Równica zimą

Mieszkanie w centrum dwumilionowej aglomeracji ma swoje plusy. Oprócz pastelowej architektury, zakwitających psimi kupkami trawników i powstających jak grzyby po deszczu centrów handlowych, zadbano również o odpowiednią sieć dróg. Dzięki nim w przeciągu godziny można zamienić kopalniane hałdy i szyby na beskidzkie stoki. A kiedy człowiek wygłodzony i długo bez gór wytrzymać nie może, to z utęsknieniem wertuje przewodnik i szuka miejsc, którym z zimą do twarzy. Nic nie obrzydza bowiem tej pięknej pory roku bardziej, niż jej uboga, pełna śmieci, odsłaniających się w jezdni dziur i kałuż, miejska wersja. Tymczasem na przykład na takiej Równicy, o tej porze roku ciągle pięknie.
A różnie to bywa, ponieważ przez większość roku krajobraz tego niewysokiego szczytu zawłaszczają turyści. Ze względu na łatwy dostęp, asfaltową nitkę drogi i bliskość uzdrowiskowej miejscowości, często bywa tu tłoczno. Niestety takie już uroki miast w typie Bielska, Żywca czy właśnie Ustronia. Ich zaletą – o którą jak łatwo się domyślić jestem cholernie zazdrosny – jest bezpośrednie sąsiedztwo Beskidów. Mieszkańcy ledwie przekroczą próg już są w górach. Jeszcze nie wsiądą na rower a już mają pod górkę. Tymczasem lokatorom bardziej zurbanizowanych terenów pozostają weekendy…
Kamień Ewangelików – miejsce w którym w XVII i XVIII wieku ewangelicy odprawiali msze
Ten weekend nawet nie był specjalnie planowany. Jakoś tak samo nogi poniosło. Oczywiście pod górkę. A zbocza choć nie wysokie, bo Równica ma przecież ledwie 885 m. n.p.m., to całkiem wymagające. Głównie ze względu na zmrożony, zapadający się miejscami śnieg, pod którym gdzieniegdzie zaczęła sączyć się już wiosenna wilgoć. Jednak w wyższych partiach, zima ciągle w pełnej, i co tu dużo szukać porównań, robiącej na mieszczuchu wrażenie, krasie. I choć wędrując szlakiem czerwonym z Ustronia Zawodzia widoków na szczyty nie ma zbyt wiele, bo praktycznie cały czas idzie się lasem, to oszronione drzewa, co rusz kokietują śnieżną kreacją.
 Na samym szczycie pustki. Większość turystów dochodzi/dojeżdża wyłącznie do znajdującej się u podnóża góralskiej karczmy, skąd roztacza się panorama na okoliczne wzgórza Beskidu Śląskiego: Czantorię Małą i Wielką, Skrzyczne, Baranią Górę. Tymczasem szlak żółty prowadzący na Równicę, nieprzedeptany i chowający się pod zaspami śniegu. O wierzchołku świadczy tylko wystający z ziemi punkt pomiarowy. Tabliczki potwierdzającej wysokość brak.
W schronisku PTTK też pustki. Martwy sezon. Zima w odwrocie, wiosna jeszcze nie wybudziła się ze snu.  Ale to dobry moment by odwiedzić to miejsce. W sezonie bywa tłoczno. Przynajmniej tak było jakieś 8 lat temu, gdy byłem tu ostatni raz. Sympatycznego wnętrza z kominkiem, wygodną sofą i bujanym konikiem zupełnie nie pamiętam. Za to ceny wydają się znajome. 10 złotych za syty żurek lub aromatyczne flaczki wydają się jeszcze w miarę uzasadnioną ceną, ale 25-30 złotych za drugie danie, każe zastanowić się nad gościnnością gospodarzy.
A zapowiadało się tak pięknie. Cesaria Evora z głośników, ogień strzelający w kominku, przytulne wnętrze. Może chociaż ceny noclegów są rozsądne? Biorąc pod uwagę łatwy wjazd rowerem zaczynamy rozważać taką wiosenną wersję wycieczki. 40 zł za dwójkę każe przemyśleć pomysł. Ostatecznie rozwiewa go poziom sanitariatów. Schronisko PTTK na Równicy raczej nie zachęca do dłuższego pobytu. Po smacznej zupie, nic nas tu już nie zatrzymuje. Wypada tylko pożegnać się zimą na rok i wyczekiwać wiosny…

Be first to comment