Murańska Planina – Zamek Murań i okolice dzień 2

Żeby nie powtarzać monotonnej wędrówki asfaltem, na drugą trasę postanowiliśmy podjechać samochodem. Punktem wyjścia stała się miejscowość Murańska Huta, zaś miejscem docelowym Murań, wieś od której wzięła się nazwa całej Planiny. Na pobliskim wzgórzu Ciganka (935 m n.p.m.) znajdował się kiedyś jeden z najwyżej położonych i największych średniowiecznych zamków na Słowacji. Zwiedzenie ruin, które po nim zostały, wydało się dobrym pretekstem do wyboru trasy.
Kiedy zobaczyłem strumień płynący centralnie przez szlak, którym zaczęliśmy wspinać się po opuszczeniu Murańskiej Huty, przypomniał mi się wczorajszy dzień. Buty ledwo zdążyły przeschnąć, a tu znowu zanosiło się na wodowanie. Na szczęście obyło się bez powtórnego zanurzenia. Po chwili ostukiwaliśmy już obuwie na równiutkim asfalcie, po którym prowadził szlak pieszy i rowerowy.
Niewielki wodospad przy wejściu na szlak czerwony w Murańskiej Hucie

 

Widząc taką trasę, znowu zatęskniłem za dwoma kółkami. Miejsce idealne, żeby wsłuchać się w szum gum. Wijąca się ścieżka, łagodne zbocza otaczające dolinę, słoneczna pogoda. Nic tylko pedałować.
I jak tu nie myśleć o rowerze… Takie drogi są przygotowane dla cyklistów w całym parku. Rowerowy raj.

Piętnaście minut później wychodzimy z lasu porastającego pobocza ścieżki i wychodzimy na rozległą polanę. To Velka Luka, miejsce, w którym znajduje się hodowla rasy Norik Murański. Białe budynki gospodarstwa kontrastują z żywą zielenią i wypogodzonym po wczorajszych deszczach niebem. Łagodne zbocza Planiny tulą się do zabudowań. To jedno z tych miejsc, o których myślisz sobie, że móc tu zamieszkać byłoby spełnieniem. Tylko czy wtedy wydawałoby się takie wyjątkowe?

Z pewnością wyjątkowe są słowackie słodycze, które pochłaniamy na postoju, który robimy sobie przy turystycznej wiacie na końcu dolinki. Majowe słońce odbija się od laminowanej mapy, wskazując kierunek wędrówki. Przed wejściem na zamek planujemy podejść na punkt widokowy na stokach Południcy, która wyrasta za naszymi plecami. Biorąc pod uwagę jej pionowe, porośnięte lasem wapienne ściany, widok może być warty dodatkowej godziny marszu.

Niestety nie jest… Z prostej przyczyny. Vychledka, która zaznaczona była na dwóch mapach nie dała się zlokalizować, chowając gdzieś po krzakach. Cóż, nie pierwszy to i nie ostatni raz gdy szlak okazuje się sprytniejszy od turysty i robi go w pętle.

Drzewka przy wiacie u wylotu Wielkiej Luki

 

Wkrótce wracamy pod opisaną wcześniej wiatę i już bez straty zbędnego czasu zaczynamy wspinać się żółtym szlakiem na zamek. Mojej uwadze nie umyka konkurencyjna droga dla rowerzystów. Znowu równy, wijący się asfalt. Można dojechać nim pod same drzwi Chaty Zamok.

Ale o niej później. Najpierw zamek.
Odrestaurowana brama wejściowa zamku

Z oryginalnej zabudowy nie zostało wiele. Jednak to, co widać i czuć pod butami, świadczy o skali technicznej przedsięwzięcia. Budowla musiała być naprawdę ogromna. Najpotężniejsza w całym Gemerze. Obszar, na którym rozrzucone są mury, robi wrażenie.

Dawny dziedziniec zamkowy porastają dzisiaj  dorodne drzewa…

Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z 1271 roku. W XV wieku zajęli go Husyci pod wodzą słynnego rycerza Jana Jiskry, a następnie król Maciej Korwin. Na przełomie XVI wieku twierdza stała się siedzibą raubiterów, by w siedemnastym wieku dostać się w ręce węgierskiego rodu Szèchy. Najbardziej znaną właścicielką była pochodząca z tego rodu Maria Szèchy, której uroda i inteligencja przyczyniły się do nadania jej przydomku „Murańska Wenus”.

