Beskid Śląsko-Morawski na rowerach

Z autorem niniejszego posta znamy się… całe życie. Dosłownie. Razem jedliśmy Gerberki z tych samych słoiczków. Razem planowaliśmy zawojować rynek gier planszowych w Polsce before it was cool. Razem odkrywaliśmy uroki okolicznych hałd, zanim pojechaliśmy we wspólne góry. Razem kręciliśmy na czterokołowych rowerkach, zanim wsiedliśmy na prawdziwe dwukołowce. Oddaję głos Adasiowi. Często widzicie go na zdjęciach. Jeszcze częściej pojawia się między wierszami. Bez niego żaden wypad nie jest taki sam.
Niech peleton sunie… Przed Podlaskim Szlakiem Bocianim temat w sam raz.
———————
 [space_20]
Podczas, gdy autor tego bloga cierpiał na zaawansowany Reisefieber spowodowany zbliżającym się wypadem islandzkim, pozostała część ekipy wybrała się na wycieczkę nieco bliższą i skromniejszą, lecz również godną opisania na łamach tej strony.
Jednym z kluczowym słów, występującym w nazwie tego serwisu jest „bike” – temat póki co, z różnych przyczyn traktowany nieco po macoszemu… Najwyższy czas to zmienić i zacząć zdawać relacje z odbytych wycieczek rowerowych. Jeśli Najwyższy pozwoli, to do końca sezonu powinno się znaleźć na blogu trochę wpisów dotyczących bliższych i dalszych wypraw na dwóch kółkach. Pierwszy z nich poświęcamy krótkiemu wypadowi, do naszych południowych sąsiadów…

Dzień 1:

Pierwotnie planowaliśmy pokonać całą trasę  spod Rybnika (miejsce startu), aż do Stramberka na dwóch kółkach, jednak trwająca od samego ranka ulewa – jeden z niewątpliwych uroków każdego długiego weekendu, szybko kazała nam zarzucić ten pomysł. Musieliśmy skorzystać z usług PKP – spuśćmy zasłonę milczenia na jakość tych usług, szczególnie jeśli musimy przetransportować ze sobą rower…
[space_20]
Po paru godzinach i pokonaniu kilkunastu kilometrów zdezelowanego torowiska docieramy do czeskiej granicy. Pojawia się nadzieja, że z Bohumina będziemy mogli popedałować na miejsce – póki co nie pada! Przed  bohumińskim dworcem kolejowym (czystym i schludnym), zastanawiamy się chwilę, a przewalające się na niebie ciężkie, ponure chmury szczelnie zasłaniające błękit, sprawiają, że jest się nad czym zastanawiać. Po piętnastu minutach dyskusji podejmujemy decyzję o rozdzieleniu się. Część ekipy (ta z cukru) w dalszym ciągu przemieszcza się pociągiem, natomiast dwójka wytrawnych riderów :-P, rusza na miejsce na swoich welocypedach, nie przejmując się tym, jaki los szykuje im aura.
[space_20]
Naszym celem jest tego dnia urocze miasteczko Stramberk. Nie będę się o nim zanadto rozpisywał, gdyż zostało obszernie opisane w osobnym poście. Ja chciałem o czym innym….   Nie od dziś wiadomo, że jeśli chodzi o kolej pasażerską, jesteśmy niestety krajem trzeciego świata. Co rusz, słychać o eksterminacji kolejnych połączeń, a kupa złomu, która ma nas dowieźć na miejsce przeznaczenia, w drugiej dekadzie XXI wieku porusza się po zniszczonych torach parokrotnie wolniej niż miało to miejsce przed II wojną światową. Większość chyba przyzwyczaiła się do takiego stanu rzeczy. Niby pojawiają się jakieś nowocześniejsze składy, niby wyremontowano dworzec w Katowicach i usunięto z niego miłośników odżywek, ale poza tym? Nic się nie zmienia. Ilość i jakość połączeń wołają o pomstę do nieba.
[space_20]
Za naszą południową granicą kolejowa rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Przykro to stwierdzić, ale jesteśmy w tej kwestii jakieś 100 lat za Czechami. Nawet małe wiejskie stacyjki są zadbane i schludne. Po wejściu do pociągu, czujemy, że znaleźliśmy się w wagonie pasażerskim, a nie… bydlęcym. Jest elegancko, czyściutko, kulturalnie i w rozsądnych cenach. Ponadto można bez najmniejszego problemu poruszać się z rowerami, co u nas nie jest oczywiste, bo zdarzało się już, że mimo informacji o możliwości transportu jednośladów, trzeba było użyć nie lada argumentów żeby przekonać konduktora, aby pozwolił przewieźć rowery. Kolejną kwestią, która skłania do refleksji jest bardzo rozbudowana siatka połączeń. W Czechach pociągiem dojedziemy niemal do każdej małej miejscowości, a rozkład jazdy ułożony jest do tego stopnia logicznie, że w razie przesiadki, nie spędzamy na stacji całego dnia w oczekiwaniu na kolejny transport. Zwykle można jechać dalej przed upływem godziny.
[space_20]
Tak wygląda wagon do transportu rowerów w Czechach….
 [space_20]
Dobra, koniec marudzenia… Po niedługim czasie przyjemnej jazdy docieramy na miejsce. Wybór opcji kolejowej okazał się trafny – pogoda dalej nie rozpieszcza. Stramberk mimo deszczowej aury, nie traci nic ze swojego uroku. Wręcz przeciwnie – spowity mgłą nabiera mrocznego klimatu rodem z powieści Brama Stokera. Udajemy się do słynnego browaru miejskiego, gdzie dołączają do nas przemoczeni koledzy, z którymi rozstaliśmy się w Bohuminie. W miłej atmosferze spędzamy tam resztę dnia.
[space_20]

