Rysy i Orla Perć w weekend…

KIEDY: 21.06.2012

GDZIE: Rysy po słowackiej stronie – Tatry Wysokie
WYSOKOŚĆ: 2499 m n.p.m.
Rysy i Orla Perć w weekend? No prawie… W sumie zeszły nam trzy dni. Jechałem zaraz po pracy. Piątek, godzina 16-ta, przejazd przez Gliwice, A4, Zakopianka… Kilka płyt przeleciało…. Ale było warto. Z L. nie widziałem się 3 lata. Poznaliśmy się w Anglii, na emigracji. Wspólnie mieszkaliśmy i pracowaliśmy prawie półtorej roku. Ja z moją połówką wróciłem do Polski, on został. Od tego czasu próbujemy zgrać się na jakiś większy wypad. Do tej pory wychodziło nam średnio. Rozmijamy się albo nie potrafimy dograć terminów. Chociaż w głowie rodzą się te same marzenia. Ukraina, Gruzja, Rumunia… Góry, góry, góry… Póki co, jemu wychodzi to sprawniej… i wyżej. Jednak kiedy rzuciłem pomysł przejścia Orlej Perci, nie trzeba było długo namawiać go do przyjazdu. Kiedy on dorzucił pomysł wspinu na Rysy, wiedziałem, że wypad będzie należał do udanych.
Plan był prosty jak droga nad Morskie Oko. W piątek przejeżdżamy na słowacką stronę, w okolice Strbskego Plesa, kimamy w samochodzie i z samego rana wchodzimy na Rysy. Zejście, przejazd na polską stronę, wypoczyn w Pięciu Stawach i poranne wyjście na Orlą. Trzy dni intensywnego chodzenia. Plany, planami, jednak jak to zwykle w górach bywa, najwięcej do powiedzenia ma pogoda. Po zakrapianym dialogiem wieczorze wygodnie ułożyliśmy się w mojej francuskiej rakiecie. Rano zbudził nas łomot (bynajmniej nie w naszych głowach,  w górach można jednak więcej). Błękitne niebo i okoliczne szczyty znikły gdzieś pod pokrywą ciężkich chmur, zapowiadających całodzienne opady. Heavy rain, snow on the top… – prognoza nie pozostawała złudzeń. Tego dnia możemy co najwyżej wyjść na herbatkę, pomyślałem… Czyżby kolejny deszczowy wyjazd?
Decyzja. Jedziemy do Smokowca, wymieniamy Euro i zobaczymy. Tylko gdzie się tu zatrzymać? We wszystkich miejscowościach Tatr Wysokich brak darmowych miejsc parkingowych. Każdy placyk, każdy skrawek asfaltu i trawki należy do jakiegoś hotelu, sklepu, albo parku. Jednak w tym przypadku pogoda okazała się naszym sprzymierzeńcem. W końcu udało się znaleźć parking, na który z przyczyn pogodowych nie dotarł parkingowy.
Trzy godziny później i dwie drzemki dalej, ciągle to samo. Leje, leje, leje… Przecież nie spędzimy całego dnia w samochodzie? Może uda się chociaż dojść do górskiego Hotelu Popradzkie Pleso? Szybka rozmowa telefoniczna potwierdziła, że mają miejsca. Jedyne 15 euro… Cóż robić. Odpalamy samochód i wracamy na parking, z którego wcześniej wykurzyła na rozpoczynająca się doba płatnicza.

W drodze na Rysy…

 

Za dzień postoju Słowacy liczą sobie 5 euro, czyli niewiele ponad 20 złotych. Po polskiej stronie cena jest taka sama. Tylko, że u sąsiadów parkingowy policzył nam jedną dobę, tymczasem na Łysej Polanie, za tą samą przyjemność zapłaciliśmy 40 złotych. Jeśli nie macie samochodu, to warto rozważyć opcję pociągową. Tatrzańska Kolej Elektryczna kursuje już od 6 rano a kończy przejazdy po 23.Jest więc czym przemieszczać się po okolicy.
 
