Czarnohora z chatki u Kuby, czyli w pogoni za Białym Słoniem – cz.2

POLOWANIE NA SŁONIA

Pierwsze podejście

Dzień wstaje pochmurny. I to nie tylko ze względu na wczorajsze bratanie. Plany wejścia na Popa Iwana przykrywa mgła zwątpienia. Kuba, niby dla żartów, rzuca że na szczyt możemy wjechać. Spalinowy potwór, który wcześniej „wypluł” nas wprost pod drzwiami chatki, teraz może wwieźć nas pod samo obserwatorium.  Wystarczy nakarmić go kwotą 100 dolarów. Tylko, że my przyjechaliśmy po górach chodzić a nie jeździć! Mimo nienajlepszej pogody, nalegamy na wyjście. Do naszej dziewiątki dołącza sympatyczna para studentów, która nocowała w schronisku na Kosaryszczu.
(nr.2,4 by Rav)
Spod Dmytrowej chaty dojście na Popa Iwana zajmuje około 4,5 godziny. Trasa prowadzi początkowo wyznaczonym przez Kubę czarnym szlakiem, by następnie odbić na główną grań, która przed wojną wyznaczała granicę między Rzeczpospolitą a Czechosłowacją. Do dziś na szczytach zachowały się kamienne słupki znaczące limes polskiej państwowości. Czarna Hora, bo taka jest pierwotna nazwa najbardziej popularnego wśród Polaków szczytu, wznosi się na 2022 metry nad poziom morza. To właśnie od niej nazwę zaczerpnęło całe pasmo.
– Jej pochodzenie, jak to często na huculszczyźnie bywa, związane jest z legendą. – Wiedza Kuby na temat Czarnohory jest kompleksowa. Szybko otrzymuję odpowiedź na zadane w trakcie wędrówki pytanie. – Ponoć pewnego dnia w okolicach szczytu owce pasł legendarny opryszek – Aleksy Dobosz. Na jednym z kamieni zobaczył diabła. Według ludowych wierzeń, osoba, która by go zgładziła miała otrzymać od Boga nagrodę. Dobosz nie wahał się ani chwili i zabił biesa. Krew czarta rozlała się po kamieniach, barwiąc je na czarno. W ten sposób zbójnik otrzymał dar nadludzkiej siły i ochronę przed kulami wrogów, a górę zaczęto nazywać Czarną.

– Skąd więc Pop Iwan? – oryginalna nazwa nie daje mi spokoju. – Również z ludowych wierzeń – wyjaśnia przewodnik. – Ponoć na górze mieszkał kiedyś pop o takim imieniu. Miał tu zbierać zioła lecznicze, które wykorzystywał w noc Świętojańską. Inni mówią z kolei, że kształt góry widzianej z daleka przypomina popa odzianego w habit. Jest jeszcze wersja wywodząca nazwę od wyjących na wierzchołku wiatrów, które „popiwają”, czyli żałośnie śpiewają.
Z tą trasą mierzyliśmy się dwukrotnie

 

Ludowe podania wzmagają ciekawość. Jednak mistyczna góra mocno strzeże swoich  tajemnic. Jakby na potwierdzenie słów Kuby pogoda pokazuje bardziej mgliste oblicze. Padający od dłuższego czasu kapuśniaczek zamienia się w regularny opad. Nie mamy wyjścia. Jeszcze przed dotarciem na otwartą przestrzeń połonin podejmujemy decyzję o powrocie. I tak nic nie będzie widać. Pop chowa głowę w chmurach.
Do końca dnia tęsknie wyglądamy przez okna chatki na pasące się wśród mgieł koniki, przebieramy zebrane w trakcie spaceru grzyby i wsłuchujemy się w nostalgiczne pieśni Kuby. W piecu trzaska ogień a my suszymy mokre ubrania czekając na słońce.

