Islandia: Kraina lodu i ognia cz.3 – Esja, góry na przedmieściach Rejkiaviku

Znaczny procent powierzchni Islandii zajmują góry i wyżyny. Średnia wysokość nad poziomem morza waha się pomiędzy 700 a 1000 metrów. Owszem, czasami można natrafić na obszary płaskie i nudne jak „Saga o Ludziach Lodu”, jednak najczęściej krajobraz jest pofalowany i uwodzi oczy obietnicą wciągającej wędrówki. Większość szczytów ma bardzo wybitny charakter, wznosi się bowiem praktycznie od poziomu morza, sprawiając, że góry wydają się majestatyczne i wyższe niż są w rzeczywistości.

Trzeba wziąć pod uwagę, że na wysokości 800 – 900 metrów zaczynają się już konkretne schody. A jeśli w okolicy jest jeszcze jakiś lodowiec, a trochę ich na wyspie jest, to wędrówka robi się bardzo wymagająca. To nie jest niedzielne chodzenie po Beskidach. Przestrzenie są duże, osiedli ludzkich praktycznie brak. Napisać, że pogoda zmienia się błyskawicznie, to nic nie napisać. Nawet człowiek się nie zorientuje kiedy ze środka słonecznego sierpnia przenosi się w zasypany śniegiem grudzień. Pada bardzo często. Może nie są to ulewy ale z nieba ciągle sobie coś tam kapie. No i wiatr! Gwiżdże, podśpiewuje, nuci, a czasami ryknie niespodziewanie, ile pary w gwizdku. Trzeba się po prostu przyzwyczaić. Tu rządzi natura, a nie człowiek.
Ludzi na szlakach, jak na tak mały kraj, jest całkiem sporo. I, co jest dalszym zaskoczeniem, są to głównie Islandczycy. Smukli, zadbani, skupieni na wspinaczce. Ubrani zwykle w cienkie, lajkrowe ciuchy, przylegające do ciała. Zahartowani i twardzi. To widać. To czuć, gdy mija się ich na szlaku. Sami raczej nie pozdrowią pierwsi, nie zagadają. Ale nie trzeba mieć do nich żalu. Oni po prostu nie są przyzwyczajeni do ciągłych pozdrowień na trasie i wymiany uśmiechów. Przecież jest ich ledwie 300 tysięcy. A kraj jest wielkości 1/3 Polski…
Na szlakach Esji, ludzi całkiem sporo. To góry najbliższe stolicy
Nieograniczona przestrzeń. To chyba najlepsze określenie tego, co czeka nas w górach Islandii. Gdzie nie spojrzeć brak ludzi, brak cywilizacji. Tylko szczyty, lodowce, unikatowa przyroda, która zaskakuje różnorodnością. Czasami jak na innej planecie, czasami jak z tapety w Windowsie, czasami jak z kilku lokacji na raz. Trochę Arktyki, trochę Marsa, trochę Śródziemia. Prawdziwy krajobrazowy zawrót głowy.
Na pierwsze wyjście zaplanowaliśmy, niewielkie pod względem obszaru (zaledwie 10-15 km długości) pasmo wulkanicznego pochodzenia – Esja, znajdujące się w odległości 10 kilometrów od Rejkiviku. Góry stanowią popularny punkt wędrówek dla mieszkańców stolicy i doskonały punkt widokowy, z którego można podziwiać rozłożone nad malowniczą zatoką miasto. I chociaż najwyższy punkt łańcucha – Habunga ma zaledwie 914 m n.p.m., to w górnych partiach wędrówka zamienia się w wysokogórską wyprawę i pokonywanie kamiennych bloków przy pomocy łańcuchów. Największą popularnością cieszy się góra Þverfellshorn osiągający wysokość 840 m n.p.m. To miała być nasza rozgrzewka przed większymi szczytami. Tymczasem podczas wspinaczki nieźle się zgrzaliśmy…
Płaskowyż wznosi się na wysokość prawie 1000 metrów, wprost z morza. Podejście strome, wierzchołki płaskie. 
Wejście i powrót z Þverfellshorn zajmie około 3-3,5 godziny
Góry nie można przeoczyć. Jadąc od strony Rejkiaviku na północ główną drogą w kierunku miejscowości Mosfellsbaer, ciągle towarzyszy nam na horyzoncie, dumnie prężąc swój kamienny grzbiet i raz po raz wynurzając się z kłębowiska chmur. Zbocza ma strome, zaś wierzchołek gładki, niczym gigantyczny stół. Trochę jak australijska Ayers Rock tyle, że z zupełnie innej, zimowej bajki.
Mogilsa – miejsce wyjścia na szlak
 
