Islandia: Kraina lodu i ognia cz.1 – Golden Circle

Jej potoczna nazwa brzmi prawie jak tytuł książki George R.R. Martina: kraina lodu i ognia – land of fire and ice. Poszedłbym o krok dalej. Islandia to wyspa żywiołów. Kraj kontrastów i zmian. Obietnica niespotykanego. Miejsce, gdzie ziemia gotuje się od emocji i nie potrafi usiedzieć w miejscu. Gdzie deszcz pada w każdym kierunku świata, także wbrew spostrzeżeniom Newtona. Gdzie latem dzień zapomina położyć się spać, a zimą zasypia, zanim otworzy oczy. Tu nic nie jest takie same. Tu wszystko jest zaskoczeniem.

Lód, ogień, wiatr, woda, ziemia… wreszcie człowiek, który od setek lat stara się okiełznać przyrodę. Islandia to kraj żywiołów. I taką chcę ją pamiętać.

 

Golden Circle – czyli w krainie kipiącej wody

Po dniu, który trwał dla mnie dwie i pół doby, wsiadamy w samochód. 10 letni Opel Astra pali się do podróży. Przed nami jakieś 300 km drogi. To jedna z najpopularniejszych tras turystycznych Islandii, dumnie nazwana – Golden Circle (Złotą Pętlą). Można zaplanować ją wyjeżdżając i kończąc w Rejkiaviku. Na trasie znajdują się głównie atrakcje związane z geotermalną aktywnością przyrody.
10 letni Opel Astra wypożyczony przez nowo powstałą wypożyczalnię Fair Car, dawał radę na każdej drodze… no, prawie na każdej
Cena bardzo konkurencyjna – 230 euro na 7 dni
Większość atrakcji na południu wyspy można pokonać zwykłym samochodem. Tylko dwa razy musieliśmy podjechać kawałek żwirową drogą…

 

Za oknem rozmywa się przestrzeń. Radio przygrywa melodiami, których nie usłyszysz w polskim eterze. I nie mam tu na myśli klasyków islandzkiego country, lecz piosenki przez duże Pe. Rodzimi radiowcy już dawno wykreślili je ze swojej playlisty. A szkoda, bo higiena ucha, potrafi wyleczyć z każdej depresji. Nawet tej pogodowej…

Prognozy się sprawdzają. Początek podróży mija pod znakiem przelotnych opadów i wiatru. Pierwszy nieplanowany postój, kończy się równie nieplanowanym odwrotem. Wieje to mało powiedziane. Krople niby niewielkie, ale zacinają jak żyletki. Tajemnica kamiennych kopców ustawionych w szczerym polu pozostaje nierozwiązana. Pierwsza i nie ostatnia. Przez następne dni tego typu ominiętych atrakcji, nazbiera się długa lista.

Tymczasem zbliżamy się do pierwszej, którą udaje się „odhaczyć” – Þingvellir National Park, to nie tylko wyjątkowy obszar aktywności geologicznej, w którym europejska płyta tektoniczna ściera się z amerykańską, ale również miejsce ważne z punktu historycznego. To tu w roku 930 zebrał się pierwszy parlament europejski (Althing), a 70 lat później Islandczycy przyjęli chrzest. To tu ustanawiano prawa i dyskutowano nad przyszłością państwa, tutaj w XII wieku kraj zrzekł się niepodległości na rzecz Norwegii, by setki lat później, w 1944 roku, znowu stanowić o swojej niezależności. Dla Islandczyków, to miejsce równie ważne, co dla nas królewski Wawel.Z tą różnicą, że zbudowane przez przyrodę a nie człowieka. W miarę płaski krajobraz przecinają wąwozy zakrzepłej lawy, pomiędzy którymi można przechadzać się jak w labiryncie. Krajobraz urozmaica spływająca kaskadami rzeka Öxara (rzeka topora) oraz największe na wyspie jezioro – Þingvallavatn,  osiągające aż 114 metrów głębokości. Tektoniczne pochodzenie akwenu i dziewiczy charakter przyrody sprawiają, że woda jest wyjątkowo czysta. Przynajmniej w teorii. W momencie naszych odwiedzin, nie było widać nic prócz chmur i ściany deszczu.
Þingvallakirkja – pierwszy konsekrowany kosciół na Islandii stał właśnie w tym miejscu. Obecny budynek pochodzi z 1859 r.
 