Czarnohorskie grzybki
(by Rav)

Rozgrzewka na mokro…

Pogoda nadchodzi następnego dnia. Zanosi się na ciepły i suchy dzień. Szybkie zebranie rady starszych na cel wyprawy wyznacza Szpyci (1863 m n.p.m.), malowniczy szczyt w środkowej części pasma, jeden z symboli Czarnohory. Jego rozpoznawalnym znakiem są kamienne żebra, pozostałość po procesach wietrzenia. Przedsmak czekających widoków dają działające na wyobraźnię nazwy, jakimi zwykło określać się te formy. Czarnohorski barbakan, skalne organy czy kamienny las, to miejsca które chciałby oglądać każdy amator górskiej przyrody.

 
Początkowy etap wędrówki ma spokojny, wręcz spacerowy charakter. Nic nie zapowiada kłopotów, które dopadną nas w późniejszej części dnia. Ścieżka łagodnie opada wzdłuż zbocza Kosaryszcza, dochodząc do malowniczej dolinki, na dnie której wije się potok Czerłenyj. Na kwiecistej łące huculskie koniki leniwie poskubują trawę a na niebie baranek goni baranka. Czarnohorska sielanka, szybko zostaje ujęta w kadr aparatów. Dziewczyny ochoczo pozują na tle bajkowego landszaftu przywołując w pamięci informacje o ludowych wierzeniach na jakie natknąłem się w przewodniku.
(koniki by Rav)

 

Kamiennym żebrom, które stanowią cel dzisiejszej wędrówki, lokalna ludność od dawna przypisywała magiczne właściwości. Ponoć szczególną moc uzyskiwały zebrane w ich sąsiedztwie kwiaty i zioła. Wykorzystywano je nie tylko w celach leczniczych lecz także do czarów miłosnych a nawet czarnej magii. Najbardziej skuteczne miały być te zbierane o świcie w święto Iwana Kupały. Wówczas gromadziła się w nich moc ziela, moc gór, moc rosy i moc świętego dnia.
W nadzwyczajną moc czarnohorskich roślin wierzyli też chyba właściciele działającej w latach 20-tych XX wieku, a ulokowanej w sąsiedztwie Szpyci, fabryki terpentyny „Howerla”. Produkt, dzięki któremu zgromadzili ogromne bogactwo, wytwarzali z igieł kosówki porastającej stoki Maryszewskiej i Homuła. Szkoda tylko, że do uzyskania kilograma terpentyny potrzebowali  pół tony zielonych pędów!

Kapliczka w Bystrecu

Na szczęście dziś ingerencja człowieka w tej części gór stoi na dużo mniejszym poziomie. Ludzi spotykamy wyłącznie w Bystrecu. Od przejścia potoku o tej samej nazwie mija nas wyłącznie jeden pasterz. Wędrujemy teraz rozległą polaną, z której widać rosnącą z każdą chwilą grań. W dole znikają ostatnie zabudowania wsi. Wśród chaszczy Kuba wskazuje miejsce, w którym można dostrzec ślady przedwojennej turystyki.

Kamienne mury i zmurszałe belki to wszytsko, co pozostało z wielkiej pasji człowieka do gór. Po wkroczeniu na te tereny Armii Czerwonej, prowadzący „Dom wypoczynkowy w Gadżynie” – rotmistrz Karol Gaudin – musiał zostawić cały dobytek swojego życia. Pozwolono zabrać mu jedynie czajnik i książkę kucharską. Niedługo cieszył się wymarzonym schroniskiem, które zbudował z własnej inicjatywy. Działało niespełna dwa lata.

Szare chmury wyrywają nas z zadumy nad przedwojennymi losami Polaków na tych ziemiach. Trzeba ruszać do przodu przed nami prawie trzy godziny wspinaczki.
Pierwszy deszcz dopada nas już w lesie. Po chwili droga robi się kamienista, a śliskie schody wcale nie ułatwiają podejścia. Jednak na końcu ścieżki dostrzegamy światło. Deszcz przestaje siąpić. Promienie słońca odbijają się od wysokich ścian, układających się w kształt owalnej podkowy. W dole szumi górski potok. Przed nami otwiera się polodowcowy Kocioł Gadżyny – jedno z piękniejszych miejsc w całym paśmie, gdzie ostały się ostatnie skupiska czarnohorskiej limby. Dla takich widoków warto było się męczyć. A to dopiero połowa atrakcji.
Kocioł Gadżyny

