Fogarasze: dach Rumunii

Fogarasze to najwyższe góry Karpat Południowych i Rumunii ogólnie. Znajduje się tu 7 z 13 szczytów rumuńskich przekraczających 2500 metrów. W Karpatach tylko słowacka część Tatr jest  wyższa. Chociaż dzięki szosie transfogaraskiej są łatwo dostępne dla turystów, to z pewnością nie nadają się do stawiania pierwszych kroków w turystyce górskiej. Polodowcowe kotły, urwiste ściany, ostre granie, szybko zmieniająca się pogoda, która nawet w lecie może przynieść opady śniegu, nikła infrastruktura turystyczna. Wszystko to sprawia, że Rumuńskie Alpy, jak czasami zwie się to pasmo, wymagają od turysty doświadczenia i rozwagi.

Góry rozciągają się równoleżnikowo, na długości ponad 70 km. Przez główną grań poprowadzono czerwony szlak turystyczny, który umożliwia przejście pasma ze wschodu na zachód. Wędrówkę można rozpocząć w „rumuńskim Krakowie”, jak zwie się czasami  – Brasov i zakończyć w architektonicznej perełce, która w 2007 roku była europejską stolicą kultury Sybinie. Przejście całej grani zajmie około 6-7 dni. Pod warunkiem, że zaopatrzymy się w ekwipunek biwakowy i namiot. Na trasie można spotkać schrony turystyczne, jednak cabany (schroniska) umiejscowione są poniżej 2000 m n.p.m.
źródło: http://www.transylvaniadreaming.eu
Dla turystów, którzy nie mają tyle czasu lub chcą zmierzyć się z górami na „lekko”, najlepszą opcję będzie wjechanie szosą transfogaraską pod hotel Balea Lac i zrobienie 2-3 dniowej pętli wokół najciekawszych szczytów tych gór. Skalistego i trudnego Negoiu (2535 m n.p.m.) lub najwyższego w kraju Drakuli – Moldoveanu (2544 m n.p.m.).
My wybraliśmy opcję numer dwa…
Podragu Lac w promieniach porannego słońca

 

DZIEŃ 1: DOJŚCIE DO CABANA PODRAGU
Cabana Balea Lac – Lac Capra (czerwony pasek) – Fereastra Zmeilor – (niebieski pasek) Cabana Podragu
Czas: 6 h
Trudność: Średnio trudna lecz z dużą liczbą podejść
Wierzchołki Fogaraszy nikły we mgle, tworząc klimat rodem z opowieści o Drakuli. A zapowiadali taką ładną pogodę, miało być słonecznie i bezchmurnie… Z każdym następnym zakrętem szosy transfogaraskiej zastanawiałem czy warto pchać się wyżej. Nie wyglądało to zbyt optymistycznie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, owiał nas zimny wiatr. Puste stragany przy Balea Lac straszyły ludowymi pamiątkami. Był środek sierpnia a temperatura sięgała 10 stopni. Otaczające największe jezioro polodowcowe w Fogaraszach szczyty przykrywała gęsta, mleczna zasłona. Tylko dźwięk owczych dzwoneczków utwierdzał w przekonaniu, że powyżej toni znajduje się majestatyczna ściana. Opatuleni w czapki i rękawiczki sprzedawcy nie pozostawali złudzeń, że pogoda w najwyższych górach Rumunii rządzi się własnymi prawami. Pozostawała nadzieja, że jeszcze się wypogodzi.  W końcu było wcześnie…

 

Póki co postanowiliśmy ogrzać się w pensjonacie Balea Lac.  Owocowa herbatka (bo tylko taką pijają Rumuni) i serowy omlet szybko postawiły nas na nogi. Natomiast ceny zwaliły na kolana. Pensjonat jest jak na warunki rumuńskie dość drogi. Na pewno nie warto tam zatrzymywać się na dłużej, a już na pewno nocować. Przy dobrej pogodzie miejsce tonie w turystach, i to nie tych z gatunku chodzących po górach. Przekonaliśmy się o tym ostatniego dnia po zejściu ze szlaku, gdy na obsługę trzeba było czekać dobrych kilkadziesiąt minut.