Najlepszym punktem wyjścia na szlak jest parking Mogilsa, znajdujący się na północ od miejscowości. U podnóża góry znajduje się malownicza restauracja (niestety była nieczynna podczas naszej wizyty). Szlak nie jest znakowany w sposób, w jaki przywykliśmy do tego w Polsce. To po prostu dobrze widoczna, wydeptana ścieżka, na której, przynajmniej na początku, nie sposób się zgubić. Od czasu do czasu znajdują się przy niej tablice informujące o otaczającej przyrodzie i trudnościach na szlaku. Oczywiście, im wyżej, tym „ciekawiej”…
W górach nie brak oczywiście rwących strumieni i wodospadów.
 W miarę pokonywania kolejnych metrów robi się coraz bardziej stromo i skaliście
 
Początkowo wędrujemy dosyć łagodnym zboczem, wśród karłowatych drzewek i zielonych kępek trawy. Po kilkudziesięciu minutach krajobraz robi się bardziej księżycowy, a za naszymi plecami zaczynają odsłaniać się pierwsze widoki na zatokę i leżący na horyzoncie Rejkiavik. Dopiero od pierwszej przełęczy, wspinaczka robi się bardziej wymagająca, zaczynamy pokonywać bowiem bazaltowe bloki skał, wśród których ścieżka nie odznacza się tak wyraźnie i gubi od czasu do czasu. W tym miejscu przydadzą się nie tylko wytrzymałe kolana ale i silne ramiona, w kilku miejscach trzeba się wspomóc łańcuchami – nie jest to długi odcinek, lecz wymagający obycia z tego typu wspinaczką.
Typowo „wyspiarski” krajobraz. Skojarzenia z górami Szkocji, Walii czy Irlandii jak najbardziej na miejscu…
 
 Habunga – najwyższy szczyt pasma, w pełnej okazałości
 Wulkaniczne skały tworzą odludny krajobraz…
 Tuż przed wierzchołkiem czeka nas trochę „wspinu”…
Widok ze szczytu Þverfellshorn wynagrodzi trudy podejścia. Na zachodzie ciekawie prezentuje się wystająca z grani, najwyższa w okolicy Habunga,  w dole rozciąga się fiord, nad którym rozłożyła się islandzka stolica, zaś za plecami, aż po horyzont, ciągnie się usiany kamieniami i porośnięty mchem, nieziemski płaskowyż. Wydaje się, że grunt jest pewien i twardy. Nic bardziej mylnego. Już po kilku krokach buty zaczynają zapadać się w ziemi, wciąga nas zalegająca pod powierzchnią wilgoć. Trzeba naprawdę uważać by nie przemoczyć obuwia. No i wiatr! Ma pole do popisu. U góry temperatura spada o dobre kilka stopni. Przydadzą się czapki i rękawiczki.
Widok z  Þverfellshorn na Rejkiavik i otaczającą go zatokę. Idealna trasa na rozpoczęcie przygody z górami Islandii…
 Na szczycie znajduje się róża wiatrów, wskazująca wszystkie okoliczne szczyty. Koniecznie trzeba wpisać się do dziennika wejść umieszczonego w metalowej pokrywie.
Ze względu na brak czasu, wiejący wiatr i zmęczenie podróżą nie zdecydowaliśmy się na dalszą wędrówkę, ledwie muskając płaskowyż podeszwami butów, skacząc z kamienia na kamień. Szlak jest tu praktycznie niewidoczny. Punktami orientacyjnymi są ułożone od czasu do czasu kopczyki kamieni. W internecie trudno znaleźć kompleksowe informacje na temat tych gór. Podobnie z mapami. Jednak wiem, że są, można je kupić w Rejkaiviku. Pokazywała nam je holenderska turystka, z którą wymieniliśmy kilka zdań na szczycie.
Dotarcie na Habungę, to 5 kilometrowy marsz po porośniętym mchem płaskowyżu, po którym hula wiatr.
Jeśli planujecie przejść cały płaskowyż, mapy na pewno się przydadzą. Islandczycy nie dbają specjalnie o oznakowanie szlaków. Nawet, tam gdzie mamy do czynienia z grubą pokrywą śnieżną. W porównaniu do tatrzańskich czy karkonoskich tyczek, które wystają nawet spod największych zasp, niewielkie, sięgające kolan słupki, które wskazywały szlak podczas naszej kolejnej wędrówki na lodowcu, nie mają szans być zauważone…
 Pozornie wydaje się, że stąpamy po stałym gruncie. Nic bardziej mylnego. Mech wciąga!
 

Be first to comment