Pocztówka z Lwowa

Lwów to jedno z tych wyjątkowych miast, które przyciągają turystów jak magnes. Szczególnie lgną do niego turyści z kraju nad Wisłą. Dla Polaków to miejsce szczególne. Pełne historii, wspomnień i tęsknoty za utraconą wielokulturowością. Każdy z podróżujących na wschód rodaków prędzej czy później zatrzyma się tu chociaż na chwilkę, na momencik. Bo Lwów, to przystanek wart rozważenia. I rozmarzenia.

W końcu nie ma jak we Lwowie…
Każdy wróci z pamięcią pełną wspomnień. I nie chodzi tylko o zabytki…
Gdzie śpiewem cię tulą i budzą ze snu…
Na rynku, tuż obok fontanny Diany jest taka mała knajpka na otwartym powietrzu. Zaraz obok niej, w letnie, pełne beztroski wieczory, lwowiacy rwą się do tańca. Tak, dosłownie. Wyrywają się na parkiet. Bez skrępowania i fałszywej skromności. Wychodzą na specjalnie przygotowaną scenę i tańczą. Tańczą salsę. Ale jak tańczą! Ciasno tu od emocji. Ciało ociera się o ciało. Krok w krok, takt w takt. Suną po tym drewnianym parkiecie, unoszą się nad powierzchnią, a ty siedzisz z otwartą gębą i czujesz się jakbyś znowu podpierał ściany na szkolnej dyskotece. Zerkasz tylko zazdrośnie (ale z podziwem!) i liczysz te wszystkie wesela, na których siedziałeś za stołem, darłeś się wniebogłosy „dzwoń, dzwoń, dzwoneczku!”, śpiewałeś „hej sokoły!” i zapijałeś toasty ukraińską wódką. A teraz nic ci z tej znajomości weselnego folkloru nie przychodzi. Bo lwowiacy wieczorami tańczą salsę! Ale jak tańczą! A jak wyglądają!

A panny to ma słodziutkie ten gród, jak sok, czekolada i miód…

Gdzie nie spojrzysz tam kobieta, która wie jak podkreślić swoją kobiecość. Nie żeby polskie kobiety nie potrafiły podkreślać swojej kobiecości. Ale tutaj jakoś to podkreślanie tej kobiecości, w tych warkoczach blond do pasa zaplecionych, w tych szpilkach o bruk stukających, w tych ustach karminem rozgrzanych, w tych oczach pełnych błękitu, w tych kreacjach kolanka odsłaniających, bardziej do wyobraźni przemawia. A przemawia językiem śpiewnym, melodyjnym, jakby prosto z przedwojennego słownika starannej polszczyzny zaczerpniętym. Toż nawet szanowny profesor Miodek z takim namaszczeniem języka ojczystego nie pielęgnuje. Takowych wycyzelowanych konstrukcji językowych nie używa. Toż ucho się raduje i serce rośnie, gdy na zamówienie w restauracji, kelnerka polszczyzną niczym z Pana Tadeusza odpowiada: Pan szanowny sobie życzy? Ten szyk, ta kultura, ten smak… Bo gdzież jeszcze indziej można kwasu chlebowego prosto z beczki skosztować? Pragnienie napojem niesłusznie na zapomnienie w ojczyźnie skazanym nasycić? Tylko we Lwowie!

Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze jak tu? I każdy ma uśmiech na twarzy

Pierwsi grają w szachy, drudzy wolą karty. Tutaj rządzą plotki, na tej ławce książki. Tu ktoś pajdę zjada tam dokarmia ptaszki. Prospekt Swobody, to tętniąca arteria miasta. Tu mieszkańcy krążą w poszukiwaniu odpoczynku, towarzystwa i rozrywki. Stąd mieszczanie rozchodzą się na rynek i okoliczne uliczki. Gdzie nie spojrzysz coś uwagę wabi. Tu mim złoty, groźną miną straszy. Gdy mu wrzucisz hrywnę zgrabnie podziękuje. Zaraz obok grajek swoje skrzypce stroi. Gdy poczekasz chwilkę rzewne nuty spod strun wyczaruje. Dwie uliczki dalej słodkie bajgle kuszą. Trzy uliczki dalej zapach kawy nęci.

I tak sobie chodzisz, chłoniesz klimat Lwowa. Wreszcie trafiasz w sedno, samo serce miasta. Rynek pełen ludzi, wszędzie coś się dzieje. Że niedziela właśnie pchli targ się rozkłada, drobiazgami kusi. Całe masy książek i winyli zdartych. Stosy pełne grafik i medali złotych. Polska tu klasyka od Henryka eS, obok ukraińskich dzieł o Stepanie Be. W jednym pudle leży dwóch bardów gitary: Okudżawa Bułat, Wysocki Władimir. Tuż obok na stosie Pugaczowa Ałła tuli się do Miecia Fogga. Na jednym z medali polski orzeł biały obserwuje czujnie przywódcę Sojuzu. Zerka Lenin srogo na orła w koronie, nie może zrozumieć, jak wśród gwiazd czerwonych, ciągle się uchował. A to Lwów jest właśnie. Miasto pełne nacji.