Po przekroczeniu strumienia i wyjściu z kosówki, wyrasta przed nami zielona grań. Z jej zboczy wystrzeliwują pionowe, kamienne słupy, które zdają się dźgać nisko zalegające nad horyzontem chmury. To Szpyci (ukr. szpice, szprychy) – 1864 m n.p.m. Właśnie z tego miejsca prezentują się najciekawiej i w pełnej okazałości, niczym majestatyczne rzeźby wykute dłutem czasu.

W drodze na Szpyci – widok z Kocioła Gadżyny
 Pod Szpyciami – ekipa razem z Kubą

Droga w górę jest męcząca, lecz widoki wynagradzają ból mięśni. Gdy osiągamy szczyt nie sposób cieszyć się z sukcesu. Huk grzmotu rozchodzi się echem po całym kotle. Kolejny raz Czarnohora pokazuje swoje mroczniejsze oblicze. Tym razem nie możemy liczyć na taryfę ulgową. Kolejne grzmoty zwiastują szybko zbliżającą się burzę. Nie ma czasu na przyjrzenie się umocnieniom z czasów I wojny światowej. W zapomnienie odchodzi spacer nad Jeziorko Niesamowite, którego tajemnicze wody miały według legend posiadać magiczną moc i nie mieć dna. Trzeba jak najszybciej zejść z grani!

Gdy dopadamy kosówki, niebo rozdziera huk. Zaczęło się! Wpierw powoli, kropla po kropli, jakby na wydział. Po chwili szybciej, seria za serią, odbijając się rytmicznie od przeciwdeszczowych membran. I wreszcie z całą siłą, bez szans, bez litości. Natura chluszcze i smaga nas rzęsiście. Leje gdzie popadnie. Za kaptur, za spodnie, za polar, za koszulkę, za bieliznę. Kolejne suche przyczółki kapitulują jeden za drugim. Woda chlapie w butach, wiatr smaga zmrożone dłonie, zalewane hektolitrami zwątpienia morale ledwo utrzymuje się na powierzchni.
Po dwóch godzinach wątpliwej kąpieli dochodzimy do lasu. Deszcz jakby trochę się wypłakał, zelżał. Łka teraz cichutko nad naszym losem. Doskonale wie, że do gry wchodzi czarnohorskie BŁOTO. Przy nim to słynne bieszczadzkie, wydaje się ledwie papką. Kleikiem dziecięcym. Tego nie powstydziłby się sam Bear Grylls. Jednak to nie program z cyklu, jak pokonać wpław czarnohorskie bagniska. Nikt z nas nie ma zamiaru  unurzać się w błocku. Wybieramy kluczącą między świerkami, lecz suchszą drogę w lesie.
Zmęczeni, zmoczeni i zziębnięci docieramy do Bystreca. Deszcz uznaje, że na dziś wystarczy. Za to słońcu chyba mało. Ku naszemu zdumieniu wygląda zza chmur. Marne to pocieszenie, gdy można nas wykręcać. Do tego Kuba nadwerężył kolana. Jutro trudno będzie zmobilizować kogokolwiek do poszukiwań Białego Słonia…Na pocieszenie zostaje nam ser domowej roboty (huculska poezja!), rozpalony piecyk i rozgrzewający wieczór. Najlepiej przy butelce samogonu. Pod drzwi przynosi go sam twórca. Prawdziwy mistrz „trunkowego” marketingu. Butelki na zachętę nie powstydziłby się najlepsze alkoholowe marki. Za to ta druga, nadprogramowa, cieszy się już dużo mniejszym wzięciem. Mimo to dobijamy targu. Przewodnik na Popa Iwana najęty!

