Orla Perć (cz.2)

KIEDY:23.06.2012
GDZIE: Tatry
WYSOKOŚĆ: Zawrat (2159 m n.p.m.) – Krzyżne (2112 m n.p.m.)
Orla Perć. Najtrudniejszy szlak w polskich Tatrach. Ponad 100 ofiar śmiertelnych od momentu otwarcia w 1909 roku. Duża ekspozycja, liczne łańcuchy i klamry, żelazne drabinki, strome żleby i wąskie chodniki skalne. Legendarna trasa śmiało pnąca się skalistą granią od Zawratu (2159 m. n.p.m.) po Krzyżne (2112m n.p.m.). Z pewnością nie dla każdego. Z pewnością wyczerpująca i budząca respekt. Z pewnością wymagająca przygotowania i ciągłego skupienia. Czy faktycznie tak trudna, jak ją opisują? Czy aż tak niebezpieczna? Wszystko zależy od doświadczenia, koncentracji i warunków pogodowych, w których się wspinamy. Dla jednych będzie koszmarem, dla innych wielką przygodą i wyprawką przed poważnym wspinaniem. Dla mnie? Dla mnie z pewnością początkiem czegoś nowego.
 
Orla okiem obiektywu
 
Dolina Pięciu Stawów – niebieski szlak prowadzący do Zawratu
Kiedy wreszcie udało mi się ustawić z „L.” na wypad, skłamałem. Małżonka dowiedziała się jedynie, że jedziemy w Tatry. Orla wyszła jakoś tak przy okazji, podczas niezobowiązującej rozmowy. Myślałem, że nie zanotuje, że info przejdzie gdzieś obok, ale usłyszała. Nie obyło się bez kazania. Czy słusznie? Zdecydowanie tak. Szlak wymaga szacunku i rozwagi. Tu nie ma miejsca na brawurę i kozaczenie. Co prawda większość niepochlebnych opinii o Orlej bierze się po prostu z ludzkiej głupoty i nieprzygotowania, jednak jedno jest pewne. Niedzielny turysta nie powinien pchać się na tą postrzepioną grań. Szczególnie w klapkach…
 Pod Zawratem… jeszcze można zawrócić…
Najlepszym punktem wyjścia na szlak jest schronisko Murowaniec lub Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów. Jeśli chcemy przejść całą trasę za jednym razem to musimy rozpocząć wędrówkę od Zawrotu – na odcinku do Koziej Przełęczy obowiązuje jednokierunkowy ruch turystyczny. Czas dojścia do punktu, od którego zaczyna się właściwa wspinaczka, oscyluje w granicach dwóch godzin. Przejście całego szlaku wymaga około 6-6,5 godzin. Chociaż droga ma niewiele ponad 4 kilometry, to musimy liczyć się z zatorami na trasie, zmianami pogody i własnymi ograniczeniami.

Zawrat: kierunek jest tylko jeden…


Nam udało wstrzelić się w idealną aurę. Po dwóch dniach ciągłych opadów i pełnego zachmurzenia, nikt nie spodziewał się takiej żylety za oknem. Z Pięciu Stawów wyruszyliśmy o 6 rano, tuż po starszym małżeństwie, które minęliśmy na szlaku. Orlą mieliśmy właściwie dla siebie. Na całej trasie, i to dopiero za Kozią Przełęczą, spotkaliśmy może z 10 turystów. Błękitne niebo, skaliste turnie i przestrzeń po horyzont. Udało zamknąć się w 5 godzinach! Cała pętla: Pięć Stawów – Orla – Pięć Stawów – parking na Łysej Polanie, zajęła nam 10 godzin.


Jeszcze w niedzielę modliliśmy się (dosłownie, bo w schronisku ku naszemu zaskoczeniu odbyła się msza) o dobrą pogodę. Jednak kiedy rano z trudem otwarłem zmęczone wieczorną integracją powieki, nie mogłem uwierzyć w to, co działo się za oknem. Rzucona mimochodem podczas mszy prośba została wysłuchana. Cud! Najprawdziwszy z prawdziwych. Nawet niewierny Tomasz nie miałby wątpliwości w ingerencję Najwyższego. Pogoda jak marzenie. Marzenie jak ze snu. Cała grań jak na wyciągnięcie ręki.