Komercyjna Balea Lac widziana z niebieskiego szlaku
Tego dnia naszym celem było przeciwieństwo tego miejsca. Pozbawione prądu i wody, klimatyczne schronisko Podragu. Najpopularniejsza i najwyżej położona cabana w Fogaraszach (2136 m n.p.m), dobry punkt wyjściowy do zdobycia Moldoveanu i  idealne miejsce noclegowe po trudach wędrówki. Punktem startowym spod jeziora Balea jest szlak niebieskiego trójkąta, który prowadzi do Przełęczy Caprei, na której znajduje się główny szlak czerwony.

Przełęcz znajduje się na wysokości 2315 m n.p.m.  więc już na samym początku wędrówki trzeba  pokonać 300 metrów przewyższenia, na dość krótkim odcinku. W czasie wspinaczki doskonale widać ogrom prac włożonych w wykonanie trasy transfogaraskiej. Jej nitka malowniczo wije się w dole, uświadamiając jak wielką ingerencję w przyrodę dokonał w tym miejscu człowiek.

Ekipa w drodze na pierwszą przełęcz. Tego dnia trochę ich było…
 
Przełęcz Caprei (2315 m n.p.m.)

Po 30 minutach wspinaczki jesteśmy na szczycie. Zaczyna wiać. Chmury coraz szybciej poruszają się po nieboskłonie. Gdzieniegdzie przebija się błękitne niebo i promienie słońca. Zanosi się na słoneczny dzień! Przed nami błyszczy tafla pięknego jeziora Capra (2249 m n.p.m), w oddali widać charakterystyczny kształt pomnika Nerlingera, upamiętniający śmierć dwójki turystów w 1934 r. Sielankowe miejsce. Nic dziwnego, że ktoś postanowił robić tu swój namiot (obszar Fogaraszy – co za paranoja! – nie jest parkiem narodowym, rozbijać można się więc wszędzie gdzie popadnie). Ze wzgórza roztacza się widok na drugą część trasy transfogaraskiej, która przebija się przez góry kilometrowym tunelem.

Lac Capra… piękne miejsce
 
Nitka szosy transfogaraskiej po południowej stronie gór

Przez następną godzinkę wędrujemy dobrze oznakowanym i niezbyt wymagającym szlakiem, przecinającym najpierw boczny grzbiet wierzchołka Capra, a potem ciągnącym się równoleżnikowo wzdłuż podnóża głównej grani. Można skupić się na widokach i pstrykaniu zdjęć. A jest co oglądać. Olbrzymia przestrzeń zielonych wzgórz ciągnie się w każdym kierunku. Polodowcowe kotły schodzą stromo w dół kamienistymi żlebami. Przy ogromie przyrody wszystko wydaje się malutkie…

 

W dole widoczny żółty szlak trójkąta prowadzący do Bramy Arpasului

 

W tym miejscu szlak prowadzi poniżej głównej grani – wierzchołki są zbyt niebezpieczne dla ruchu turystycznego.
 

W miarę zbliżania się do Okna Smoków (Fereastra Zmeilor)– charakterystycznej formacji skalnej, przy której szlak rozdwaja się na dwie odrębne ścieżki, spotykamy coraz większą liczbę turystów. Robi się wielokulturowo: Rumuni, Węgrzy, Niemcy, rodacy… – to ledwie kilka z nacji, które spotkamy jeszcze tego wieczoru w schronisku Podragu. Natłok turystów powoduje, że zaczynam obawiać się o nasze miejsca noclegowe. Rezerwowałem je jeszcze z Polski, wysyłając esemesa, ale brak odpowiedzi nie daje pewności, że łóżka będą na nas czekać…

Wreszcie dochodzimy do skalnego łuku. Do Podragu prowadzą stąd dwa szlaki: niebieski krzyż, biegnący bocznymi grzbietami (łatwiejszy technicznie lecz dający niezły wycisk kondycyjny) i czerwony pas, poprowadzony głównym grzbietem – trudniejszy technicznie, z elementami łańcuchów, lecz zdecydowanie mniej męczący. Wybieramy opcję niebieską i ruszamy na spotkanie z górskim roller coasterem.