Rzeka Öxara 
Logberg – „skała praw” – w tym miejscu kształtowała się islandzka republika i gromadził się Althing
Do wody na Islandii trzeba się po prostu przyzwyczaić. Występuje we wszystkich możliwych stanach skupienia i dopada człowieka z każdej strony: od podeszwy, od kołnierza, od poniedziałku do niedzieli. Znienacka i bez ostrzeżenia. Czasami wprost ze słonecznego nieba, a czasami tryskając wrzątkiem z wnętrza ziemi. Wprost na zaskoczonych i zniecierpliwionych czekaniem turystów…
Dolina Haukadalur, w której można skąpać się w deszczu gejzeru Strokkur, to kolejny punkt na naszej trasie. Znajduje się tu kilkadziesiąt kipiących i bulgocących sadzawek oraz oczek wodnych, w których woda osiąga temperaturę rzędu 80 – 100 stopni. To jeden z największych obszarów geotermalnych na Islandii. Wielki kipiący i syczący czajnik…

 

Mimo ostrzeżeń i barierek, co tydzień kilku turytów ulega poparzeniom… głównie w trakcie sprawdzania czy woda naprawdę jest gorąca…

Znajdujący się tutaj Geysir dał nazwę tego typu źródłom. Dziś nie jest już tak, wybuchowy jak kiedyś, gdy wystrzeliwał na wysokość 60 metrów! Choć czasami pobudza się staruszka do życia, dodając do wody… mydło, które zmniejsza napięcie powierzchniowe płynu. Pierwszeństwo wiedzie obecnie wspomniany Strokkur(„kocioł”), który z regularnością 4-5 minut wystrzeliwuje wodę na wysokość około 20 metrów. Przy odrobinie nieuwagi i polowania na ujęcia, można się nieźle skąpać… O czym przekonał się i niżej podpisany.

Strokkur w akcji
Gejzer gromadzi stałą i liczną widownię…

Kolory Islandii… można się zachwycić. Tym razem witamy na Marsie…
10 kilometrów na północ od tego miejsca woda spada natomiast z wielkim hukiem. Gdy pierwszy raz widzi się Gullfoss („złoty wodospad”), człowiek przyłapuje się z głupią miną na twarzy. Potem rozgląda się dookoła pośród tłumu turystów i czuje się jak w scenie z filmu, gdy zwalnia czas. Wszystkim na chwilę zawiesza się system. Tego miejsca nie da się ogarnąć ot tak. Potrzeba chwili by dojść do siebie.
Gulfoss – masa wody…

Woda niesiona przez rzekę Hvita spada tutaj z dwóch kaskad, wysokich na 11 i 21 metrów, by zniknąć w wyrzeźbionym między skałami wąwozie, o długości 2,5 kilometra oraz wysokości 70 metrów. Huk wody jest niewyobrażalny. Z każdą sekundą przepływa jej 400 metrów sześciennych.  Już na kilkanaście metrów od barierek w powietrzu unosi się mocząca kurtki mgiełka.

Według przypuszczeń nazwa wodospadu wzięła się od pojawiającej się często w tym miejscu tęczy. Istnieje również ludowe podanie, które etymologię wodospadu wywodzi od skąpego farmera, który posiadał wiele złota, z którym nie chciał się rozstać. Aby po śmierci skarby nie wpadły w obce ręce, wolał wrzucić je w otchłań żywiołu.

 

Strach pomyśleć, że na początku wieku pojawiły się plany energetycznego zagospodarowania terenu i stworzenia na Hvicie elektrowni wodnej. Na szczęście zdrowy rozsądek wygrał nad żądzą pieniądza. Islandczycy zrozumieli, co jest ich największym skarbem.

