Fogarasze: Dach Rumunii (cz.2)

DZIEŃ 2: MOLDOVEANU

Cabana Podragu (czerwony trójkąt) – Saua Podragului (czerwony pasek) – Moldoveanu – Cabana Podragu (powrót tym samym szlakiem)
Czas: 6 h
Trudność: Średni
Pobudka na twardej pryczy, za oknem… brak gór. Jest gorzej niż pierwszego dnia. Nie widać nic na 10 metrów. Pozostaje nam tylko nadzieja, że rozpogodzi się jak dzień wcześniej. Musi! Przecież wybieramy się na najwyższy szczyt Rumunii. Moldoveanu here we come!
           
Ruszamy koło 9 rano. Cel numer jeden: Przełęcz Podragului 2307 m n.p.m, z której dostaniemy się na główny szlak graniowy. Dobrze, że droga jest gęsto znakowana, bo naprawdę nie widać nic. Mijamy niewielkie jeziorko i źródło, z którego początek bierze strumyk płynący przy schronisku. Przypomina mi się scena z Władcy Pierścieni, gdy Frodo z Samem przedzierali się przez bagna Mordoru. Zimno, wilgotno, i nie ma szans na dobre zakończenie…
Po 30 minutach jesteśmy już na głównej grani.  Przynajmniej tak twierdzi drogowskaz. Teraz cały czas przed siebie, aż do najwyższego punktu Rumunii.  Mijamy kolejne niewidoczne  widoki, mgła gęsta jak kożuch przykrywający smakowite kakao. W głowie wizualizują się zdjęcia przyjaciela, który był tu rok wcześniej. Ech, takie miejsce i nie zobaczyć wszystkiego co jest dookoła…
 Nadzieja umiera ostatnia.
No chyba, że ktoś ją dobije. Z mgły wyłania się grupka rumuńskich dzieciaków, które dzień wcześniej dzieliły z nami wieczór w Podragu. Wracają z nieudanej próby zdobycia Moldoveanu. Don’t go there, you will die– rzuca osiemnastolatka o typowej dla Rumunek urodzie (kiedy piszę „typowej” mam na myśli śliczną, śliczną dziewczynę).  Widząc krótkie spodeneczki i płócienne koszulki nabieram nadziei, że nie jest tak źle. Po prostu było im zimno.
Tracę ją 40 minut później (nadzieję). Z mgły wyłania się dwójka znajomych postaci. Patryk i Robert, to czesko-niemiecki team hydrologów, którzy jeszcze poprzedniego wieczoru wymieniali z nami opinie na temat czeskiego gotyk rocka, wałów przeciwpowodziowych we Wrocławiu i niemieckiego ordnungu. You will see nothing – rzuca pierwszy. We are going back, there’s no point to waste your time – uzupełnia drugi.  Jeszcze raz przybijamy piątki i mimo braku nadziei na przejaśnienie idziemy dalej (jest już po 12…)
Dochodzimy do Przełęczy Orzanelei. Magia najwyższej góry, sprawia, że mimo beznadziejnej pogody ludzi jest całkiem sporo. To ostatni moment przed podejściem na Moldoveanu gdzie można uzupełnić węglowodany.  Wszyscy wyciągają zapasy, szeleszczę papierkami. Mgła ani drgnie. Staję się głównym winowajcą niepogody. Zaczynamy podejrzewać klątwę najwyższych szczytów, która ciągnie się za mną. Miesiąc wcześniej byłem na Rysachi pogoda była identyczna…
Mimo to wchodzimy. Może nie będzie nic widać, ale górę trzeba zaliczyć. Podejście nie jest najgorsze. Po krótkiej wspinaczce osiągamy szczyt Vistea Mare (2527 m n.p.m.), z mgły wyłaniają się porzucone plecaki.  To ostatni postój przed najwyższym punktem Karpat Południowych. Przed szczytem czeka nas jeszcze krótki i niezbyt trudny odcinek z łańcuchami, warto w tym miejscu pozbyć się balastu.

Moldoveanu. Dach Rumuni. Tylko tabliczka i tłum proszących o zdjęcie ludzi świadczy o tym, że faktycznie zdobyliśmy szczyt. Cóż począć, w górach pogoda zmienną bywa. Nauczyłem się już akceptować wyroki najwyższego. Pogody nie przeskoczysz. Dobrze, że udało się dojść. Niech satysfakcja wystarczy za panoramki.

 

Kiedy schodzimy do przełęczy pod szczytem, wcale już tak nie myślę. Żona prawie siłą musi powstrzymać mnie przed powrotem. Nagle, niczym za dotknięciem Najwyższego, mgła zaczyna znikać. Wychodzi niebo, błękitne, po horyzont. Chmury zatrzymują się na grani. Za nami pręży się trapezowaty kształt Moldoveanu. Góry kolejny raz pokazują swoją wielkość. I pomyśleć, że zabrakło nam 20 minut… Walczę sam ze sobą. Wszystko, na co mogę sobie pozwolić, to fotograficzne kadry…

 

Vistea Mare i Moldoveanu w pełnej krasie

 

 

 

Aż do samego schroniska towarzyszy nam idealna pogoda. Nie śpieszymy się, zachłannie chłoniemy widoki, znajdując czas na odpoczynek. Mamy czas. Jest sierpień, są wakacje. Do takich widoków zdążymy jeszcze zatęsknić nie raz…

 

 

 

  

CZYTAJ DALEJ:
Fogarasze: Dach Rumuni cz.3

ZOBACZ TAKŻE:
Fogarasze: Dach Rumunii cz.1

1 Comment

  • Odpowiedz Listopad 14, 2012

    Anonymous

    Tak!pogoda spłatała nam wtedy niezłego figla. W dordze na „dach Rumunii” pogoda praktycznie z minuty na minutę zmieniała się na gorsze- gęstniejąca mgła, mżawka, która przybierała na sile i wzmagający się zimny wiatr. Ale za to droga powrotna! Słońce, żadnej chmurki na niebie (to chyba ten wiatr je rozgonił)i piękne widoki!
    Z niecierpliowścią czekam na kolejny wpis, w szczególności recenzję schroniska Podragau.
    M.

Leave a Reply