Z cyklu: Byłem widziałem… lecz najpierw leciałem – Islandia

No i po wypadzie… Dłuuuugo się z nim nie rozstanę. A raczej z nią. Islandia to trochę inna kategoria. Tu nie chodzi o zwiedzanie i muzea. Tu nie chodzi o wypoczynek i o słoneczną pogodę. Tu nie chodzi o spacery po   mieście i zabawę do białego rana (chociaż Rejkiavik jest uroczo prowincjonalny i nie sposób oprzeć się jego urokowi).
Ceny trochę z innego portfela. Pogoda trochę z innej prognozy. Przyroda z innej planety.
Warta każdych pieniędzy i każdego przeziębienia. Albo słonecznego oparzenia, bo właśnie z nim wróciłem z wyspy. Wystarczyło 15 minut słońca, pomiędzy obfitymi opadami. Śniegi największego lodowca w Europie zwielokrotniły efekt. Solarium wymięka, Egipt jest passe, tropiki są dobre dla niemieckich emerytów. Nikt nie uwierzy, że byłem na wyspie, gdzie zimą dzień trwa 5 godzin, a na wysokości 800 metrów góry wyglądają jak na 2800.
Dzika, swobodna, nieujarzmiona, kapryśna, zaskakująca, ujmująca, odosobniona, odrealniona, wyjątkowa, zmienna…. Surowa.
Żaden przymiotnik nie odda jej natury. To trzeba przeżyć. Nie ma co strzępić pióra. Nigdy nie będzie na tyle lekkie, by udźwignąć ciężar tego, co widziały oczy. A że dzień kończy się tam w okolicach 00:30, to naprawdę jest co oglądać.
Droga do celu była długa. 24 godziny w podróży. Ale czego nie robi się, by lecieć z kumplami tym samym samolotem…
Stacja startowa. Sobota, 7:49 rano…
Stacja przejściowa, 3,5 godziny później…
Swoje trzeba wystać…
I odsiedzieć…
Lecim!

Londyn Luton wita sałatką…
 
… i pianką…
 
Czas na sen…
 
Bo rano…
Zaczyna się jazda pod wiatr…
Słodycze wskazane…

Be first to comment