Tutaj wszyscy wyciągają aparaty…
 
Warto wspomnieć, że we wszystkich odwiedzonych przez nas miejscach (za wyjątkiem muzeum) nie pobiera się opłat i nie płaci za wstępy do parku – także za parkingi! Dzięki temu wydawanie pieniędzy, pomimo horrendalnie wysokich cen, przychodzi dużo łatwiej. Człowiek nie ma sumienia nie zostawić czegoś w podzięce. Zupełnie inaczej, niż w naszym kochanym kraju, gdzie kasuje się nawet za „posiedzenie” w restauracji…
[space_20]
Ale do rzeczy. Było o wodzie. Intrygujący jest również jej kolor. Na Islandii występuje w pełnej palecie barw: od czarnej i mętnej, przybrudzonej popiołami wulkanów, przez brązową, niosącą osady i iłły, po zielonkawo-żółtą z domieszką siarkowych glinek, stalowo-zimną spływającą z gór i intensywnie niebieską: szafir, turkus, opal, indygo… kolory tropików w krainie śniegu!

Czerń wulkanicznych osadów…
 
Błękit lodowców…
 
Zieleń równin…

Turkus spokojnego Geysira…

 

Wody powulkanicznego jeziora Kerid mają właśnie tą charakterystyczną barwę, która czaruje oczy i każe zastanowić się skąd Hawaje na Islandii. Powstały 3000 lat temu na skutek procesów sejsmicznych krater ma 55 metrów głębokości i 270 metrów szerokości. Spacer jego brzegiem, pozwala poczuć namiastkę uśpionego żywiołu.

 

W innych kolorach można zobaczyć, i poczuć!, Islandię w regionie miejscowości Krysuvik. Znajduje się tu największe na świecie ujście gorącej pary, okolone licznymi solfatarami – czyli wyziewami wulkanicznymi z domieszką siarki i dwutlenku węgla, oraz liczne jeziorka błotne. Ziemia mieni się tutaj pastelowymi barwami żółci, ochry i czerwieni, swobodnie puszczając gazy… Zgniłe jaja na kraterze! W miejscu, takim jak to, człowiek uzmysławia sobie, że stąpa po żywym organizmie.
Niezłe jaja, ziemia dymi!
Obszar geotermalny w okolicach Krysuviku ciągle pozostaje nie wykorzystany komercyjnie. W przeciwieństwie do okolic Grindaviku, gdzie znajduje się jedna z najbardziej rozpoznawalnych i popularnych atrakcji Islandii. Blue Lagoon, to idealne zwieńczenie podróży na Islandię. Tropikalna enklawa po środku pola lawy. Miejsce surrealistyczne i magnetycznie przyciągające zarazem.
Witajcie w tropikach!
W weekendy bywa tłocznie. Islandczycy traktują Lagunę, jako miejsce spotkań biznesowych.
Najwięcej ludzi oczywiście przy „wodopoju”.
W życiu nie siedziałem 6 godzin w gorącej wodzie… 
You sexy mother$#%$%….
I pewnie nie posiedzę, do następnej wizyty na Islandii…
Na środku laguny znajduje się sztuczny gejzer, do którego doprowadza się praktycznie wrzącą wodę. Spacerując w tej okolicy można się nieźle zgrzać…
Zmęczenie podróżą odbija się na twarzach…

160 złotych za całodzienny luksus brodzenia w rozgrzanej wodzie, maseczki z siarkowych glinek, saunę i możliwość wypicia najdroższego piwa w karierze, to naprawdę cena warta rozważenia. Nawet dla unikającego tłumu turysty. Laguna to miejsce rozgrzewające do czerwoności…

A przecież na Islandii istnieją jeszcze całkiem klimatyczne plaże. Jedna z nich została nawet zaliczona do dziesiątki najładniejszych na świecie…

3 komentarze

  • Odpowiedz Lipiec 3, 2013

    Tomek

    Niesamowite.
    Coraz bardziej jestem przekonany ze chce tam Pojechać. Masz tez fajne artykuły na peron4 o Czarnohorze.
    A Islandia z kochana osoba to jest to.
    Te cieple baseny, ciekawe czy ta woda jest lecznicza i skąd jej biały kolor? Wygląda jak sole wapnia, glinka w składzie

  • Odpowiedz Lipiec 3, 2013

    Lukasz Czubak

    Polecam, polecam 🙂
    Woda w lagunie faktycznie ma właściwości lecznicze, szczególnie jeśli chodzi o choroby skórne. W składzie są jakieś siarczki i glinki, którymi można się oczywiście za darmo smarować 😉

  • Odpowiedz Kwiecień 17, 2015

    Sauron

    EasyJet lata jeszcze z LND

Leave a Reply