 
Wejście na szlak rozpoczyna się tuż przy stacji wspomnianej kolejki w Strbskim Plesu (poprzedniego wieczoru posłużyła nam za miejsce barowe). Aż do Popradzkiego Plesa trasa prowadzi asfaltową drogą, bardzo podobną do tej, jaka zawiedzie Was nad Wodogrzmoty Mickiewicza i Morskie Oko. Z tą różnicą, że nawet przy dobrej pogodzie, turystów jest tu znacznie mniej niż po polskiej stronie (co nie znaczy, że nie mija się rodziców z wózkami, wycieczek emerytów i rowerzystów).
Po niecałej godzinie powinniście dojść do pięknego jeziorka, nad którym ulokowany jest Górski Hotel Popradskie PlesoNiestety tego dnia, chmury zakrywały okoliczne szczyty, a toń jeziora nikła w gęstej mgle. Odstraszał też gwar turystów i brak górskiego klimatu. Wystarczyła nam chwila żeby stwierdzić, że tego dnia nie chcemy kończyć tu naszej wspinaczki. Po szybkim telefonie do osoby kontaktowej z Chaty pod Rysami, podjęliśmy decyzję o dalszej wędrówce. W razie czego mieliśmy gdzie wracać.
Na szczęście pogoda zaczęła się stabilizować. W pierwszej części właściwej wspinaczki przestało nawet padać. Tylko ze względu na niepewność czy dotrzemy do schroniska, nie wzięliśmy w drogę zapasów żywności i ważącej pewnie ze 30 kilogramów butli z gazem, które czekają na turystów przy wyjściu na właściwy szlak (jakoś trzeba uzasadnić brak kondycji ;). Na śmiałków, którzy zmierzą się z ciężarem, i dostarczą przesyłkę na szczyt w schronisku czeka pyszna herbata.
Trasa wiedzie najpierw szlakiem niebieskim przez las, a następnie piękną Doliną Mięguszowiecką. Z  płynących tędy potoków swój początek bierze rzeka Poprad. Po około 30 minutach docieramy do rozwidlenia szlaków, należy wybrać ten czerwony. Idąc dalej niebieskim dotrzemy do Hińczowego Stawu  – największego i najgłębszego zbiornika po słowackiej stronie Tatr.
Od momentu wejścia na szlak czerwony wspinaczka przyjmuje bardziej górski charakter. Chociaż za wyjątkiem krótkiego odcinka łańcuchów (niezbyt wymagającego technicznie), wejście na Rysy jest w zasięgu każdego, kto choć trochę chodzi po górach. Przewyższenia nie są duże, a droga dosyć łagodna. Osoby z lękiem wysokości nie powinny narzekać na ekspozycję. Choć muszę przyznać, zupełnie szczerze i bez bicia, że moje rozleniwione siedzeniem przy biurku mięsnie, tuż przed samym podejściem na schronisko zaczęły dawać o sobie znać. Obawiałem się o kolana, tymczasem, to uda i łydki, kurczowo zaciskały ścięgna.
Do najpiękniejszych momentów na trasie należą z pewnością widoki na szczyty otaczające Mięguszowiecką Dolinę: Osterwę, Szatana, Wołowiec Mięguszowicki oraz malownicze Żabie Plesza (1921 m n.p.m.), których nazwa pochodzi prawdopodobnie od kształtu charakterystycznej skały, która wynurza się z jednego z nich. Niestety ze względu na schodzące chmury i sporą liczbę turystów, nie udało nam się należycie obfocić trasy.
Ledwie widoczne szczyty w drodze na schronisko
Już na odcinku łańcuchów, które znajdują się mniej więcej 20 minut przed schroniskiem, dopadł nas rzęsisty deszcz. Godzina też była już niemłoda, dlatego zdobycie Rysów przełożyliśmy na dzień następny. Wypoczynek w Chacie pod Rysami pozwolił zebrać nam siły, wysuszyć ubrania i dogrzać się przy kaflowym piecu.

 Ukryte w chmurach szczyty pod schroniskiem

W trasę ruszyliśmy koło ósmej rano w niedzielę. Drogowskaz pod schroniskiem wskazywał jedną godzinę. Mimo gęstej mgły i padającej mżawki w 75 minut udało nam się być już z powrotem przy schronisku. Szlak jest bardzo dobrze oznakowany. Nie sposób zgubić się nawet w gęstej mgle. Droga prowadzi łagodnie w górę, po charakterystycznych płaskich, tatrzańskich kamieniach. Dopiero ostatni odcinek, tuż przed samym podejściem na szczyt, jest bardziej wymagający i wymaga odrobiny wspinaczki.
 
 Ekspedycja „Rysy we mgle” na szczycie… 
Jak widać, nic nie widać 😉
Wejście na Rysy traktuję w kategoriach symbolicznych. Oprócz kamieni pod nogami nie było widać nic. Dosłownie. Na pięć metrów. Mimo to było warto. Chociażby po to, żeby wrócić tam kiedyś od strony polskiej, bo teraz szlak zamknięty jest z powodu zejścia lawiny kamieni. A pogoda? Trudno, tak bywa czasami w górach. Mgła też ma swój urok. Jednak po każdej burzy (cóż za patos 😉 nadchodzi słońce. Trafić na nie na Orlej Perci, to prawdziwa nagroda za dwa dni chmur. Nam się udało!

Be first to comment