Drugie podejście

Poranek budzi się słoneczny. I dobrze. Potrzebny nam dzień na przeschnięcie. Buty górskie nasiąknięte wędrówką (do dziś czarnohorskie igły czają się pod wkładką), kurtka wymięta do ostatniego włókna, kolana zgrzytają niezadowoleniem. W ruch idzie balia z proszkiem, miękkie kocyki i podręczna biblioteczka. Pod chatką wyrasta: pralnia, solarium, czytelnia.
Nigdy nie lubiłem prażyć się w bezczynności. Po dwóch przeczytanych rozdziałach zaczynam kartkować myśli. Kuba wspominał coś o monastyrze w Dzembroni. Można połączyć przyjemne z pożytecznym i wybrać się na krajoznawczy rekonesans. Czarnohorski shopping z widokiem na góry, to wszystko, na co stać nas tego dnia.

Czarnohorski chillout
(by Rav)

Po zakupach rozdzielamy się na dwie grupy. Dziewczyny wracają na chatkę, my kierujemy się na wzgórze Stepański. To na jego zboczach rozłożył się monastyr pod wezwaniem Przemienienia Pana naszego Jezusa Chrystusa. Drewniany, niewielkich rozmiarów budynek, urzeka sakralną architekturą. Braciszkowie bazylianie doskonale wiedzieli gdzie wybudować swoją samotnię. Miejsce sprzyja kontemplacji i wyciszeniu. W dole zieleni się grań Czarnohory. W kotlince połyskują dachy huculskich domostw. Kilka kroków dzieli nas od widoków na znajdujące się po drugiej stronie Beskidy Pokuckie. W takich miejscach człowiek godzi się z bogiem.

Na jednym ze szczytów Czarnohory dostrzegamy owalny kształt. Namierzam go zoomem aparatu. Biały Słoń! Po raz pierwszy widzimy go w całej okazałości. Od razu przypomina się nam cel dzisiejszego rekonesansu. Kierujemy się na Kosaryszcze, na którym urzęduje dziś Kuba. Chcemy umówić się na jutrzejsze wyjście. Gdy docieramy do nowej chatki słońce powoli chowa się za horyzontem.

 

W środku tłumnie i śpiewnie. Już od dwóch dni Kuba odbierał telefony od turystów. Niestety nie ma dla nas najlepszych wieści. Kolana dalej bolą. Umówiony przewodnik stwierdził, że na jutro ma ważniejsze plany. Ale spokojnie, jest ktoś, kto wybierze się z nami na Popa.

Kola to szczupły, krótko ścięty trzydziestolatek, odziany w ortalionowy dres. Gdy ściąga ciemne okulary, uderzają nas dwie dojrzałe śliwy. Do pełni obrazu ukraińskiego gansgtera brakuje tylko złotego łańcucha na szyi. Kuba wyczuwa nasz brak ufności. – Spokojnie. Budził brata, zmęczonego biesiadowaniem na chramie – uspokaja Kuba. – To naprawdę świetny przewodnik i dusza człowiek.
I rzeczywiście. Już dawno tak bardzo nie pomyliłem się co do osoby. Pierwsze wrażenie bywa złudne. Następnego dnia, w drodze na Popa, przekonujemy się, że Kola to sympatyczny i skromny człowiek. Dostosowuje tempo do najsłabszego ogniwa w grupie, czeka gdy chcemy przystanąć, zagadany o góry opowiada z pasją, lecz bez charakterystycznego dla niektórych przewodników narcyzmu. Szybko nawiązujemy nić porozumienia. Gdy z głośnika jego komórki dobiega znany przebój disco-polo, topnieją ostatnie lody. Okazuje się, że Kola sporo czasu spędził w Polsce. Na koniec dnia podsumujemy naszą znajomość tradycyjnym niefiltrowanym na werandzie sklepu.
Kola na Popie Iwanie
 
Zanim zespół Weekend uczył się obsługi Casio na Ukrainie (i nie tylko) królował zespól Masters 

 

