Cabana Podragu: Fogarasze

Pierwszy schron górski powstał przy jeziorze Podragu w 1885 roku z inicjatywy Siedmiogrodzkiego Towarzystwa Karpackiego (SKV). Organizacja ta skupiała Sasów zamieszkałych w Transylwanii i zainteresowanych popularyzowaniem turystyki górskiej.  Murowany budynek schroniska postawiono w latach 30-tych XX wieku. Współczesny, dwupiętrowy gmach został wzniesiony w końcówce lat czterdziestych i do dziś służy turystom.
 
Zimowa przybudówka… i suszące się pranie
Cabana otwarta jest w okresie od maja do listopada. W zimie można korzystać wyłącznie z przybudówki-schronu. Jeśli wybieracie się w te okolice w okresie wakacyjnym, to warto zarezerwować miejsca wcześniej, w tych miesiącach jest naprawdę tłoczno.  Brak zasięgu sprawia, że prowadząca obiekt Corina raczej nie odbierze telefonu, za to esemes  powinien dotrzeć bez problemu. Jesienią i zimą można się również kontaktować mailowo. W przypadku braku rezerwacji, teoretycznie powinniście dostać miejsce na przysłowiowej „glebie” w świetlicy. Podczas naszego pobytu ludzi było jednak tak dużo, że grupka stetryczałych Francuzów wraz z wnukami (20 osób!) musiała szukać schronienia w niżej położonym schronisku Turnuri (według poznanych  w cabanie osób, standard jest tam ponoć wyższy, niż na Podragu).
 Osiołków jest sporo w całej Rumunii, nie inaczej w Fogaraszach 😉
 Ten był wyjątkowo fotogeniczny…
Ktoś tu musi być szefem…

 

Podragu z pewnością nie jest miejscem dla osób, które nie wyobrażają sobie dnia bez prysznica i golenia. Wszystko, na co można liczyć, to metalowa, piętrowa prycza, we wspólnym pokoju, micha ciepłej zupy, owocowa herbata, ciepły, choć gryzący, koc i toaleta na Małysza. Mało? Biorąc pod uwagę piękno i wyjątkowy charakter tego miejsca, starcza w nadmiarze. Poza tym zawsze można wykąpać się w okolicznych jeziorkach. Woda lodowata jak na biegunie, za to po kąpieli człowiek czuje się jak nowo narodzony i od razu mu cieplej. Polecam!
Chwila wahania… daruję wam zdjęcia po ściągnięciu koszulek 
Bufet nie poraża może liczbą potraw, za to te, które akurat są – czasami trzeba czekać, aż Corina nagotuje olbrzymi gar zupy – są całkiem smaczne. Tradycyjne ciorby, fasolka, rano sadzone jajko lub jajecznica. Wśród trunków króluje puszkowy Ursus i domowej roboty palinka.  Niech nie odstraszy was rozlewanie z plastikowych butelek i zapach przypominający rumuńskie paliwo traktorowe, z herbatą smakuje naprawdę znośnie.  Poza tym wychodzi dużo ekonomiczniej niż drogie (10 lei) piwo. Dwie szklaneczki i gwarantuję, że wraca życie. Piłem i póki co, noszę ciągle te same okulary 😉
 Typowe menu, skromne, ale pieruńsko smaczne!
Nocleg kosztuje 35 lei. Warto zabrać ze sobą śpiwory, bo mimo podstawowego wyposażenia w nocy bywa dosyć… hmmm… chłodnawo ;).  W razie czego ogrzać można się na świetlicy. Międzynarodowe środowisko na pewno nie pozwoli się wam nudzić: Niemcy, Amerykanie, Francuzi, Włosi, Rumuni, no i oczywiście Polacy…


Wiem, wiem, nie wygląda zbyt  obiecująco, 
ale  po zejściu z gór  oczy same się zamykają.
 
Pierwszego wieczoru spotkaliśmy grupkę osób, wśród których znalazło się małżeństwo, z którym łączyło nas więcej, niż nam się na początku wydawało. Dziewczyna w dzieciństwie mieszkała w naszym rodzinnym mieście, zaś kolega Mirek pracował wspólnie z naszą  przyjaciółką, która jeszcze tydzień wcześniej żartowała, że może spotkamy się w Rumunii. Świat jest mały…
  Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi 😉
 
 Harnasie tu byli! Wśród wielu wlepek, znalazła się również ta zza miedzy.
 Góry, palinka, karcioszki… i czego chcieć więcej?
 

Miło wspominam również muzyczno-górsko-polityczną dyskusję z dwoma (sic!) hydrologami z Niemiec, z których jeden pochodził tak naprawdę z Czech. Zaś drugiego wieczoru poczęstunek jaki zgotowało nam dwóch Rumunów. Jeden miał nóż olbrzymi jak kielecka kosa – poczęstował nas twardym, owczym serem, którego wielkość była równa kołu od roweru, drugi wyciągnął natomiast malutki kozik, którym z sosnowego pieńka nabrał aromatycznego serka twarogowego. Z niejednego talerza już jadłem, ale ten smak mam do dzisiaj w gębie. Coś niebywałego. Do dziś żałuję, że nie kupiliśmy zapasu na kolejne pół roku. Przy następnej wizycie w Rumunii, nawiozę tego pełną lodówkę!

 I jeszcze kilka widoczków z okolic schroniska…

Podsumowując. Pierwsze wrażenie może być dosyć brutalne. Metalowe prycze, odrapane ściany, brak prysznica, chłód, wilgoć… ale, to tylko drobnostki… Nie warto zaprzątać sobie nimi głowy. Liczy się klimat, magia miejsca i niesamowici ludzie. No i góry. Dzięki nim Cabana Podragu, jest miejscem, do którego chce się wracać. Ja już nie mogę się doczekać kiedy znowu stanę na tej werandzie z kubkiem owocowej herbaty i  oniemieję z wrażenia wpatrując się w Karpaty.

JEDZENIE: 4
INFRASTRUKTURA: 3,5
SZLAKI: 4,75
KLIMAT: 4,75
OCENA: 4,5 (głównie ze względu na niesamowite wspomnienia i widoki)

Be first to comment