Fereastra Zmeilor, to rozwidlają się szlaki
 
Schron Fereastra widoczny poniżej grani
Panorama okolicy

 

Trasa co chwilę wznosi się do góry, by za chwilę opaść w dół do malowniczego żlebu.  Podejście, zejście, podejście, zejście… Łącznie przekracza się trzy, masywne grzbiety, odchodzące od głównej grani. Na tym odcinku nogi naprawdę dostają wycisk. Szczególnie kiedy wędruje się z plecakiem wypakowanym ekwipunkiem na trzy dni…Tempo wędrówki zdecydowanie spada. Damska część ekipy zaczyna przebąkiwać coś o zmęczeniu. Tymczasem na głównej grani widać sznurek turystów, którzy rywalizować będą z nami o miejsce na pryczach. Podejmujemy decyzję. Chłopaki dostosują się do tempa narzuconego przez moją połówką a ja szybszym krokiem ruszę na spotkanie z teoretyczną rezerwacją.
  Na mapach Dimapu szlak znakowany jest paskiem…

 

Narzucam spore tempo i już wkrótce spoglądam z góry na trzy małe punkciki. Znowu zatrzymali się na postój! Ale nie ma się czemu dziwić kotlinka jak z obrazka: piękne słońce, szemrzący strumyk, zielone wzgórza – aż nie chce się ruszać z miejsca. Łapczywie łapię widoki w kadr. Cyfrowe aparaty to przekleństwo nadmiaru! Pstrykam i pstrykam, uraczony krajobrazem. Jeszcze jedno zejście i będę przy Podragu.

Skąd oni biorą tyle batonów???
 

 

Przechodzę przez grań i moim oczom ukazuje się jeziorko (Lac Podragel). Ale gdzie schronisko? Wyciągam mapę i uginają się pode mną nogi. Jestem dopiero przy drugiej kotlince… Schronisko leży za kolejnym grzbietem. Cóż począć, do zimnego Ursusa daleka droga…

Widoki z drugiego grzbietu na masyw Piscul Podragului
Podragel Lac
 

Tymczasem zejście okazuje się dosyć wymagające. Szlak prowadzi wąskim, mocno nachylonym żlebem, wypełnionym luźnym granitem. Kamienie osypują się lawinami, przyczepność minimalna. I jak to zwykle w takich miejscach bywa, zero łańcuchów…  W tym miejscu trzeba być bardzo uważnym. Oprócz fragmentu czerwonego szlaku zwanego szumnie „trzy kroki do śmierci”, to chyba najtrudniejszy fragment na opisywanej pętli. Mnie osobiście przypominał charakterystyczny komin, jakim wędruje się przez nasze tatrzańskie Granaty.

 

Mijam kolejną  kotlinkę, jeszcze tylko ostatnie podejście i… jest. Z przełęczy Lacuri wygląda jak zabawkowy domek, makieta zagubiona w górach – Cabana Podragu, miejsce w którym spędzimy dwie następne noce. Po trzydziestu minutach jestem już w środku, czekam na wyrok. Charyzmatyczna właścicielka przybytku, energicznie kartkuje zeszyt zamówień. Wśród wielu obcojęzycznych nazwisk dostrzegam również swoje. Alleluja! Mamy kimanie!

Cel wędrówki: Cabana Podragu i malownicze jezioro o tej samej nazwie

Zrzucam plecak przy wskazanej pryczy i ruszam na spotkanie z bufetem. Zimny Ursus jeszcze nigdy nie smakował lepiej. Rozkładam się na zewnętrznej i z niecierpliwością oczekuję towarzyszy. Zjawiają się 2 godziny później, tuż po grupie dwudziestu Francuzów, którzy zeszli z gór. Dobrze, że esemes dotarł do adresata…

Są! Żyją!
    Widoczki spod schroniska

 

 

Tak prezentuje się dolina Podragu z ostatniej przełęczy 
CZYTAJ DALEJ:

Be first to comment