Tymczasem dochodzimy do miejsca, gdzie ostatnio musieliśmy zawrócić z powodu deszczu. Po chwili otwiera się przed nami spora polana – to Hala Czuhrowa. Niebo jest błękitne, pogoda słoneczna. Dziś ostatnia szansa na zdobycie Popa Iwana. Jutro wyjeżdżamy do Lwowa. Biały Słoń nie może się wymknąć!
Po kolejnym lesistym odcinku dochodzimy pod główną grań. Na jej wierzchołku rząd piechurów przemieszcza się powoli, niczym pracowite mrówki obładowane plecakami. Zmierzają w stronę najwyższego szczytu Ukrainy – Howerli (2061 m n.p.m).  Nie będziemy podążać ich śladem. Odbijamy w kierunku kotła polodowcowego Dzembroni. To ewenement na skalę całego pasma. Jako jedyny w Czarnohorze jest szerszy niż dłuższy. Przed nami rozpościera się kobierzec wysokich traw, zamknięty pionowymi ścianami. Po prawej stronie wyrastająca na 1880 metrów n.p.m Dzembronia, przed nami Przełęcz Pod Kwadratem (1760 m n.p.m), na którą prowadzi wijąca się ścieżka. Ruszamy jej śladem.
Kocioł Dzembroni

  
Nazwa przełęczy wzięła się od ruin przedwojennego schroniska AZS, które znajdują się nieopodal  szczytu Smotrec. Kwadratowy zarys kamiennych fundamentów, to wszystko co zostało po najwyżej położonym budynku turystycznym II RP (1742 m n.p.m).  Zresztą podobny los spotkał pozostałe 7 obiektów górskich w Czarnohorze. I pomyśleć, że przed wojną było w nich prawie 600 miejsc noclegowych.
Biały Słoń na celowniku – widok z Przełęczy pod Kwadratem
Brak tylko autora…
 
Do dziś wyraźnie widoczne są za to polsko – czechosłowackie słupki graniczne, wyrastające z grani. Ich kamienne oblicza już od dawna nie pełnią swojej pierwotnej funkcji, za to stanowią dobry punkt orientacyjny.  A w Czarnohorze trzeba naprawdę uważać, pogoda zmienia się gwałtownie i bez ostrzeżenia, czego sami mieliśmy okazję doświadczyć dwa dni wcześniej.
  Tu kiedyś kończyła się II RP
Pohane Misce (Złe Miejsce),  przez które właśnie przechodzimy, to jeden z takich newralgicznych punktów. Ze względu na spore trudności orientacyjne i rozdzielenie grani na kilka ścieżek, łatwo tu zbłądzić. Uważać trzeba również na „Złego” czyhającego w rozpadlinach skalnych. Według legendy jest nim dusza zabitego przez piorun pasterza, która po śmierci nigdy nie opuściła tego miejsca.
Świat huculskich wierzeń jest bogaty i ciągle żywy. Jednak ludzkie dramaty przerastają góralską wyobraźnię. Przed ostatnim podejściem na obserwatorium Kola opowiada historię polskich turystów, którzy w środku zimy wybrali się na Popa Iwana z półtorarocznym dzieckiem. Nagłe załamanie pogody sprawiło, że nigdy więcej nie opuścili ruin Białego Słonia. Nie mam powodów nie wierzyć w słowa przewodnika, jednak w pamięci kołacze się informacja o specyficznym podejściu Hucułów do „Czarnej Góry”. Górale wierzą, że wchodząc na nią nie warto wspominać o nieszczęściu czy złej pogodzie, bo w ten sposób przywołuje się je do siebie.
Blisko, coraz bliżej…

Przyspieszam kroku, by jak najszybciej znaleźć się na szczycie. Nie chcę by Biały Słoń kolejny raz wymknął mi się z rąk. Jeszcze kilkaset metrów… (postrzępiony, kamienny grzbiet, dumnie pręży się mimo upływu czasu). Kilkanaście… (puste okiennice spoglądają na mnie czarnymi oczodołami). Kilka… (w głębokich bliznach murów zieleni się mech). Jest! Wyciągam dłoń. Symbolicznie dotykam piaskowca. Czuję chropowatą, zimną skórę olbrzyma. Pop Iwan zdobyty!