Możliwe że więcej ładniejszych jest miast, lecz Lwów jest jedyny na świecie…
Widać to w budynkach, na pomnikach, w nazwach. Mają to wymalowane na frontach, wykute w sylwetkach, wykaligrafowane na tabliczkach. Żyd, Polak, Rosjanin, Ukrainiec, Niemiec: obywatel Lwowa. Najbardziej można to odczuć na Cmentarzu Łyczakowskim. Wszyscy są tu równi. Zaklęci w kamień, przykryci marmurem. Maria Konopnicka, Artur Grottger, Iwan Franko, Gabriela Zapolska, generał Szeptycki, Lwowskie Orlęta… Leżą tutaj wszyscy. Ktoś powie co ciekawego w grobach? W zwiedzaniu nekropolii? Lecz jest tu jakiś klimat nieuchwytny, który nie pozwala zostać obojętnym. Powiew historii, co dreszczem skórę przeszywa. Kamienne pozostają tu tylko nagrobki. Nie emocje.

Bo Lwów to miasto żywe i barwne. Pełne odcieni i kultur. Gdzie nie spojrzeć, tam różnorodność. Pomnik Mickiewicza rzuca cień na postument Tarasa Szewczenki, kościół próbuje przebić się z dzwonami przez nawoływania cerkwi, secesja staje w architektoniczne szranki z renesansem, cyrylica przysłania dawne napisy łacińskie. Najlepiej spojrzeć na to miasto z Góry Zamkowej, tu widoki są rozległe. Pośród setek dachów kryją się zabytki: Opera, Katedra Ormiańska, Czarna Kamienica, Kaplica Boimów, Katedra Łacińska, Cerkiew Wołoska… Nie sposób wypatrzyć i zwiedzić ich wszystkich. Lepiej oddać się miejskiej sjeście.

Szczególnie po zmroku, gdy gaśnie dzień, spacer uliczkami dostarcza niezapomnianych wrażeń. Światło gra z historią w berka, ściga się po gzymsach i frontonach kamienic, wydobywając dodatkowe barwy i kształty. Teatr cieni pośród zabytków i wspomnień. Warto  wybrać się na ten spektakl. Każdego wieczoru aktorzy odgrywają inne przedstawienie.

 

I z niego wyjechać ta gdziesz ja bym mógł ta mamciu ta skarz mnie Bóg…

Gdy żegnasz się z Lwowem robi ci się tęskno. Nie o wyjazd chodzi, lecz o brak perspektyw. Trudno w sobie stłamsić myśl o polskim mieście. O źle wykreślonej granicy. Dopiero na dworcu zaczynasz rozumieć, co czuli lwowiacy, gdy zmienił się system. Z ukochanego miasta los rzucił ich w środek dawnej Rzeszy. Breslau, Gleiwitz, Beuthen – tak zwały się jeszcze do niedawna miejsca, w których zatrzymał się pociąg repatriantów. A Lwów? Cóż, na pożegnanie wypada mu pomachać ręką przez szybę marszrutki. Teraz, to on już Lvivem zwany. Nam pozostaje jedynie jak najczęściej bywać w tym ukraińskim mieście z bogatą przeszłością.

 Nie masz takiej ilości ludzi, która nie wejdzie do ukraińskiej marszrutki
Wiadomo… Nie ma jak we Lwowie!
PS.
Pocztówka z dwóch sierpniowych dni 2011… Zdjęcia me and Rav.

 

4 komentarze

  • Odpowiedz Luty 2, 2013

    Anonymous

    Masz rację nie ma jak Lwów i chętnie bym się tam jeszcze raz wybrała.
    Wspomnienia, wspomnienia …….

  • Odpowiedz Luty 3, 2013

    Czubaka

    🙂

  • Odpowiedz Luty 8, 2013

    poczytajka

    A ja troch nie na temat 🙂 Jak się robi te ramki z kilkoma zdjęciami?

  • Odpowiedz Luty 9, 2013

    Czubaka

    Ja używam darmowego programu do obróbki i edycji zdjęć: Pic Monkey (http://www.picmonkey.com/). Można go również zainstalować jako dodatek do przeglądarki Chrome, wtedy bez problemu edytuje się zrzuty ekranowe.

    Jedną z opcji jest właśnie kolaż zdjęć. Polecam 🙂

Leave a Reply