Szybkie pakowanie. Szybsze śniadanie. Błyskawiczna herbatka. Trzeci dzień bez prysznica, ale co tam, w obliczu majestatu przyrody, nie ma czasu na przyziemne sprawy. O 6.00 kroczymy niebieskim szlakiem poprowadzonym przez urzekającą i jakże o tej porze cichą! Dolinę Pięciu Stawów. O 7.20, pół godziny przed czasem, meldujemy się na Zawracie. Ostatni telefon do żony… tak na wszelki wypadek gdyby powinęła się noga, łyk wody na otuchę, poprawienie plecaków i w drogę.
Po kilku krokach miałem wrażenie, że jestem w innych górach. Wcześniej szlak łagodnie piął się po płaskich kamieniach. Widoki, owszem odbierały mowę, ale tylko ze względu na urokliwość. Teraz dochodzi aspekt zdziwienia. Czy tu na pewno jest szlak? Pojawiają się pierwsze łańcuchy, pionowa ścianka opada w dół. Trzeba zejść do jej podstawy asekurując się metalowymi umocnieniami. Już wiem, że z częścią mojej górskiej ekipy nigdy się tu nie wybiorę. To nie jest rozrywka dla nich. Za to wymieniam spojrzenia z towarzyszem wypadu. To jest to! To właśnie na ten klimat czekaliśmy przez ostatnie tygodnie. Góry pełną piersią!
 Pierwsze łańcuchy na szlaku, od tej chwili jest tylko ciekawiej…
Po kilkudziesięciu minutach ciągłego lawirowania między kamieniami i nieustannej pracy rąk i nóg dochodzimy do punktu, który pojawia się przy każdej relacji z Orlej. Owiana złą sławą 12 metrowa drabinka nad Kozią Przełęczą. Pierwszy test dla skołatanych wybojami nerwów. Przyklejona do pionowej ściany, prowadzi do skalnej półki, na której znajduje się szlak. Przyznam szczerze robi wrażenie. Choć z drugiej strony spodziewałem się więcej. Rok wcześniej miałem okazję pochodzić po Słowackim Raju, jedna z drabinek ma tam z dobre 20 metrów (tydzień po naszej wizycie spadł z niej polski turysta) i pamiętam, że wywarła wówczas na mnie chyba większe wrażenie. Choć ekspozycja jest tu bez porównania. Jeśli macie lęk wysokości, to nie pchajcie się na Orlą.

Zaraz po zejściu z drabinki ostro wspinamy się na Kozi Wierch (2228 m n.p.m). To pierwszy dłuższy i praktycznie pionowy, prowadzący lekko pochyłym żlebem odcinek. Trzeba nie tylko znaleźć właściwe podparcie pod nogi, ale również ostro podciągać się na łańcuchach. To tu po raz pierwszy czuję pulsujące dłonie i mięśnie przedramion (warto zabrać ze sobą rękawiczki!). Jeszcze gorzej jest przy takich samych fragmentach szlaku schodzących w dół. Muszę przyznać, że ani wspomniana wcześniej drabinka, ani znajdująca się na późniejszym odcinku szlaku szczelina na Skrajnej Sieczkowej Przełączce nie sprawiły mi  większych problemów. Największe wrażenie wywarły natomiast niektóre zejścia w dół urwiska po łańcuchach. Szukanie oparcia dla stóp, gdy nie ma ich specjalnie gdzie położyć, a w dole widać pionową ścianę i skalne rumowisko, naprawdę robi wrażenie. Nawet jeśli nie masz lęku wysokości… Szacunek.