Ujęty magią miejsca, długo obchodzę ruiny, zaglądam w każdy zakamarek. Toż to prawdziwy moloch, „pałac na Czarnohorze”. W czasach świetności miał 5 kondygnacji (dwie wykute w skale), liczył ponad 50 pomieszczeń, posiadał własną siłownię, akumulatorownię i wyposażony był w najnowocześniejszy sprzęt astronomiczny. Fundator nie pomyślał tylko o jednym. Bieżącej wodzie. Najbliższy strumień znajdował się w odległości ponad 6 kilometrów.
Zresztą wszędzie było stąd daleko. Poczta i sklep – 20 kilometrów. Lekarz – 50. Stacja kolejowa – 120. Jak żyło się w takim miejscu? Jak pracowało na takim odludziu? Najlepiej opisuje to w swoich wspomnieniach  szef obserwatorium Władysław Midowicz.
Jednym z zalet przebywania na szczycie były z pewnością widoki. Bo to one są tu najbardziej niezwykłe. Sam mam je teraz okazję podziwiać. Wszędzie gdzie nie spojrzeć horyzont szczytów. Na północy grań Czarnohory ciągnie się aż po Howerlę, na wchodzie malowniczo wije się dolina Pohorylca, na południu Góry Czywczyńskie sąsiadują z Karpatami Marmaroskimi, wyznaczając granicę mojej przyszłej miłości – Rumunii.
Miejscówka z widokiem na Howerlę

W takich okolicznościach proste jedzenie smakuje, jak danie z pięciogwiazdkowej restauracji. Do uczty składającej się z huculskiego sera, polskich kabanosów i śródziemnomorskich sardynek przyłącza się Kola i dwójka konsulów z Lwowa. Poznaliśmy się u Kuby. Wiatr smaga nasze policzki i dłonie, jednak nie ma mowy o chłodzie. Reszta samogonu, który zachowaliśmy na tę okazję rozgrzewa nie tylko rozmowę. Tematem są oczywiście relacje polsko-ukraińskie a także plany odbudowy obserwatorium. W 2011 roku brzmią jak kolejna huculska legenda, niespełna rok później (przełom 2012/2013) stają się tematem realnych rozmów polityków. Tego dnia jeszcze nie wiemy, że wkrótce wkroczy tu ekipa remontowa. Zamuruje puste okiennice, położy nowy dach, na trwałe zabezpieczy ruinę. To ostatnie chwile, gdy Biały Słoń, swobodnie spogląda na Czarnohorę. Wkrótce wszystko może się zmienić…

TROFEUM PEŁNE WSPOMNIEŃ

Tego dnia (i nocy) przeżyliśmy jeszcze wiele momentów, które na stałe wryły się w pamięć. Malowniczy powrót przez Uchaty Kamień, w którym fantazyjne kształty czarnohorskich kamieni stanowią test dla huculskiej wyobraźni. Spacer przez Halę Pańską, na której można podziwiać wypas, jak za dawnych lat. Niezapomniany koncert Kuby i jego przyjaciela Wojtka, który do dziś odbija się echem w mojej głowie. Wspaniali ludzie biesiadujący z nami przy stole w Dmytrowej Chacie i chłonący klimat Czarnohory pełnymi zmysłami. Na zapas. Na później. Na miejskie dni.Jednak tylko jedne wspomnienie jest żywe. Powraca echem tamtych chwil. To Biały Słoń. Symbol Czarnohory. Gór pełnych legend, magicznych miejsc i barwnej kultury. Których nie sposób poznać w całości. Nie podczas jednego wyjazdu…
Uchaty Kamień
 
W drodze na obiad
 
Na pożegnanie…
 

1 Comment

  • Odpowiedz Styczeń 9, 2013

    Anonymous

    Przeczytałam z zapartym tchem -super i zazdroszczę.”Żono moja” też mi się podobało ha ha ha.Czekam na dalsze wpisy.

Leave a Reply