Słowacki Raj… wart jest grzechu

Bez wchodzenia w szczegóły. Kiedyś mój dobry znajomy miał okazję podróżować przez centralną Polskę – Dostałbym depresji, gdybym miał tu mieszkać – skomentował widok za szybą pociągu mknącego przez mazowieckie pola. – Jak tu dennie płasko! W pełni się z nim zgadzam. Dla mnie krajobraz za oknem też musi być pofalowany. Prawdziwy raj dla oczu jest tylko tam, gdzie góry i doliny. Na Słowacji takie miejsce znajduje się na południe od Popradu. Jak nie trudno się domyśleć, nosi nazwę Słowacki Raj…

I chociaż tradycyjnych szczytów, nie jest tu za wiele, a przeciętna wysokość wynosi zaledwie 800-1000 m n.p.m., to grzechem jest tego miejsca nie odwiedzić. Krajobraz z pewnością nie należy do nużących i kusi wieloma atrakcjami.Ciągle coś się tu dzieje. Wchodzenie i schodzenie, przechodzenie i obchodzenie, wdrapywanie i przeskakiwanie, przeciskanie i przekraczanie: pionowe ściany o wysokości kilkudziesięciu metrów, skałki, wąwozy, jary, kotliny. Wszystko fantazyjnie wyrzeźbione w mezozoicznych wapieniach i dolomitach przez górskie strumienie i wodospady.

Można podziwiać je z bliska wędrując dobrze przygotowanymi szlakami turystycznymi, które biegną dnem wąwozów, zwanych roklinami. Umożliwia to system metalowych ułatwień, mostków, kładek i schodków, które w najbardziej newralgicznych miejscach, wymagają od turysty ciągłego skupienia i uwagi. Zmęczyć raczej nie ma się gdzie, przynajmniej fizycznie. Natomiast mentalnie, trzeba być przygotowanym na prawdziwy rollercoaster emocji. Słowacki Raj to zdecydowanie nie jest miejsce dla małych dzieci lub osób z lękiem wysokości (niektóre drabiny dochodzą do kilkunastu metrów wysokości!). Jeśli wziąć pod uwagę dużą wilgoć i nieustanne balansowanie na krawędzi rwących potoków i wodospadów, to o wypadek naprawdę nie trudno.

Tym bardziej niezrozumiałe są dla mnie intencje opiekunów, którzy prowadzą tu kilkudziesięcioosobowe wycieczki dzieci, które nie ukończyły 10 lat… Przy ładnej pogodzie, w pełni sezonu, bywa tu tłoczno, gwarno i parno. Czasami czeka się po kilkanaście minut, aż składający się z rozkrzyczanych i rozwydrzonych dzieciaków korek wreszcie się rozładuje. Na szczęście większość  tras jest jednokierunkowa, co sprzyja bezpieczeństwu. A z tym naprawdę nie ma tutaj żartów.

Ze względu na ulokowanie najciekawszych wąwozów na północy parku, najlepszym punktem wypadowym do penetracji wąwozów są leżące w tej części regionu Spiskie Tomaszowice lub miejscowość Hrabusice. Na jej skraju znajduje się turystyczny Podlesok, w którym jest kilkanaście kampingów, turystyczne chaty, pensjonaty oraz restauracje. Nasza baza wypadowa znalazła się właśnie w tej miejscowości.

Dzień 1: Wąwóz Piecky

Wejście do wąwozu znajduje się na końcu wioski Pila, skąd rozpoczyna się szlak żółty. Początkowo trakt jest bardzo łagodny i prowadzi dnem żwirowego potoku, w którym leniwie płynie woda. Nic nie zwiastuje czekających wkrótce atrakcji. Tym większy jest szok, gdy nagle drogę zagradza wysoka na kilkanaście metrów ściana skał, z której spada kaskada Wielkiego Wodospadu.
Początek szlaku nie zapowiada czyhających za zakrętem niespodzianek…
Do zbocza ściany przyczepiona jest kilkunastometrowa, żelazna drabinka. Praktycznie prostopadła do powierzchni… Żeby kontynuować dalszą wędrówkę trzeba się na nią wdrapać. I chociaż miałem okazję być już w kilku bardziej eksponowanych miejscach, to trzeba przyznać, że jej specyficzne ułożenie i długość, sprawiają, że ta wspinaczka mocno zapadła mi w pamięć. Miesiąc po naszym pobycie, dokładnie w tym miejscu, spadł z drabinki Polak, którego z urazem głowy odwieziono do szpitala. Kroki trzeba tu stawiać naprawdę rozważnie.
 Drabinka nad Wielkim Wodospadem. Długo pamięta się to miejsce…

Po wdrapaniu się na poziom skał robi się znacznie ciekawiej. Wąskie przejścia skalne, drewniane kładki, drążące skały potoki, dwa kolejne wodospady… Piecky to typowa dla tego regionu trasa. Samo przejście wąwozem nie powinno zająć więcej niż 2 godziny. 

Odpocząć można na malowniczej Małej Polanie. To jedno z niewielu miejsc w tych górach, gdzie faktycznie widzimy… góry. Większość czasu spędza się bowiem przeciskając między skałami lub chodząc po lesie. Tutaj można sięgnąć wzrokiem trochę dalej, niż za najbliższy kamień.