Aż do ostatniego zejścia w kierunku schroniska w Dolinie Pięciu Stawów przed Granatami (Szeroki Żleb – szlakiem czarnym) trasa ciągle opada i wznosi się, opada i wznosi. Dużo wspinania i jeszcze więcej łańcuchów. Wreszcie dochodzimy do punktu, w którym trzeba zadecydować. Idziemy dalej albo schodzimy do schroniska. Niepowtarzalna pogoda, zupełny brak ruchu na szlaku i widoki, które trzeba zobaczyć na własne oczy, nie dają wielkiego wyboru. Idziemy do końca! Pstryk pstryk, gul gul, coś na ząb i znowu testujemy vibramowe podeszwy naszych butów. Przed nami kolejny odcinek szlaku – Granaty.

 Takie cuda tylko w Tatrach…



Przez wiele osób opisywane jako zdecydowanie łatwiejsze i dogodniejsze do wspinaczki, niż odcinek między Zawratem a Kozią Przełęczą. Dla mnie osobiście ten fragment wydał się dosyć trudny i wymagał nieustannej koncentracji. Dużo łatwiej zgubić tu ścieżkę, która kluczy między skalnymi załomami i trawersuje w nieoczekiwanych kierunkach. Spore fragmenty szlaku są niezabezpieczone żadnymi łańcuchami, kamienie sypią się spod nóg, a oznakowanie gubi się w skalnych załomach (pamiętam szczególnie zejście, a właściwie zjazd na pośladkach, osypującym się żlebem – nie chcę popełnić gafy, ale najprawdopodobniej jest to Żleb Kulczyńskiego). Dochodzi jeszcze zmęczenie wspinaczką no i turyści nadchodzący z przeciwnej strony szlaku, niejednokrotnie dzielący ten sam łańcuch i sypiący na głowę kamienie. Jednym słowem, jest bardziej krucho. Zarówno pod nogami, jak i w znaczeniu metaforycznym.

Od Skrajnego Pośredniego grunt staje się znowu pewny. Ścieżka jest wąska, ale przynajmniej nie osypuje się spod nóg. Już pod sam koniec trasy czeka nas dosyć eksponowany odcinek łańcuchów na praktycznie płaskiej ścianie, po której przemieszczamy się w poziomie, stawiając nogi w niewielkich załomach skalnych. Jeszcze tylko kilka wąskich przejść między skałami (odradzam wędrówkę z napakowanymi plecakami i kijkami trekingowymi) i w zasadzie możemy cieszyć się z przejścia najtrudniejszego szlaku w polskich Tatrach. Przed nami ostatnie podejście na Krzyżne i… tabuny turystów. Niestety…

 Słynny krok nad przepascią… Nie ma się czego bać, 2 sekundy i po sprawie
 

Od tego momentu Tatry tracą swoje pierwotne piękno. Dzikość ustępuje miejsca dziczy. Z każdym metrem zbliżamy się do gwarnej, wypełnionej po brzegi plaży, na której brakuje tylko stoiska z watą cukrową, parawanów i niedźwiedzia z Krupówek w wersji sunny light. Pokaz mody i rewia dziwolągów. Nie obrażając warszawiaków, stolyca pełną piersią. Klapeczki, laleczki, torebeczki. Od razu tęskni się do gór… Niestety ludzie myślą, że skoro z niewielką zadyszką dali radę dotrzeć nad Morskie Oko i do Doliny Pięciu Stawów Polskich, to bez problemu zdobędą Rysy i przejdą Orlą. Nic bardziej mylnego. Góry weryfikują umiejętności szybciej, niż nam się wydaje. Szkoda tylko, że zamiast pomagać prawdziwym turystom, TOPR musi wysłać helikopter do osób, które nie mają siły by zejść z gór. Smutne, lecz prawdziwe. Dopóki ludzie nie nauczą się szacunku do siebie samego, nie nauczą się szacunku do gór. Nam pozostaje jedynie szukać szlaków, na które nie każdy ma odwagę się wybrać. Orla o poranku i jesienną porą, ciągle może być jednym z nich.

Wyczekiwany koniec wędrówki…
Na koniec pokaz slajdów z całego wypadu:

Be first to comment