Czarnohora z chatki u Kuby, czyli w pogoni za Białym Słoniem cz.1

Każda podroż ma trzy etapy. Dziś ten ostatni. Wspomnienie o Białym Słoniu. 
KIEDY: Sierpień 2011
GDZIE: Ukraina, Dzembronia – Bystrec
*** 


POZNAJĘ SŁONIA

Rok 2001

Jadę w Bieszczady po raz pierwszy. To chyba miłość. Na kiju, którym podpieram się w górach wycinam nazwy wszystkich zdobytych szczytów (zakochani nie myślą logicznie). Miesiąc później ojciec pali zwiędłe liście na działce. Kij również. Jestem wściekły. Jednak uczucie rozkwita. Otwieram atlas po wschodniej stronie Karpat. Imię jej dźwięczne: Czarnohora. To na jednym z jej szczytów można spotkać Białego Słonia…

 

 

Rok 2002

Mój przyjaciel z przyjacielem pedałują po zachodniej Ukrainie. Dojeżdżają w okolice Iwano-Frankowska. Przejeżdżają w cieniu czarnej góry. Po powrocie wydają książeczkę „Rowerem przez Galicję”. Relacja z pierwszej ręki wzmaga ciekawość. W internecie znajduję przewodnik „Czarnohora z chatki u Kuby”. Kupuję, czytam i wybieram się na Mazury…

Rok 2007

Po 430 dniach podcierania angielskich tyłków wracam do kraju. Wydajemy pieniądze na własny (s)pokój. Mieszkamy. Pracujemy. Marzymy. Góry z papieru…

Rok 2010

Ten sam przyjaciel zna człowieka. Człowiek zna góry. Razem z przyjacielem organizujemy wyjazd. Przyjaciel jedzie. Ja zostaję. Nowa praca, stary urlop. Zaciskam zęby. Wracają z pamięcią pełną zdjęć, wspomnień i koleżanką w gipsie. Wiozę ich z dworca…

Rok 2011, lato, sierpień

Po dziesięciu latach od zajrzenia do atlasu, atlas spogląda na mnie. Siedzę na werandzie sklepu w Dzembroni (Beresteczko), piję orzeźwiające piwo i nie mogę uwierzyć, że po 18 godzinach podróży oczy mam szeroko otwarte.

WSTĘP DO ŁOWÓW

Powitanie

Granicę przekraczamy wcześnie rano. Zza zachodu na wschód ruch minimalny. Ze wschodu na zachód mrówka na mrówce. Prawdziwy sznurek robotnic. Rutynowa kontrola ma twarz pięknej pani celnik. Z przyjemnością daję sobie wbić stempel. Po kilkunastu minutach smakujemy lokalny koloryt. Jeden, drugi, trzeci. Do przyjazdu Kuby mamy trochę czasu. Marszrutki obierają kierunek na Lviv, my wygrzewamy się na słońcu i zajadamy śliwki w czekoladzie. Czekamy na przewodnika.
Zjawia się. Górskie buty, plamiste bojówki, t-shirt, kilkudniowy zarost. Pięćdziesiątka i pół na karku, uśmiech na twarzy. Kuba Węgrzyn właściciel chatki na Kosaryszczu i dzierżawca „Dmytrowej Chaty”, do której od 10 lat przyjeżdżają Polacy zafascynowani Karpatami Wschodnimi. Jeden z pierwszych, który, przypomniał sobie o szlakach Czarnohory. To w jego przewodniku czaił się bakcyl, którego połknąłem.
Kuba w tradycyjnej soroczce na chramie w Bystrecu

349 kilometrów pokonujemy w siedem godzin. Wszystko co słyszałem o ukraińskich drogach, lecz wydawało się przesadą, okazuje się prawdą. Wstrząśnięci lecz nie zmieszani docieramy do Werchowyny (Żabie) – przedwojennej stolicy Hucułów. Wsi, która liczyła kiedyś 27 kilometrów! Stąd już tylko 15 kilometrów do Dzembroni. To tam Robert Makłowicz szukał smaku Huculszczyzny u Pani Paraski, a Siergiej Paradżanow kręcił sceny do jednego z najsłynniejszych filmów o Huculszczyźnie – Cieni zapomnianych przodków.