 Mglisty dzień i ledwo majacząca w tle wieża…

 

Dzień 2:

Tego dnia mamy w planach przejazd ze Stramberka do położonej w górach miejscowości Ostravice, gdzie zatrzymamy się na kolejny nocleg. Wszystko wskazuje na to, że tym razem uda nam się przebyć całą trasę na naszych jednośladach, ponieważ ranek przywitał nas promieniami słońca.
[space_20]
Jako, że odcinek, który mamy do pokonania nie jest zbyt długi (około 30 km), postanawiamy, korzystając ze sprzyjającej aury, nieco dokładniej rozejrzeć się jeszcze po Stramberku. Po zwiedzeniu rynku, okolicznych uliczek i wzgórza zamkowego wraz z Trubą opuszczamy miasteczko koło południa.
[space_20]

Widok z wieży w stronę rynku – żółty budynek u dołu po prawej stronie to Mestky Pivovar, miejsce, którego nie można pominąć będąc w Stramberku 😉

 [space_20]
Startujemy bezpośrednio z rynku. Początek trasy to ekspresowy zjazd ze starej części miasta do położonego dużo niżej dworca kolejowego. Po jego objechaniu, nasze nierozgrzane jeszcze uda, łydki i pośladki przechodzą pierwszy sprawdzian wytrzymałości. Przed nami krótki, ale najbardziej stromy podjazd na całej dzisiejszej trasie . Spore przewyższenie, na małym odcinku daje nam nieco w kość, ale jesteśmy rowerowymi amatorami więc nie ma się co dziwić. Po pokonaniu pagórka wyjeżdżamy z lasu na bardziej otwartą i ciekawą krajobrazowo przestrzeń z rozległą panoramą na Beskid Śląsko – Morawski – cieszymy nią oczy, a rowery same mkną przed siebie na kilkukilometrowym zjeździe. W wiosce Lichnov, skręcamy w lewo i jadąc dalej w dół płynącego przez miejscowość strumienia szybko zostawiamy za sobą kolejny odcinek trasy.
[space_20]

Parę kilometrów za Lichnovem skręcamy w prawo, w kierunku miasteczka Frenštát pod Radhoštěm. To zdecydowanie najmniej ciekawy etap dzisiejszego odcinka, głównie ze względu na panujący tutaj duży ruch samochodowy. Po dojechaniu do Frenštátu oblewa mnie zimny pot…. Gdzie jest mój portfel? Wielokrotne przeszukanie wszystkich rzeczy skończyło się fiaskiem – musiał zostać w Stramberku. Dwójka z nas rusza na misję poszukiwawczą (autobusem komunikacji publicznej), natomiast pozostała część ekipy zmuszona do 3-godzinnego postoju, uczestniczy w zorganizowanym na frenstatdzkim rynku festynie i gasi pragnienie kofolą.

