Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd: recenzja

Ile kilometrów miała wasza najdłuższa podróż rowerowa? Sto? pięćset? tysiąc? pięć tysięcy?… Ile dni z rzędu dosiadaliście dwukołowca? Dwa dni? tydzień? miesiąc? pół roku?… Nie ważne ile. Nie ważne jak długo. Nie ważne gdzie. Cztery litery zawsze bolą tak samo. Sakwy zawsze ciążą. Nocleg zawsze znajduje się w ostatniej chwili. A przeżycia zawsze oszołamiają i wracają wspomnieniami. Nieprawdaż?
A teraz pomnóżcie wspomnienia przez sto. Napompujcie bez granic. Popuścicie wodze fantazji, wrzućcie przerzutkę na najwyższe przełożenie i rozpędźcie się w marzeniach do granic wyobraźni. Śmiało, z górki, bez ograniczeń. Zero zobowiązań, zero problemów z urlopem i funduszami…
Wyobraźcie sobie, że wsiadacie na rower i nie schodzicie z niego przez pięć długich lat. Czujecie siodełko? Widzicie to? Dzień w dzień setki kilometrów. Tylko wy, szum gum i mijający krajobraz. Mało? Okej, w takim razie wyobraźcie sobie, że są lata 30-te XX wieku, a wy przemierzacie kolonialną Afrykę na rozklekotanym, siedmioletnim rowerze. Bez grosza w kieszeni, bez wsparcia sponsorów i profesjonalnego sprzętu. Z północy na południe. Z Trypolisu do Kairu, z Kairu do Kapsztadu. I jeszcze raz. Z powrotem. Z południa na północ. Przez piaski Sahary, wzdłuż Nilu, przez podzwrotnikową dżunglę, przez tereny dzikich plemion, przez łańcuchy górskie, przez wezbrane wody górskich strumieni. Rowerem, konno, piechotą, łodzią, na wielbłądzie – 40 tysięcy kilometrów, czternaście granic państwowych.
(Wszystkie zdjęcia w poście Kazimierz Nowak, źródło  http://www.kazimierznowak.pl)
 
Brzmi nieprawdopodobnie? Jak bajka? Tak. Do tej pory nikt tego nie dokonał. Nikt nie przemierzył Afryki z północy na południe, i z powrotem o własnych siłach. Nikt za wyjątkiem Kazimierza Nowaka. Skromnego urzędnika biurowego i korespondenta prasowego z Poznania, który miał nie tylko wyobraźnię, ale i wolę (… naprawdę musiała być ze stali).

Tropikalne choroby, wszędobylskie insekty, dzikie zwierzęta, woda, której nie tknąłby współczesny człowiek, bandyci, plemienne konflikty, kolonialna biurokracja, ulewne deszcze na przemian z palącym słońcem, przymieranie głodem, brak funduszy i sprzętu… Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Nowaku, myślałem, że ktoś się pomylił, że coś tu jest nie tak. Jeden facet? Bez pieniędzy? Cała Afryka? Nieeee, nie ma szans, to niemożliwe. Dlaczego się o nim nie mówi? Dlaczego nie nazywa się jego imieniem szkół? Nie kręci filmów? Dlaczego nikt nie wspominał o nim na geografii? Livingstone, Rhodes, Stanley – te nazwiska zna przecież każdy licealista. Nowak? Nie, nie kojarzę… To twój sąsiad?

A przecież ta historia wydarzyła się naprawdę. Pewnego dnia Kazimierz Nowak po prostu wsiadł na rower, pojechał na stację kolejową, dotarł do Włoch, przepłynął Morze Śródziemne i wylądował w Trypolisie. W nieznane gnały go nie tylko marzenia ale i szara rzeczywistość. Reportażami i zdjęciami z afrykańskiej podróży chciał zarobić na chleb dla rodziny. Przez pięć lat, dzień za dniem przedzierał się przez afrykańską głuszę, a wieczorami spisywał swoje przeżycia i przesyłał do kraju.
 
Trasa podróży Nowaka
(źrodło: http://www.kazimierznowak.pl)
 
Gdy po trzech latach dotarł do Przylądka Igielnego w Południowej Afryce postanowił, że to nie koniec. Odmówił Anglikom, którzy za darmo chcieli wysłać go z powrotem do Polski, wybrał samotną drogę. Znowu. Do przodu pchała go narastająca tęsknota za domem i bliskimi. Wreszcie w listopadzie 1936 roku, na przekór podupadłemu zdrowiu i przeciwnościom, osiągnął cel swojej podróży – Algier.

Nie długo cieszył się sławą podróżnika. Zmarł niespełna rok po powrocie do kraju, mając 40 lat. Wycieńczony tysiącami kilometrów i atakami malarii organizm, nie był w stanie dłużej walczyć. Nowak nie zdążył zrealizować swojego kolejnego marzenia – podróży po Indiach i Azji południowo-wschodniej. Wkrótce prasa zapomniała o jego dokonaniach. Relacje z podróży przykrył kurz. Długo, długo, nikt o nich nie pamiętał. O rowerzyście wiedzieli nieliczni. Do czasu kiedy w 2000 roku wydawnictwo Sorus zebrało jego afrykańskie korespondencje w jeden tom.