Upadek twierdzy zaczął się w 1702 r. kiedy wielki pożar strawił większość sal. Odbudowę twierdzy wstrzymał drugi pożar, który wybuchł 60 lat później. Ostatnim mieszkańcem zamku był emerytowany 84- letni wojskowy…
Jednak to nie historia, a położenie twierdzy, zasługuje na uwagę. Kiedy wdrapujemy się na odrestaurowaną wieżę zamku, zaczynam rozumieć skąd bierze się popularność tego miejsca (a kiedy piszę o popularności, to mam na myśli 5 turystów na godzinę… bo właśnie tylu zwiedzających spotkaliśmy w tym wyjątkowym miejscu. W Polsce liczba bliższa byłaby raczej cyfry 550…).
Panorama 180 stopni na Murańską Planinę i Stolickie Vrchy, jest warta każdych odcisków. Potężny wał wapiennych skał porośniętych lasem nie do końca odzwierciedlają zdjęcia z mojego marnego aparaciku, jednak gdybym miał wybrać najlepszy widok wypadu, to zdecydowanie wskazuję na ten, który roztacza się ze wzgórza Ciganka.
Murański klasyk…
Widok z wieży zamku. Po lewej Murańska Planina, po prawej Stolickie Vrchy
Czas nagli, a do samochodu jeszcze około 2 h. Gulasz z jelenia, reklamowany na wywieszce przed chatą, brzmi apetycznie. Cena 3,50 €, brzmi jeszcze lepiej. Jednak kiedy składamy zamówienie mam wątpliwości czy aby nie dostaniemy koniny w sreberku z mikrofali… Pani zachowuje się jakbyśmy sprawiali kłopot. Że niby trzeba czekać,  że dopiero musi przygotować, że odrywamy ją od pracy, że nie ma już knedli i tylko z chlebem… Wreszcie daje się przekonać błagalnej symfonii naszych kiszek. Kłopoty z zamówieniem jedzenia potwierdzają teorię, że turyści są tu równie rzadcy jak brak kolejki na Kasprowy.
Po wcale nie długiej chwili, na stole lądują soczyste kawałki mięsa w sosie własnym. Ale co jest na wierzchu? Słodka śmietana z tubki? To nie może być prawda! Czyżby potwierdziły się wcześniejsze przewidywania na temat fast foodu? Nie, Człowieku małej wiary! To najprawdziwsza, wyrosła na murańskich lasach dziczyzna. Najlepszy posiłek całego wypadu. Jeleń w gębie!
Tylko dlaczego tak mało…
Jelonek, jak się patrzy…

Przed rozstaniem z naszą kulinarną dobrodziejką dopytuję jeszcze o warunki noclegowe w chacie. Budynek jest bardzo klimatyczny, przypomina dużą leśniczówkę w bawarskim stylu, tyle że mocno zaniedbaną. Okazuje się, że właśnie trwa remont i wnętrza są odnawiane (stąd niezadowolenie przy składaniu zamówienia, oderwaliśmy kobiecinę od obowiązków…). Do dyspozycji turystów jest wspólna sala na 8 miejsc. Płaci się 40 € za całość. W zimę dodatkowa opłata pobierana jest za opał – trzeba samemu rozpalić. Przyszłościowa perspektywa na noclegi w tym regionie…

Chata Zamok – piękne zaniedbane miejsce…
Tymczasem najpierw trzeba zejść z gór. Prowadzi nas żółty szlak biegnący wzdłuż wapiennego masywu Šiance. Leśna droga lawiruje zboczem, od czasu do czasu dostarczając widoków na szare skały wznoszące się nad poziom drzew. Kilka razy przekraczamy rumowiska wapiennych skał. Niektóre miejsca przywołują wspomnienia z rumuńskich szlaków Piatra Craiului. Pionowa skała, a pod nią tysiące kamieni, wzdłuż których prowadzi ścieżka. Kolejna odmiana na szlaku. Magia gór, w których za każdym drzewem czai się coś innego, nigdy mi się nie znudzi.
Skalne rumowisko przy Tesnej skale

Po dojściu do głównej ulicy, przejście nawet krótkiego odcinku asfaltem wydaje się profanacją. Po co psuć sobie wrażenie…

Pierwszy z przejeżdżających samochodów okazuje się mieć polskie blachy. Ładujemy się na tyły vana. Dwa rowery kołyszące się na prowadnicach stają się pretekstem do nakręcenia rozmowy. Nie sposób nie zareklamować Murańskiej Planiny miłośnikom dwóch kółek. Ja już wiem, że kolejny wypad w ten region będzie miał właśnie taki charakter…

Be first to comment