Festyn na rynku w Frenštácie

Miałem więcej szczęścia niż rozumu, udało się odzyskać zgubę wraz z całą zawartoscią, leżała sobie spokojnie w miejscu poprzedniego noclegu, cóż – kto by się spodziewał, ze wrócę do uroczego Stramberka tak szybko…

Po niefortunnej przygodzie z portfelem i powrocie do Frenštátu, szybko ruszamy w dalszą drogę. Przed nami jeszcze połowa zaplanowanej trasy. Na tym odcinku czeka nas rowerowa wspinaczka na przełęcz między wzniesieniami Skalka (964 m n.p.m.) i Velká Stolová (1046 m n.p.m.). Uzbrojeni w dobry humor i zregenerowani po przymusowym postoju bez problemu dajemy sobie radę z monotonnym podjazdem. Piękna pogoda i coraz bardziej klimatyczne, górskie widoki, sprawiają, że mimo wysiłku, to najładniejszy i najbardziej zapadający w pamięć fragment tego dnia.

 

Łysa Góra – (widok z trasy Frenštát – Ostravice)
 [space_20]
 [space_20]
Chwila wytchnienia…
 [space_20]
Warto się solidnie spocić kręcąc pod górę na najniższych przełożeniach, żeby móc potem zjechać! Za przełęczą czeka na nas kilkukilometrowy, efektowny i szybki zjazd, coś, co wg. mnie daje dużo więcej frajdy niż 8G na najbardziej wypasionym i pokręconym rollercoasterze. Wspaniałe widoki, „wiatr we włosach” i szumiące na równym asfalcie opony, to piękne doświadczenie. Na skrzyżowaniu w miejscowości Čeladná podejmujemy decyzję aby znów się rozdzielić. Część ekipy cierpi na niedosyt podjazdów i wybiera leśną dróżkę po zboczu wniesienia Zar, reszta zaś kontynuuje podróż asfaltówką. Spotykamy się  u celu – w malowniczo położonych u podnóża Lysej Hory (1324 m n.p.m) Ostravicach. Miejscowość leży w głębokiej dolinie nad rzeką, która stanowi historyczną granicę Śląska Cieszyńskiego i Moraw.
 [space_20]
Zatrzymujemy się w pensjonacie „Sauna” zlokalizowanym w  centrum osady, przy odgałęzieniu głównej drogi – około 400 metrów od dworca kolejowego. Właściciele przybytku są bardzo mili i witają nas serdecznie. W „Saunie” prócz pokoi gościnnych znajduje się też godna polecenia restauracja, w której uraczono nas przepysznym, tradycyjnym jadłem. Warto dodać, że na terenie obiektu znajduje się również bardzo przyzwoity kort tenisowy.
 [space_20]
Penzion „Sauna”
 

Dzień 3

Niestety po pięknej pogodzie dnia poprzedniego nie pozostał żaden ślad. W sobotni poranek budzi nas dudniący po parapetach deszcz – słabo! Mozolnie zwlekamy się z łóżek, zamawiamy pyszne śniadanie i ruszamy na zakupy. Około dwunastej przejaśnia się na tyle, że wczesnym popołudniem siedzimy już na rowerach – do pogodowego ideału jednak sporo brakuje….
Namówieni przez sympatyczną gospodynię, udajemy się na rundkę dookoła malowniczo położonego na południe od Ostravic zbiornika Šance.
 [space_20]
 [space_20]
Pętla ma około 27,5 kilometra długości, suma wszystkich podjazdów jest dość znaczna, ale należy się liczyć z faktem, że jesteśmy w górach. Mimo bardziej wymagających fragmentów, trasa jest bardzo przyjemna i do pokonania przez każdego, kto ma w sobie choć odrobinę woli i samozaparcia. Nie wszyscy uczestnicy relacjonowanego wypadu regularnie jeżdżą na rowerach, za to wszyscy bez problemu poradzili sobie z tą pętelką.
 [space_20]
Pierwszy odcinek pokonujemy jadąc główną drogą, by po chwili odbić w lewo na mniej uczęszczaną, leśną asfaltówkę. Od razu widać, że przyjdzie nam się teraz zmierzyć z długim, stromym jak na rowerowe realia i wymagającym podjazdem. To najgorszy i najbardziej męczący etap trasy – ale w sumie dzięki górce, która wycisnęła z nas na początku dość sporo potu, nabraliśmy dużo wysokości i reszta upłynie nam już bez tak intensywnego forsowania mięśni.
 [space_20]
Mniej więcej w ¾ długości tego „wyczynowego” odcinka dojeżdżamy do zapory na zbiorniku, który mamy zamiar objechać. Zauważalny jest bardzo niski poziom wody – przezorni Czesi widocznie przygotowują się na zmagazynowanie ewentualnych wód powodziowych (w czasie wypadu zachodnią część kraju nawiedziła jedna z większych powodzi w ostatnich latach). Zalew Šance został wybudowany w latach 1964 – 1971 właśnie po to, by ochraniać przed wodnym kataklizmem (obecnie służy także do zaopatrywania w wodę pitną min. mieszkańców Ostravy).
 [space_20]
Šance – ujęcie wody
Nieprofesjonalny sprzęt dał radę!
[space_20]

