Alfabet zakochanego w Indiach: Jean Claude Carriere

Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na czytanie. Godzinka po obiadku, pół godziny po śniadanku, to zwykle wszystko, czym karmię swoje szare komórki. Dlatego ta książka wlokła się za mną jak krówka ciągutka. Na szczęście formuła hasłowa, jaką wybrał autor pozwoliła nie zapomnieć smaku lektury i w spokoju delektować się Indiami. Kawałek po kawałeczku, temat po temacie, najadłem się do woli. A wiadomo, że jest w czym wybierać. Religia, muzyka, taniec, kuchnia, filozofia, zabytki, społeczeństwo, historia, polityka… literatura. Wszystko jest w Indiach inne, różne od europejskiego spojrzenia na świat i kulturę. Każdy znajdzie kąsek odpowiedni dla siebie.
Największa demokracja świata to kraj kontrastów, gdzie materializm walczy z duchowością, monotonia ustępuje różnorodności,  a przyroda klęka przed drapieżną cywilizacją.  Indie to kocioł kulturowy o tysiącletniej historii, kraj o wielu twarzach, setkach nierozwiązanych problemów i milionach obywateli. Czy taką kulturę można w ogóle opisać? Przybliżyć czytelnikowi?

Tylko wyrywkowo, wyłącznie subiektywnie.
Czy jest coś co łączy tę cywilizację? Sprawia, że trwa? Czy istnieje klucz do poznania tej niesamowitej kultury? Autor książki sugeruje, że tak. To Mahabharata, najdłuższy poemat epicki świata, od którego  w Indiach wszystko się zaczyna… i kończy.

Jean Claude Carriere to uznany scenarzysta i autor, który współpracował z największymi tuzami współczesnej kinematografii: Bunuelem, Formanem, Schlöndorffem, Godarddem, Wajdą, Brookiem… To właśnie z tym ostatnim zrealizował 9 godzinny film na podstawie najbardziej znanego hinduskiego eposu. To podróże odbyte w trakcie realizacji tego projektu zapoczątkowały jego „miłość” i zachęciły do dalszego odkrywania Indii. I właśnie tak narodził się pomysł na książkę alfabet, swego rodzaju subiektywny przewodnik po tym, co na azjatyckim subkontynencie intrygujące, zadziwiające, warte zobaczenia i wyjaśnienia.

Książkę można czytać hasło po haśle, lub kartkując, co bardziej interesujące tematy. Każde opracowanie opowiada o innym, istotnym dla autora motywie. I chociaż wydawałoby się, że w tak zróżnicowanym alfabecie nie sposób znaleźć liter, które się powtórzą lub ułożą w nudną treść, to niestety pozory mylą.
Mimo interesującej zawartości i tematu, wadą książki jest jej styl – zbyt rozwlekły, nużący i patetyczny. Bliżej mu do eseju lub poetyckiej rozprawy, niż do dynamicznej formy reportażowej, która wydawałaby się tu najbardziej na miejscu. Czasami odnosi się wrażenie, że autor za bardzo inspiruje się literaturą hinduską i natchnienia szuka w uwielbionej Mahabharatcie, zapominając o profilu współczesnego czytelnika, który szuka literatury bardziej otwartej i dynamicznej. Wstyd się przyznać, ale bywały momenty, że kartkowałem strony, przeskakując co bardziej nudne hasła…
Spytacie więc po co tracić czas na lekturę?  A kto powiedział, że to czas stracony? Przecież żeby nauczyć się czytać trzeba najpierw poznać alfabet. A ten w przypadku Indii, nie należy do najłatwiejszych. Za to na pewno do zróżnicowanych. Podróżując po kraju kontrastów nie sposób uniknąć wrażeń, które nie koniecznie należą do przyjemnych. Taki już urok Indii. Albo się je kocha, albo nienawidzi.

TYTUŁ: Alfabet Zakochanego w Indiach
WYDAWNICTWO: Drzewo Babel, Warszawa 2009
PRZEKŁAD Z JĘZYKA FRANCUSKIEGO: Wiktor Dłuski
LICZBA STRON: 344

PS.
Dla ścisłości. Tego samego autora, w tym samym wydawnictwie, według tego samego pomysłu, została również wydana książka „Alfabet zakochanego w Meksyku”.

ZOBACZ TAKŻE:
Paulina Wilk: Lalki w ogniu

Be first to comment