Podróżnicze dokonania Nowaka i niepowtarzalny styl literacki docenił sam Ryszard Kapuściński zaliczając książkę do klasyki polskiego reportażu. Powoli, powoli, świat zaczął przypominać sobie o wielkim podróżniku. Rok temu jego śladami wyruszyła międzynarodowa sztafeta rowerowa. Projekt Afryka Nowaka sprawił, że o polskim cykliście znowu zrobiło się głośno. Jego imieniem wreszcie nazywa się szkoły.  I słusznie.
Obok dokonań tego skromnego człowieka nie sposób przejść obojętnie. To, co udało mu się osiągnąć, wymyka się klasyfikacji. Mając na uwadze sprzęt, którym dysponował, praktycznie zerowe fundusze i specyfikę czasów, w których żył, jego osiągnięcia nabierają zupełnie innego znaczenia.

Nowaka wyróżnia nie tylko sposób podróżowania, ale i obiektywne spojrzenie na kolonialną Afrykę. Przejrzysty, lecz nie pozbawiony literackich porównań styl w centrum opowieści zawsze stawia kontynent i jego mieszkańców. Ludzi niezależnych, barwnych, dumnych. W taki sposób nie pisał wówczas żaden biały podróżnik. W tych relacjach nie ma fałszywej dumy, puszenia się, oceniających emocji. Tylko opis codzienności i własnych przeżyć.

Jakże trudno było w tamtych czasach pisać w ten sposób? Jakże trudno było zachować obiektywizm żyjąc w świecie uznającym supremację białych. Szczególnie w Afryce. Szczególnie tam, gdzie Europejczyk był panem, a czarny sługą. Jemu się to udało. I właśnie to, a nie sama podróż, jest największą wartością tej książki. Mimo, że od jego podróży minęło ponad 70 lat, te reportaże nie straciły na aktualności. Otwarły drogę innym. Możemy być dumni, że spisał je Polak.
Nowak nie szczędzi słów krytyki kolonialnym mocarstwom, bez ogródek opisuje politykę białego człowieka, neguje sens europejskiej obecności w Afryce. Między wierszami możemy wyczytać jego zawstydzenie, obrzydzenie ekspansywną cywilizacją, konsumpcjonizmem i wygodami współczesnego świata. Może właśnie dlatego ze strony państwa polskiego spotkało go tak małe wsparcie. Może właśnie dlatego tak szybko o nim zapomniano.
Jego obserwacje i przewidywania nabierają kształtów dopiero trzydzieści, czterdzieści lat później. W swoich reportażach opisuje je, jego bardziej znany rodak – Kapuściński. Afryka wyzwoliła się spod jarzma. Nie miała innego wyjścia, musiała. Kolonialna polityka okazała się słabsza, niż mogło się wydawać. Biały człowiek, nie przyniósł Afryce cywilizacji, lecz cierpienie i wyzysk. Wreszcie ktoś musiał powiedzieć dość.

 

Można się zastanawiać nad celem tej podróży, sensem poświęcenia wszystkiego dla marzeń. Rozłąką z rodziną i przedwcześnie zakończonym życiem. Tyle tylko, że nie długość lecz jego intensywność ma znaczenie. Niektórzy szukają siebie przez dziesiątki lat. Niektórzy w ogóle nie podejmują próby, żyjąc życiem innych. Egzystując, zdradzając własne ideały. Nowak miał odwagę pozostać im wierny. Wystarczyło mu pięć lat by poznać siebie. To czego dowiedział się o człowieku, możemy wyczytać z tej książki.
Klasyka reportażu. Wspomnienia, które trzeba poznać. Inspiracja do działania. Podróż – której, przykro mi to pisać – nie powtórzy nikt z nas. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto ma odwagę spoglądać za horyzont.

TYTUŁ: Rowerem i pieszo przez Czarny ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936
(wydanie szóste – do plecaka)
WYDAWNICTWO: Sorus, Poznań
OPRACOWANIE: Łukasz Wierzbicki
LICZBA STRON: 405

 

2 komentarze

  • Odpowiedz Październik 30, 2013

    Mateusz

    Świetna książka, czytałem z zapartym tchem. Słusznie wyjaśnia co to jest _determinacja_.

    PS. Bardzo poczytny blog – dodaję do RSS 🙂

    • Odpowiedz Październik 30, 2013

      Czubaka

      Postać Nowaka to w ogóle fenomen. Dobrze, że odkryto go na nowo i coraz więcej się o nim pisze / mówi. Mam ogromny szacunek do tego człowieka.
      PS. Witam na pokładzie i zapraszam do czytania 😉

Leave a Reply