Piatra Craiului: Cabana Plaiul Foii

KIEDY: 7-10.08.2012
GDZIE: Rumunia (Transylwania): Piatra Craiului
WYSOKOŚĆ: 849 m n.p.m.

[Ok, jest połączenie]
Buna dimineata.
Halo???
[Jednak nie ma się co silić na rumuński. Spróbujmy tak…] 
Good morning. Do you speak englisch?
Słucham???
Pani mówi po polsku?!
Oczywiście.
[No tera to mnie kobieta rozłożyła! Mówi po polsku!]
Świetnie! Mamy u Państwa rezerwację na cztery osoby.
Słucham???
Dodzwoniłem się do Cabana Plaiul Foii?
Słucham???
[Może to jedyne słowa, które zna?]
Rezerwowałem pokój dla czterech osób…
Słucham?
[Chyba tak…]
W Państwa schronisku… Pokój… Cztery osoby…
[Durniu! Nie wykręciłeś kierunku do Rumunii!]
Przepraszam… Moja pomyłka…
W końcu dodzwaniam się na właściwy numer. Pani nie mówi po polsku. Za to odrobinę po angielsku. Niestety nie ma dobrych wieści. Rezerwacji na moje nazwisko brak. Mimo, że jeszcze w Polsce otrzymałem mailowe potwierdzenie! „Ale proszę przyjechać, może się coś zwolni…”.
Cztery godziny później i kilkadziesiąt dziur w rumuńskiej drodze dalej, dojeżdzamy przed zadabny budynek, położony u podnóża Piatra Craiului.  Sporo samochodów, tłumy gości, zapachy pieczystego drażnią nozdrza. Z werandy roztacza się widok na całe, urzekające, wapienne pasmo. Poezja. Oby mieli miejsca… Stołuje się tu chyba połowa Zarnesti.
„Strona przez, którą rezerwowali Państwo noclegi jest fałszywa” – mówiący nienangannym angielskim kelner tłumaczy dlaczego nasza rezerwacja nie dotarła do adresata. „Ktoś podszywa się pod schronisko”. Tylko po co miałby to robić? – myślę. Przecież i tak nie przesyła się zaliczki… „Mamy dla Państwa dwa inne pokoje. Ale tylko na dwie noce”…
Kręcą. Ale co tam. Ostatecznie za 10 lei więcej, czyli 40 od osoby, dostajemy dwa niezależne pokoje. Czyste, schludne, z wygodnymi łóżkami. Na krzesełkach komplety ręczników, z okna widoczek na pobliski las, którego brzegiem przebiega czerwony szlak na główną grań. Gdzieś w oddali słychać dzwoneczki owiec wracających z wypasu. Trochę zagłusza je gwar klientów, którzy tłumnie przybyli zasmakować lokalnej kuchni, ale co tam, i tak jest nieźle. Po dwóch dniach podróży, kilkunastu godzinach za kółkiem i zwiedzaniu miast w 30 stopniowym upale, w końcu góry! Wreszcie mogę napić się piwa i zaczerpnąć karpackiego powietrza w płuca.
 Okolice schroniska
 
Szybka kąpiel w czystej i estetycznej umywalni stawia na nogi. Nie ma mowy o toaletach „na Małysza” i klepisku na ziemi, standard jak w średniej klasy hotelu. Odświeżeni ruszamy na spotkanie z zawartością menu. Z ilości ludzi wnoszę, że kucharz zna się na rzeczy [tego wieczoru nie zdążyliśmy co prawda skosztować żadnych specjałów, ale taki tok narracji bardziej pasuje mi do struktury opowieści – licentia poetica].
Siadamy na werandzie i z podziwem wpatrujemy się w pionowy grzebień wapieni. Góry wygladają majestatycznie. Uwodzą pierwotną dzikością i kuszą pionowymi ścianami. Sprawiają wrażenie bardzo trudnych [i są!]. Pocieszam towarzystwo, że u góry jest płasko i zielono (ostatecznie tylko ja zweryfikuję teorię w praktyce).
Panorama gór spod schroniska
 (By Rav)

Wertujemy menu. Obszerne, potrawy w rozsądnych cenach. Szkoda, że tylko jedna karta jest po angielsku. Za to kelner mówi w tym języku. Składamy zamówienie i rozkładamy mapę. Jutro pierwsze wyjście w góry, rozgrzewka przed wejściem  na najwyższy szczyt La Om.

