Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia: recenzja

Znałem kiedyś Australijkę. Była piękna. Włosy miała rude jak rdzawy piasek pustyni. Twarz  usianą piegami, dowcip cięty jak nóż Krokodyla Dundee a usposobienie ciepłe jak popołudnie na plaży w Sydney. No i ten akcent… Jeśli Australia, jest jak moja była nauczycielka angielskiego, to rozumiem skąd wzięła się miłość Marka Tomalika, do tego kraju. Jest do czego wzdychać…
Niepowtarzalna, endemiczna wyłącznie dla tego kontynentu flora i fauna. Onieśmielające widoki i przestrzeń tysięcy kilometrów przygody. Sympatyczni, wyluzowani mieszkańcy i pierwotna, niezmieniona od tysięcy lat kultura, jakże inna od wszystkiego, co wytworzył biały człowiek. Kraj kontrastów i wielkich odległości. Kontynent zaskoczeń, którego nie można poznać w całości.
Autor pisze o nim z prawdziwą pasją i nieukrywaną sympatią, prezentując swoje najciekawsze podróże w głąb australijskiego interioru. Przeplatając je dowcipnymi wstawkami o australijskim podejściu do życia i trafnymi obserwacjami na temat kultury Aborygenów, broniącej się przed natłokiem ekspansywnej cywilizacji.
Z każdą przeczytaną stroną czytelnik zaraża się tym entuzjazmem, nabiera chęci na trek po antypodach. Chociażby śladem polskiego geografa i odkrywcy Pawła Strzeleckiego, który nazwał najwyższą górę Australii imieniem Kościuszki; chociażby najbardziej niebezpiecznym szlakiem off-roadowym świata Canning Stock Route, którym na początku wieku pędzono bydło; chociażby przed siebie, gdzieś w interior, gdzieś „w sedno sprawy”, jak pisze o organizowanych przez siebie wyprawach autor.
Książka, która rozbudza apetyt. I to nie tylko na stek z kangura 😉
TYTUŁ:  Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia.
AUTOR: Marek Tomalik
WYDAWNICTWO: Otwarte
LICZBA STRON: 316

Be first to comment