Dzień 2: Sucha Bela

Dnem wąwozu prowadzi szlak zielony, rozpoczynający się w miejscowości Podlesok. Trasa przez znaczną część prowadzi roklinami, oferując doznania typowe dla przejść kotlinami. Dużo skał, malowniczych przesmyków, wapiennych łuków i szczelin. Przede wszystkim jednak znaczna ilość wodospadów, które malowniczymi kaskadami spływają z drążonych przez wodę ścian.
W przeciwieństwie do Wąwozu Piecky, trasa dość szybko przybiera „turystyczny” charakter, a przejścia na metalowych mostkach i siatkach są znacznie dłuższe. W wąwozie nie ma pionowych drabin, które sprawiają, że nogi nie chcą ruszyć z miejsca, co nie znaczy, że nie czeka na nas wspinaczka. Odcinki są po prostu bardziej płaskie i podzielone na tarasowe fragmenty.
Wadą tego pięknego miejsca są z pewnością tłumy zwiedzających, wśród których dominują szkolne wycieczki. Wąwóz leży w bezpośrednim sąsiedztwie campingów Podlesok i stąd bierze się jego olbrzymia popularność. Na innych trasach kontakt z naturą przyjmuje bardziej intymny charakter.

Dzień 3: Wielki Sokol – Przełom Hornadu

 
Wyczerpująca i z pewnością najbardziej zróżnicowana trasa, jaką mieliśmy okazję przejść podczas wypadu. Na początek najdłuższy wąwóz Słowackiego Raju, następnie panoramy na Tatry i najlepszy punkt widokowy w Parku, na koniec jedna z wizytówek regionu – trasa prowadząca przełomem Hronadu, na wbitych w skałę metalowych schodkach. Ale po kolei..
Ściany wąwozu Wielki Sokol


Na trasę weszliśmy przy leśniczówce Sokol znajdującej się na zachodnich obrzeżach parku. Startuje tu szlak żółty, prowadzący dnem wąwozu Wielki Sokol. W przeciwieństwie do innych kotlin znajdujących się w parku, tu wędrujemy wśród wysokich, pionowych ścian, które wyznaczają korytarz doliny. Miejscami ich wysokość dochodzi nawet do 300 metrów! Przestrzeni jest więcej i znacznie częściej zadziera się głowę w górę. W czasie wędrówki ma się wrażenie pierwotnego charakteru tego miejsca, nietkniętego przez komercję i tłumy turystów. Oczywiście nie zabraknie przechodzenia przez zwalone pnie, niewielkie wodospady i drewniane mostki, które są rozpoznawczym elementem tras w Słowackim Raju.

Ostrożność należy zachować szczególnie w trakcie opadów deszczu. Wtedy omszałe pnie,  zbutwiałe mostki i wyślizgane metalowe barierki, robią się szczególnie niebezpieczne. Właśnie z tej przyczyny musieliśmy zmienić pierwotną trasę i zrezygnować z przejścia Wąwozem Kysel¸ wybierając wędrówkę leśnym duktem. Przejście Glacką Cestą i szlakiem czerwonym doprowadziło nas do Klasztorzyska – rozległej polany w centrum parku.

Znajduje się tu węzeł szlaków turystycznych, jedyne w okolicy schronisko turystyczne i ruiny klasztoru Kartuzów z XIII/XIV wieku (obecnie w rekonstrukcji). W ośrodku można zjeść coś ciepłego i przenocować. Polana to ciekawy punkt widokowy i idealne miejsce na rozprostowanie kości. Roztaczają się stąd widoki na Tatry Wysokie i okoliczne szczyty. W kilkadziesiąt minut można też dojść do jednej z najciekawszych tras w Słowackim Raju.

 Wysokie Tatry z polany Klasztorzysko
Przełom Hornadu to 16 kilometrowy odcinek, na którym rzeka przebija się przez skały Słowackiego Raju, tworząc doliny o charakterze kanionów, których ściany dochodzą miejscami do 300 metrów wysokości. To właśnie w ich zbocza są wbite metalowe mostki i schodki, którymi prowadzi szlak.
Przez większość drogi poruszamy się więc bezpośrednio nad powierzchnią rzeką, chodząc po metalowych kładkach! Adrenalina rośnie szczególnie w miejscach gdzie w łańcuchy wgryza się rdza, a kładki kolebią się na wszystkie strony, wydając zgrzyty niezadowolenia. Emocje gwarantowane!
Mniej więcej w 2/3 długości szlaku niebieskiego warto przejść mostem na drugi brzeg rzeki i dalej kontynuować wędrówkę szlakiem żółtym. Po kilkunastu minutach ostrego podejścia, trasa doprowadzi nas do skalnej galerii, z której roztacza się widok na Przełom Hornadu, okoliczne wzgórza i Tatry Wysokie. Tomasovsky vyhlad to płaska, jak stół skała, która opada pionową ścianą w dolinę rzeki. Podejście do kilkudziesięciometrowego urwiska, które nie jest zabezpieczone żadnymi linami, wyłącznie dla „orłów”.
 
 Tomasovsky vyhlad
 

 

1 Comment

Leave a Reply