Sączymy Ciuca i przyzwyczajamy się do braku „normalnej” herbaty. Wszędzie tylko granulat i owocowy czaj. I tak przez następne 2 tygodnie. Rumuni nie piją normalnej herbaty!
Czekamy…
I czekamy…
I jeszcze piętnaście minut…
„Długo robią, znaczy się, że będzie dobre” – pada pobożne uzasadnienie.
Wreszcie jest. Wygląd usprawiedlwia długi czas oczekiwania. A smak? Mmmmmmmmm. Żałuję, że mieliśmy jeszcze tylko trzy okazje do pieszczot kubków smakowych. Jedzenie w Plauil Foii zasługuje na cztery gwiazdki. Szczególnie dobrze zapamiętałem „Mołdawską Tochiturę”. Aczkolwiek wszystko co wylądowało na naszych talerzach jest godne polecenia: gulasz z kurczaka, ciorby, deska mięs,deska serów, gulasz grzybowy, mamałyga. Brakuje jedynie „niepiklowanych” warzyw. Człowiek ma wrażenie, że świeże można kupić wyłącznie na straganach, bo te zamawiane w restauracjach, przed wylądowaniem na talerzu zawsze przechodzą kąpiel w zalewie. Chociaż piklowane, zielone pomidory są niczego sobie.
Zdjęcie ze strony restauracji
W kolejnym Ciucu widać dno. Niestety kuchnia tylko do 21. Jednak dla spragnionego nic trudnego. Wypatrujemy niewielki sklepik na uboczu schroniska. Światełko w tunelu.  Właściciel wita nas zdziwionym wzrokiem. Wygładzonym przez alkohol angielskim odwzajemniamy zdziwienie. Pan w średnim wieku zalicza się do tej nielicznej grupy Rumunów, która nie zna nawet słowa w języku Shakespeara. I wtedy zjawia się on. Cyprian Lolu. Nasz górski guru. Człowiek encyklopedia. Kompan na następne trzy wieczory. Pracownik Salvamontu – rumuńskiego pogotowia górskiego – który ma dyżurkę, tuż za rogiem knajpki.
Wita nas podręcznikowym angielskim, niczym z listningu „How to pronounce english words properly”:
„Hallo guys, how can i help you?!”
Bez problemu uzyskujemy informację na temat różnic smakowych poszczególnych marek piwnych i wychodzimy ze stosownym zapasem paliwa. Dopiero nazajutrz orientujemy się, że sklepik nie jest samoobsługowy. Sprzedawca podaje wszystko przez okienko i nie ma w zwyczaju puszczać klientów na zaplecze. Musiał się chłopina zdziwić kiedy dwójka swingujących turystów zaczęła przerzucać mu towar w lodówce i komunikować się w niezrozumiałym, szeleszczącym języku.
Jednak rozpoznanie nie poszło na marne. Okazało się, że u sąsiadów: A) alkohol jest tańszy B) noclegi są tańsze C) Towarzystwo zasługuje na uwagę. Brak noclegów na kolejne dwa dni przestaje być problemem. Rezerwujemy czterosobowy pokój za 80 lei. Czyli w cenie o połowę mniejszej niż w Cabana Plauil Foii. Standard troszkę gorszy, przypomina nadbałtyckie kwatery pani Heli z początku lat dziewięćdziesiątych. W pokoju wieje wilgocią, prysznic na zewnętrznej, w osobnym budynku, czasami spadki prądu. Ale nie czepiajmy się. To szczegóły. Prycza jest prycza. Zjeść można w cabanie, napić się i wyspać tutaj. Pokój dostaniecie w ciemno. Turystów jest znacznie mniej. Za to wieczorem można liczyć  na ciekawe towarzystwo.
Ze wspomnianym już Cyprianem od razu odnajdujemy wspólny język. („So, how was the trip?”) Każde wyjście w góry i plany dalszych tras w innych pasmach konsultujemy z jego doświadczeniem („It’s very nice and beautiful track”). Informacje, które nam przekazuje okazują się bardzo pożyteczne i pomogają uniknąć kłopotów w górach („But be careful, there is a lot of stable and unstable rocks…”). Jeśli potrzebujecie wiadomości na temat gór, chcecie zarezerwować nocleg po rumuńsku lub po prostu poradzić się, jaką trasę wybrać, uderzajcie w ciemno („Always and everywhere”).  Facet naprawdę zna się na górach i wie jak zainteresować rozmówcę. („Come on guys i don’t belive you, the track is very well marked!”). Do tego zawsze otwarty na pomoc. Pełen szacun.
Bezpośrednio ze schroniska prowadzą trzy interesujące szlaki turystyczne:
– Żółty trójkąt do schronu Diana (około 6 godzin, tam i z powrotem);
– Czerwony pasek na La Om przez La Zaplaz (około 10 godzin, bardzo trudny);
– Czerwony pasek i dalej niebieski trójkąt na Przełęcz Fundurii (bardzo malowniczy szlak prowadzący u podnóża granii, trudny i męczący, około 12 godzin)
(Zobacz opisy tras)
Jeśli chcecie pochodzić w częśći północnej to polecam schronisko Curmatura. Plauil Foii to idealne miejsce na wypoczynek z rodziną lub dwa, trzy krótkie wypady. Samochód bez obaw można zostawić na parkingu. Istnieje również możliwość rozbicia namiotu na pobliskim polu namiotowym.
 Stali bywalcy schroniska…
 
( By Rav)

Ocena łączona, Cabana Plauil Foii i sąsiedni bar wraz z pokojami noclegowymi – w nawiasach. (Kiedy wejdziecie na teren parkingu przed sobą zobaczycie cabanę, po lewej wspomniane kwaterki. Dyżurka Salvamontu przyklejona jest do budynku i znajduje się tuż przy drodze).

JEDZENIE: 4.75 (wyłącznie napoje)
INFRASTRUKTURA: 4.5 (3.75)
SZLAKI: 4.5 (4.5)
OBSŁUGA: 4 (4)
KLIMAT: 4 (4.75)
OCENA 4.5 (4.75)

Be first to comment