 

Po chwili odpoczynku ruszamy dalej, okazuje się, że 100% pętli wokół jeziora pokryte jest asfaltem, dość spora rzadkość jak na górskie mało uczęszczane trakty – warunki do rowerowych przejażdżek stworzono tutaj idealne.
 [space_20]

Zalew nie sprawia wrażenia gigantycznego, jednak jego długie, przypominające norweskie fiordy zatoki (kojarzące się nieco  z naszą Soliną), wlewające się głęboko między okoliczne górskie podnóża sprawiają, że objechanie akwenu zajmuje trochę czasu – i dobrze, bo mamy do czynienia z bardzo malowniczą trasą. Droga kluczy serpentynami wznosząc się i opadając po zboczach otaczających jezioro. Momentami oddalamy się od zbiornika, by po chwili spostrzec go z zupełnie nowej perspektywy.

[space_20]
 [space_20]
  [space_20]

Po kilkunastu kilometrach, paru mniej lub bardziej męczących podjazdach i atrakcyjnych zjazdach, nadchodzi niestety kolejna fala opadów. Na szczęście jesteśmy już blisko położonej nad południowym krańcem zalewu osady Stare Hamry, gdzie nadarza się okazja by przeczekać deszcz. Nieco zmoczeni, raczymy się gorącą czosnkową zupą w restauracji hotelu Certuv Hradek.

[space_20]
Ogrzani ciepłym posiłkiem ruszamy w kierunku Ostravic zachodnim brzegiem akwenu. Ten odcinek wiedzie szeroką główną drogą, ruch na trasie jest jednak niewielki. Fragment, który mamy do pokonania nie jest już tak malowniczy jak wcześniej, za to dość szybko zbliżamy się do naszej „Sauny”. Kolor nieba utwierdza nas w przekonaniu, by dobrze wykorzystać chwilową przerwę w opadach. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do wiaduktu, z którego możemy ostatni raz spojrzeć na zbiornik Šance.
 [space_20]
 [space_20]
[space_20]

Z tego miejsca droga opada dość gwałtownie, do samego „centrum” Ostravic. Wystarczy wsiąść na rower i czekać aż sam nas tam zawiezie. Przy suchej nawierzchni można tu pewnie bez problemu osiągnąć i 80km/h, my ze względu na złe warunki zjeżdżaliśmy nieco wolniej, ale i tak dość znacznie przekroczyliśmy dopuszczalną prędkość samochodów w terenie zabudowanym. Po zaledwie kilku chwilach jesteśmy w „Saunie”, pętla zamknięta, a dzień mimo niezbyt sprzyjających warunków pogodowych zaliczamy do udanych…

[space_20]

Po ciepłej kąpieli, spotykamy się ponownie w restauracji, testując kolejne pozycje karty dań – nie ma w niej słabych punktów. W drugim skrzydle lokalu grupa lokalnych muzyków rozkłada  instrumentarium i cieszy się graniem we własnym towarzystwie, nie zakłócając innym spokoju. Wiecznie uśmiechnięta barmanka przynosi piwo (Svijany – polecam!!!), nie pytając czy chcemy następne. Jest klimatycznie, ale jutro niestety trzeba wracać do domu…

Autor: Adik

Be first to comment