Kralova Hola – Niżne Tatry

Długi na 137,5 metrów maszt widać z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Jeśli dodać do niego wysokość góry, na której stoi (1946 m), wychodzi na to, że Kralova Hola, od której wzięła się nazwa wschodniej części Niżnych Tatr, wyprzedza najwyższy w całym paśmie Dumbier o 40 metrów. Przynajmniej w teorii…
Fot: Rav
 
 
Według legendy nazwa szczytu wywodzi się od węgierskiego króla Marcina Korwina, który był pod wielkim wrażeniem tutejszej przyrody i uwielbiał polować w tym regionie. Obok Krywania, jest to druga góra narodowa Słowaków. Jej piękno opiewa m.in znana w całym kraju piosenka Na Kralovej Holi, której słowa miał napisać šumiacky żołnierz postrzelony podczas walk na froncie rosyjskim, kiedy zrozumiał, że najprawdopodobniej już nigdy nie ujrzy domu.
Góra jest ważnym punktem triangulacyjnym i źródłowym. Spod szczytu wypływają najważniejsze rzeki Słowacji: Hornad, Hnlica, Czarny Wag, który po połączeniu z białym zamienia się w największą rzekę kraju, oraz Hron, od którego wzięła się nazwa regionu Horehronie.
Na szczyt prowadzi kilka znakowanych szlaków. Od północy zielony z Liptovskiej Teplicky, od południa czerwony i zielony z Telegartu, oraz niebieski z miejscowości Sumiac. Wejście szlakami południowymi zajmuje około 3 – 3,5 godziny. Szczególnie atrakcyjny wydaje się szlak zielony z Telegartu, który prowadzi przez malowniczą Kralovą Skałę (1690 m n.p.m).
My wchodziliśmy szlakiem niebieskim, który trawersuje kamienną drogę prowadzącą do nadajnika. Droga (na szczęście!) nie jest dostępna dla samochodów, ale można nią wjechać rowerem (ała!). Podejście jest dosyć zacne, bo ma aż 1000 metrów przewyższenia; jednak nie jest trudne technicznie.
 
Wejście na szlak znajduje się przy centralnym placu miejscowości. Początkowo prowadzi przez niewielką polankę, by wkrótce zniknąć w lesie i od czasu do czasu przeciąć drogę wjazdową do stacji. Aż do Prednego sedla (1451 m n.p.m.) panoramy chowają się za drzewami, ale już wkrótce po opuszczeniu przełęczy ukazuje się cel wędrówki – wieża przekaźnikowa i bryła budynku przyklejone do szczytu.

 

Chociaż nie jestem miłośnikiem socrealizmu, a już z pewnością nie w górach, to trzeba przyznać, że stacja ma swój specyficzny, schizofreniczno-niepokojący klimat. Wygląda jak futurystyczna budowla z filmów Tarkowskiego. Jeśli dodamy jeszcze do tego zasłonę z chmur, która towarzyszyła nam tego dnia i tatrzańskie łąki w kolorze sepii, to nie trzeba nawet uruchamiać postprodukcji. Scenografia do postapokaliptycznego filmu gotowa.
 Wierzchołek Kralovej Holi z tabliczkami szlaków i pomnikiem partyzantów
W stacji ponoć można przekimać na glebie w małym przedsionku, ale wokół budynku ani w środku  nie zauważyłem  oznak życia. Podczas naszego pobytu wszystko było pozamykane na głucho i wyglądało, jakby nikt  nie zaglądał tu od postawienia budowli w 1960 roku.
Kralova Hola to świetny punkt widokowy. Panorama sięga 50-60 kilometrów i obejmuje kilkanaście grup górskich środkowej i wschodniej Słowacji. Przynajmniej tak twierdzą przewodniki i szczęśliwcy, którzy mieli okazję wspinać się podczas słonecznego dnia. Nam pozostało jedynie schronienie się przed wiatrem za masywnymi ścianami budynku i wpatrywanie się w mgiełkę chmurek, za którymi pochowały się Tatry.
 Fot: Rav i Szczypior
Na pocieszenie pozostała przestrzeń niżno-tatrzańskich grzbietów. Na zdecydowanej długości między Karlovą Holą a Andrejcovą (1519 m n.p.m.), z której schodziliśmy, grań przypomina połoniny Bieszczad. Podejrzewam, że jesienią, gdy trawy nasycą się już słońcem, a na zboczach czerwienieją brusznice, widoki muszą zapadać w pamięć.
Jeśli dodać do tego polodowcowe kotły, które stanowią nieodzowny element krajobrazu i zgrupowania omszałych skał, wędrówka nabiera wyjątkowego charakteru. Na szczególną uwagę zasługuje majestatyczny, opadający długim zboczem kocioł Strendej Holi. Podobieństwo do Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach zdradza rękę tego samego artysty.
 W górach człowiek wydaje się taki malutki…

Ciekawie prezentuje się również Orlova (1840 m n.p.m.), na której kamiennym wierzchołku  ustawiono słowacki, dwuramienny krzyż. Pomiędzy skałkami Bartkovej warto rozglądać się natomiast za świstakami. Nam udało wypatrzeć się matkę z potomstwem.

 Wierzchołek Orlovej z charakterystycznym krzyżem
Przejście tego odcinka grani zajmuje około 3 godziny. Różnice poziomów nie są zbyt wielkie, co sprawia, że wędruje się głównie po płaskim. Jest dziko i pierwotnie. Tylko szczyty, cisza i przestrzeń. 100% gór w górach, bez konserwantów i dodatków w postaci tłumu turystów. Najlepsza odtrutka na bylejakość blokowiska.
Po więcej zieleni i kolorytu zapraszam na Murańską Planinę. Zrobiliśmy tam ledwie dwie trasy, ale wystarczyło, żebym chciał  zapuścić korzenie na dłużej i wrócić kiedyś w te okolice…

1 Comment

  • Très beau notre Rémi !!!Entre notre grande qui a des facilités à la carabine et Rémi, personne ne nous ennuiera !!! Nous serons respectés !)Bisous,Lulu !

Leave a Reply