchota. Jacyś tacy zachowawczy ci Islandzcy. Ciekawe dlaczego?
Skaftafellsjokull zamarzł do zdjęcia…
Ślinkę przyszło przełykać jakieś 5 kilometrów wyżej. Trasa prowadzi tu wzdłuż grani z mrożącym – literalnie – krew w żyłach widokiem. Wielkie pole lodu rośnie z każdym metrem wspinaczki. Gdzieś daleko, po drugiej stronie lodowej czapy, olbrzymią kaskadą woda spada z kilkudziesięciometrowego klifu. A my, malutcy, skurczeni, patrzymy w dół skarpy i próbując opanować trzęsące się łydki podziwiamy krajobraz, przed którym nie sposób paść na kolana. Niezapomniane uczucie. Niezapomniane wrażenia. I niech mi nikt nie wmawia, że góry wieją nudą!
Dobre miejsce do zebrania myśli…
W tym miejscu trzeba podjąć decyzję. Wchodzimy szlakiem czarnym na szczyt Kristinartindar, albo zawijamy pętelkę w dół, po drugiej stronie grzbietu. Na początku czerwca zalecam wybrać raczej tę drugą wersję. Mimo, że najwyższy punkt trasy ma zaledwie 1126 m n.p.m., to już na wysokości 800-900 metrów pojawiają się zmrożone płaty śniegu, na których można wywinąć ostatnie w karierze salto. Bez dobrego obuwia i kijków trekkingowych serducho wrzuca trzeci bieg. Tym bardziej, że ścieżka prowadzi tutaj stromym zboczem. Wystarczy chwila i lecimy z hukiem. Przed nami kilkaset metrów szybowania w kierunku wiecznych śniegów…
 Droga przez zmrożony śnieg nie należy do najprzyjemniejszych. Szczególnie kiedy idziesz zboczem kilkusetmetrowej skarpy… 
Oczywiście lepiej wdrapać się na grań i spróbować zdobyć Kristinartindar. Nam się nie udało. Z prostej przyczyny. Nie mieliśmy w sobie, aż tyle ułańskiej fantazji… Kiedy zobaczyliśmy zasypaną śniegiem grań, z której wystawały skalne iglice, od razu było wiadomo, że na dziś wystarczy. Widoki i tak napawały dumą.
Mgła, śnieg i niepewny grunt obudziły uśpiony rozsądek. Nie tym razem…
Wyżej się nie dało? Nie dało!
Kristinartindar na celowniku
 
Przy dobrej pogodzie (czytaj braku śniegu), można zejść szlakiem czarnym bezpośrednio do czerwonej pętli. My musieliśmy wrócić, do punktu spotkania się obu szlaków. Dopiero z drugiej strony grani zobaczyliśmy, jak niewiele brakowała nam do zdobycia szczytu. Góry, nie pierwszy i ostatni raz to piszę, uczą pokory.
Grań widoczna z drugiej strony, po zejściu na szlak czerwony
Budda był Islandczykiem…
Po drugiej stronie pętli, widoki też wciskają w podłoże. Morsarjökull (drugi jęzor lodowca), jest znacznie mniejszy, nie widać go ze szlaku, ciekawie natomiast prezentuje się roztopowa dolina, którą płyną wody i osady z lodowca. Wrażenie przestrzeni potęgowane jest przez olbrzymie pustkowie lawy, które odgradza park od południa. Kontrast lodu i ognia. Kontrast gór i morza. Warty odcisków po 8 godzinnej trasie. Nawet, jeśli na drugi dzień czeka cię 2100 metrów przewyższenia i wędrówka po lodowcu na najwyższy szczyt Islandii…
Rozlewisko rzeki Morsa, przy lodowcu Morsarjokull
Jeszcze tylko 2 godziny zejścia i można suszyć skarpetki…


Be first to comment