Witajcie w krainie gdzie szum Czeremoszu i Prutu Hucułom przygrywa!

Życie w Dzembroni toczy się leniwie. Najbardziej zwalnia w okolicach sklepu, gdzie sączy się je ze smakiem z plastikowych kubeczków, zagryzając plecionym w warkoczyki serem albo wysuszoną na wiór rybą. Tu każdy ma czas. Nikt się nie spieszy. Miejscowe babuszki okruszek po okruszku, rodzynek po rodzynku, wydłubują słodkości z codzienności. Wysysają sok z pękatego arbuza albo tłuszczyk z boczku. Umorusany lasem i górami gieroj flirtuje ze sprzedawczynią, a sprzedawczyni nie pozostaje mu dłużna, długo zachwalając dostępny asortyment.
Bo sklep w Dzembroni, to więcej niż sklep. To „miejsce spotkań”. Zakupy to wyłącznie pretekst, alibi na przerwę. Ludzie nie mają tu wiele rozrywek, ani czasu na takowe. Wioska rozrzucona jest na przestrzeni kilku kilometrów, w trudnym terenie. Życie zawsze miało tu pod górkę. Jeśli już schodzi się z połonin, to po to, by nacieszyć się sąsiadami. Swoje trzeba wystać, wyczekać, przegadać.
 Lokalny koloryt
(by Rav)

No więc czekamy. Cała nasza dziewiątka. Od obiadu dzieli nas jakieś dwadzieścia minut drogi. Od noclegu drugie tyle. „Dmytrowa Chata”, w której spędzimy ten tydzień znajduje się na malowniczej przełęczy położonej między doliną potoku Bystrec i doliną potoku Dzembronia na wysokości 1015 m n.p.m. W miejscu, które nawet dla Hucułów jest odludziem. Młodzi coraz częściej wybierają bowiem wygodne życie w dolinie. Tymczasem stare chaty na połoninach odchodzą w zapomnienie, jedna za drugą, razem z ich właścicielami. Na szczęście są ludzie, którzy ciągle o nich pamiętają.

Kuba, u którego gościmy jest jednym z nich. Z wykształcenia muzyk, z zamiłowania przewodnik i alpinista. Hucuł z wyboru. Właśnie daje nam sygnał do wymarszu. Prowadzi na obiad. Do murowanego dużego gospodarstwa na końcu wioski. Blaszany dach, kute zdobienia i zadbane obejście świadczą o względnym dostatku gospodarzy. Czyżby wpływ polsko-ukraińskiej wymiany turystycznej?
Wita nas promienisty uśmiech młodej gospodyni i zapachy, od których kiszki głośniej zaczynają wygrywać protestacyjny marsz. Pani domu wylewnie wita się z Kubą i prosi o chwilę cierpliwości. Wykładamy się na równo przyciętej trawce z widokiem na Czarnohorę. Rośnie w nas apetyt na góry i huculskie specjały.

Po chwili proszą na pokoje. Na stole lądują warzywna zupa z mięsną wkładką, bryndzowe pierogi polane roztopionym masłem, a na deser racuchy i herbata. I tak przez cały tydzień. Smacznie i z okrasą. Dzięki czemu już po dwóch dniach zaprzyjaźniam się z wychodkiem, a w drodze powrotnej z Lwowa do granicy wymuszam na kierowcy marszrutki nieplanowany postój, grożąc wybuchem nagromadzonych przez tydzień emocji.

Po biesiadzie oczy zamykają się same. Zmęczenie daje znać o sobie. I jak tu wdrapać się na połoninę? Stajemy się łatwym celem marketingowego zabiegu Kuby. Za niewielką opłatą gospodarz wwiezie nas do chatki ciężarówką. I to nie byle jaką! Legendą rosyjskich bezdroży, cudem radzieckiej techniki motoryzacyjnej, prawdziwym smokiem na czterech kółkach – GAZem 66! Dziewczyny marudzą. Lecz to męskie barki wnoszą plecaki. Damskie wyobrażenia o romantycznym spacerze nie mają szans w starciu z marzeniami o off-roadowej eskapadzie.
Ekipa wskakuje na pakę. Ja mam zaszczyt zasiąść w szoferce, tuż obok kierowcy. Trzęsie niemiłosiernie. Są chwile gdy jestem przekonany, że tym razem na pewno nie wszystkim udało utrzymać się na grzbiecie spalinowego potwora. Dyszy, warczy, pluje spalinami, staje w miejscu na gliniastej skarpie, lecz dzielnie wdrapuje się pod górę, rozbryzgując błoto i kamienie na boki. Wreszcie bezpiecznie wwozi nas pod samą chatkę.

***
Nad zielonymi grzbietami Czarnohory unoszą się mgły. Zapada wieczór. Ze starej huculskiej chaty bije światło, dobiegają entuzjastyczne głosy. Gdzieś w dole życie pędzi coraz szybciej, lecz tu na połoninie nigdzie nie trzeba się spieszyć. Jest czas na rozmowy o trudnych dziejach bratnich narodów, pieśni Wysockiego i rozgrzewającą herbatę, przy której poznajemy historię starego Dmytra, który do ostatniej chwili nie chciał zejść w doliny.

Trochę kultury…

Dzień budzący się nad Czarnohorą hipnotyzuje. Poranna herbata sączona na werandzie chaty ma wyjątkowy smak. Nic dziwnego, że Kuba nie był w stanie oprzeć się urokowi tych gór. Od kilku już lat intensywnie kolekcjonuje pamiątki po bogatej kulturze Hucułów i szuka miejsca, w którym mógłby osiąść na stałe. Udaje mu się w 2007 roku. Po miesiącach prób i rozmów, miejscowi kontaktują go z właścicielami drewnianej chaty na pobliskim Kosaryszczu. W huculskim domostwie od 15 lat hula wiatr, jednak budynek jest w nienajgorszym stanie. Wraz z Jurą, przyjacielem z Kijowa, Kuba decyduje się na zakup. Zostaje położona przysłowiowa belka pod pierwsze powojenne schronisko w Czarnohorze.

 

Słońce w pełni i brak chmur zapowiadają piękny dzień. Ostatni łyk herbaty ma wyjątkowo cierpki smak. Trochę żal, że dziś nie ruszamy w góry. Jednak huculskiego chramu nie ogląda się na co dzień. A dziś odpust odbywa się akurat w pobliskim Bystrecu, miejscu w którym przed wojną mieszkał i tworzył polski prozaik i piewca kultury huculskiej Stanisław Vincenz, autor trzytomowego dzieła „Na wysokiej połoninie” opisującego bogatą kulturę czarnohorskich górali. Takiej okazji nie możemy przepuścić!
Dmytrowa Chata
Po chwili, już w pełnym składzie przedzieramy się przez czarnohorskie łąki w kierunku Kosaryszcza. Po drodze mijamy gospodarstwo, które nie miało tyle szczęścia, co chata, do której zmierzamy. Rdzewiejący dach, butwiejące belki i wykrzywiona jabłonka, świadczą, że gospodarza nie ma tu od bardzo dawna. Zupełnie inaczej ma się sprawa z kolejnym obejściem. Ponoć sąsiedzi znają się nie tylko na przyrządzaniu pysznych serów. Stosowne zamówienie na samogon w liczbie dwóch butelek zostaje złożone. Jeszcze tylko krótka przerwa na przedstawienie szczytów Czarnohory, zaduma nad komercjalizacją gór – Kuba wspomina o Howerli, na której z daleka widać szeroką bliznę turystycznej ścieżki – i ruszamy dalej.

 

Za grzbietem odsłania się szeroka połonina. Na zielonym morzu traw, niczym tratwa, dryfuje huculska chata. Nowy gont odbija promienie słońca, obramowania okien mienią się niebieską farbą, na werandzie powiewa buddyjska flaga pokoju. I pomyśleć, że kiedyś na Kosaryszczu było trzydzieści takich budynków! Uratowano tylko jeden. I to dosłownie w ostatniej chwili, gdy zęby kleszczy już prawie zaciskały się na przedwojennym drewnie.

Budynek pochodzi z lat 30-tych XX wieku, czas odcisnął więc na nim niezatarty ślad. Przed Kubą jeszcze sporo pracy, jednak już teraz (lato 2011) chata wywiera niesamowite wrażenie. Gospodarz oprowadza nas po wnętrzu, objaśnia przeznaczenie poszczególnych pomieszczeń. U góry obszerny strych przeznaczony na noclegownię, na dole niewielka izba gospodarza i przytulna sala, serce domu, które już niedługo zabije rytmem górskich pieśni. Ściany zdobią huculskie chusty i hafty, na parapecie drewniane koniki tęskno spoglądają na połoninę, a pod sufitem kołysze się piękna lampa oprawiona w kuty metal. – Kiedyś lśniła w obserwatorium na Popie Iwanie – rzuca Kuba widząc nasze zainteresowanie. – Po ewakuacji obiektu do miejscowych domostw trafiło wiele przedmiotów z obserwatorium.

Od razu podchwytujemy temat i wypytujemy o obiekt, który chcemy odwiedzić podczas jutrzejszej wędrówki. To jedno z tych magicznych miejsc, które nierozerwalnie związane jest z historią Polski na tych ziemiach. Władze II RP wybudowały obserwatorium na trzecim co do wysokości szczycie Czarnohory za, bagatela, milion ówczesnych złotych! „Biały Słoń”, bo tak pieszczotliwie nazywano obiekt, przez 14 miesięcy był najwyżej położonym budynkiem w Polsce. W momencie oddania do użytku w lipcu 1938 r. było to jedno z najnowocześniejszych obserwatoriów w Europie. Niestety wojna szybko zakończyła użytkowanie obiektu, a grube na  metr mury do dziś „zdobią” wierzchołek Popa Iwana.
O obserwatorium im. marszałka Józefa Piłsudskiego krąży wiele pogłosek i legend. Miejscowi nigdy nie uwierzyli, że można wypatrywać gwiazd w górach, w których mgła jest równie częsta jak kamienie na stokach. Za to odosobnienie i bliskość dwóch granic stwarzała idealne warunki do nasłuchu radiowego i podglądania sąsiadów. A że inicjatorem budowy obiektu była Liga Ochrony  Powietrznej Państwa, to plotka goniła plotkę. A to, że na jednym ze stoków Popa Iwana śnieg topi się natychmiast po opadzie i unoszą się tam tajemnicze opary, a to że bryła obserwatorium maskuje podziemne lotnisko, albo że nowoczesny teleskop to w rzeczywistości działo dalekiego zasięgu.  
Pop Iwan w 1938 i 2011 roku
(1938: źródło Karpaccy.pl)

Tajemnice Białego Słonia zostawiamy na następny dzień. Tradycyjna koszula huculska – soroczka, którą ubrał Kuba to jasny sygnał, że dziś będziemy smakować kulturę czarnohorskich górali. Dosłownie. Ponieważ chram w Bystrecu to nie tylko wydarzenie religijne i kulturowe, ale może przede wszystkim okazja do biesiadowania. Tu huculska gościnność nie zna granic. O czym dobitnie przekonamy się rankiem następnego dnia…

Stara Hucułka z Żabiego – zdjęcie autorstwa Mikołaja Seńkowskiego z lat 30-tych.
Chyba najbardziej znany portret huculski. 
(źródło: Wikipedia)

 

Gdy zjawiamy się w wiosce, nabożeństwo już trwa. Wokół cerkwi pw. Zaśnięcia św. Anny zgromadził się barwny tłum hucułów. Ubrania mienią się kwiaciastymi chustami i jaskrawymi haftami wyszytymi na soroczkach. Ogorzałe od słońca twarze z namaszczeniem nucą religijne pieśni. W środku, jak przystało na obrządek wschodni, brodaty pop o słusznej posturze, mruczy słowa modlitwy. Ludzi jest tylu, że nie sposób ustać w ukropie. A przecież odpustowa msza może trwać nawet i dwie godziny…
(by Rav)
Nie tylko my przekładamy uciechy ciała nad potrzeby ducha. Większość hucułów tylko na chwilę wchodzi do kościoła, po czym szybko zmierza w kierunku rozłożonych nad brzegiem strumienia kramów. Mieniący się odpustową bylejakością asortyment nie zatrzymuje nas na długo. Za to jedzenie wygląda naprawdę obiecująco. Zaopatrzeni w nadziane na długie szpikulce szaszłyki i schłodzone w strumieniu piwo rozkładamy się nad wodą. Tymczasem Kuba rusza w sąsiedzki obchód.

Bliskość lodówki i błogie rozleniwienie po zjedzeniu tłuściutkich szaszłyków, szybko wprawiają nas w dobry nastrój. Jedyne na co mamy teraz ochotę to zanurzyć się w lodowatych wodach Bystreca. Nasz entuzjazm nie spotyka się ze zrozumieniem jednego z górali. W nieparlamentarnych słowach określa, swoje podejście do polskich miłośników kąpieli. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy chwilę po wyjściu z wody spotykamy go, gdy serdecznie obściskuje się z Kubą i obdarza nas szczerym uśmiechem polsko-huculskiej przyjaźni.

Kramy powoli zwijają podwoje. Jednak nas czeka jeszcze wizyta w Huculskiej Izbie Muzealnej, która znajduje się w jednej z prywatnych chat na końcu wioski. Już od progu wita nas postawny mężczyzna. Smoliście czarny wąs, ludowy strój i pulchna buzia, znaczą Hucuła pełną, że się tak wyrażę, gębą. Wołodia Watujczak uśmiecha się od ucha do ucha i wylewnie wita się z Kubą. Muzeum, które założył, to chyba jedyny obiekt na świecie, gdzie w trakcie zwiedzania gości częstuje się owczym serem i samogonem…

Mamy okazję z bliska przyjrzeć się huculskim sprzętom gospodarczym, przymierzyć barwne stroje ludowe, spróbować gry na trembicie czy zważyć w dłoni skałkowy pistolet, którym, kto wie, wojował może sam Aleksy Dobosz – najsłynniejszy opryszek Karpat Wschodnich.

Od 2006 roku Wołodia przemierza huculskie wioski i skupuje najciekawsze eksponaty, tym samym chroniąc je przed zapomnieniem. I chociaż gospodarzowi brak pomysłu na ciekawą ekspozycję a poszczególne zabytki są prezentowane w dużym nieładzie, to należy docenić jego pasję i zaangażowanie. Robi to na własny koszt, a za odwiedzenie izby pobiera symboliczne opłaty. Tylko dzięki ludziom takim jak on, huculska kultura  ciągle zachowuje swój żywy charakter.
W gromadzeniu zabytków pomaga również Kuba, który w podzięce za pielęgnowanie huculskich tradycji otrzymuje teraz wymarzony prezent. Wołodia wręcza mu ręcznie malowany kafel przedstawiający św. Mikołaja. Święty będzie główną ozdobą bielonego pieca, który nasz przewodnik zamierza postawić w nowej chacie. Ciekawe co na taki dowód polsko-ukraińskiej przyjaźni powiedziałby zerkający z wiszącego pod sufitem obrazu Stepan Bandera…
Od przyjaźni polsko-ukraińskiej nie możemy się również uwolnić w drodze powrotnej do chatki. Iwan to dobrze zakonserwowany czarnohorskim powietrzem pięćdziesięciolatek. Odkąd żona zamieniła jego towarzystwo na wielkomiejskie uroki Moskwy, żyje samotnie w jednej z chat na grzbiecie Kosaryszcza. Gdy tylko zauważa gości z Polski, zaprasza do siebie.
Już po chwili orientujemy się, że nie tylko o degustację nalewki „Złoty Korzeń” chodzi. – Jak jej na imię? – Pyta Kubę, spoglądając na naszą, czarnowłosą, jak z huculskiego obrazka, Ewcię. Dziewczę oblewa się płomienistym rumieńcem. – A krowy doić potrafi? – pada pytanie przerwane salwą śmiechu. Dziewczyny, nie wiedzieć czemu zbierają się w dalszą drogę, tymczasem męska część ekipy dalej zacieśnia więzy bratniej przyjaźni. I tylko zdjęcia oglądane tydzień później, wyjaśniają dlaczego od przerzucaniu siana, tak mocno bolała głowa.
Czarnohorski pejzaż spod chaty Iwana

 

2 komentarze

  • Odpowiedz Styczeń 10, 2013

    Anonymous

    Autor chyba wypił podczas hramu za dużo samogonu… Przyjaźń polsko-ukraińska to za duże słowa 🙂

  • Odpowiedz Styczeń 10, 2013

    Czubaka

    Oj tam, oj tam, na polskich weselach bywa weselej 😉

Leave a Reply