Historia z przedziału wzięta

Dziś coś z zupełnie innej bajki. Jakieś dwa lata temu wracałem sobie ze studiów pociągiem. Trasa Wrocław Główny – Gliwice. Środek zimy, mrozy, opóźnienienia,  na przemian sauna albo lodówka w przedziałach – tradycyjny klimat podróżowania PKP w styczniu. W pewnym momencie dosiadł się do mnie cudzoziemiec, Rosjanin na wymianie studenckiej w Polsce. Wywiązała się między nami bardzo ciekawa rozmowa, która sprawiła, że Slava wylądował u mnie na nocleg. Większość moich znajomych zna historię, bo opowiadam ją przy każdej okazji, gdy mowa o podróżowaniu pociągiem. Wam przybliżę ją w bardziej literackiej formie 😉 

 

*

Nazywał się Slava. Slava Lee. Pachniał cebulą. Cebulą i mydłem. Dziwne połączenie, ale miłe dla nozdrzy. Od razu wiedziałem, że nie ogarnia sytuacji. Czy jest ktoś, kto zrozumie PKP?

– Is it free? – zagaił łaskoczącym ucho akcentem i wskazał na wolne miejsce.
– Sure – odpowiedziałem.
Wbił się w fotel, położył na kolanach wypakowaną reklamówkę. Dziwną, w żółte i różowe kwiaty, zupełnie niemęską. Coś zaszeleściło w środku. Spojrzał na mnie i szczerze się uśmiechnął. Odwzajemniłem uprzejmość leniwie podnosząc kącik ust. Zdjął z głowy niemodne nakrycie, coś na kształt bawełnianej czapy z pomponem, tyle, że bez pompona. Miał czarne, proste włosy. Czaiły się między nimi ruchliwe, skośne oczy. Tatar – podpowiedział ospały mózg. Nie, bardziej jakiś autochton z Syberii – poprawił zaspany neuron. Nieźle, jadę z Czukczem albo innym Ewenkiem! – pomyślałem prawie na głos. Na szczęście nie był szamanem, nie czytał w myślach. Nie przejmując się nagłym zainteresowaniem swoją fizjonomią, zdjął grubą, pikowaną kurtkę (pewnie z podpinką wypełnioną pierzem). Ale co się dziwić, na Syberii zimy są bardziej dosadne. We Wrocławiu było ledwie minus pięć. Do tego zaczęli grzać, a wiadomo jak grzeją w PKP. Sauna albo zamrażarka, brak trzeciej opcji. No więc rozbierał się dalej. Pod kurtką miał sweter – ciepły, zapinany pod samą szyję, a pod nim koszulkę. Zwykłą, bawełnianą, czerwoną z czerwoności. Tej oczywiście już nie zdjął. Kątem ciekawskiego oka zobaczyłem na niej znaczek przypominający sputnik. Kosmonauta? Może wylądował na Psim Polu i teraz szuka sposobu, jak wrócić do ojczyzny?
Powiesił ubranie na wieszaku. Z kieszeni znoszonych dżinsów wyjął komórkę. Na wyświetlaczu mignęła cyrylica.
Ile on może mieć lat? Na Gagarina chyba jednak za młody. I co robi w Polsce? Może repatriant? Pewnie miał dziadka u Andersa, albo jest pra pra wnukiem zesłańca z carskiego łagru. Jakby go tu…
– Why we are not going? – uprzedził moje pytanie.
– They say that the train has delay – rozszyfrowałem skrzeczący komunikat wypluty przez megafon.
– Aa… – odpowiedział przeciągając głoski i wrócił do pisania esemesa.
Jednak to, co jest normą dla Polaka, wcale nie musi być oczywiste dla mieszkańca Azji.
– Is it normal? – spytał po wysłaniu wiadomości.
– He? – odpowiedziałem nienaganną angielszczyzną.
– Delay of the train. Is ist normal situation in your country?
I kto powie, że koleje nie łączą ludzi? Jakże miałem nie stanąć w obronie ukochanego PKP i nie powiedzieć kilku ciepłych słów w tym temacie. A ponieważ od tego momentu rozmowa nabrała rozpędu, przełączę się na ojczysty.
– To się zdarza cały czas… – Rozłożyłem ręce.
Jakby w reakcji na wymianę zdań pociąg niespodziewanie ruszył. Nie wiedząc skąd wyrosła przed nami zniewalająco urodziwa konduktorka. Smukłą sylwetką przypominała raczej japoński Shinkansen niż tradycyjną polską spalinówkę.
– Bilety do kontroli proszę – odezwała się namiętnym głosem, którego mogłyby pozazdrościć stewardesy British Airways.
Towarzysz wyciągnął bilet i wydukał zapytanie o planowany przyjazd do Gliwic. Jednak uroda pani kolejarz nie szła w parze ze znajomością angielskiego. Dziewczyna zatrzepotała powiekami i rozłożyła ręce. Nowopoznany kompan obrzucił mnie błagalnym wzrokiem. Nie znam rosyjskiego, ale mogę zapewnić, że w czarnych jak głębia Bajkału oczach odczytałem sygnał SOS. Pośpiesznie rzuciłem koło ratunkowe w postaci tłumaczenia. Aksamitny głos oznajmił, że przy przejezdnych torach będziemy mieli godzinę opóźnienia.
– Polskie dziewczyny są piękne… – wybełkotał towarisz odprowadzając wzrokiem tylni skład pani konduktor.
Przedstawiłem się i wyciągnąłem dłoń. Odwzajemnił uścisk. W uchu zabrzęczało słowiańskie imię i azjatyckie nazwisko.
– Rosjanin – raczej stwierdziłem, niż zapytałem.
– Da, z Irkutska.
Tafla Bajkału znowu odbiła się w dzikich źrenicach. Zanosiło się na długą rozmowę.
Na początek padło pytanie o drzewo genealogiczne. Okazało się, że korzenie sięgają rosyjskiej i koreańskiej ziemi, a konary rozchodzą się szeroko na kilka nacji, w tym i na polską. Pradziadek zesłany na Magadan poznał uroczą Rosjankę i tak już mu się ostało na Syberii.
Potem nastąpiła tradycyjna wymiana uprzejmości: skąd, dokąd, dlaczego i po co. W jej trakcie dowiedziałem się, że mam przyjemność rozmawiać z przedstawicielem rosyjskiej myśli atomowej, który zbiera w Polsce materiały do pracy dyplomowej (czytaj: szuka materiału rozszczepialnego na żonę).
Resztę rozmowy zdominowały przyziemne i bliskie nacjom Europy wschodniej tematy: wolność, wódka, kobiety i dziengi. Nie koniecznie w takiej kolejności.
– …Mam dla niej czekoladki i kwiaty – podsumował historię o Słynnej Niebieskookiej Blondynce, która opętała już wielu obcokrajowców. – Wybiera się do Rosji i chce, żebym przybliżył jej realia.
Biedaku! – pomyślałem – toż nie wiesz, że ta powabna bestia ma zapewne na koncie setki podobnych tobie amatorów kobiecych wdzięków! Lecz zamiast ostrzec biedaka, tylko uśmiechnąłem się udając zrozumienie. Co więcej, po chwili, nie wiedząc dlaczego, no bo przecież nie z egoistyczno-nacjonalistycznej troski o polskie blondynki, postanowiłem utrudnić i tak heroiczne już zadanie.
– Napisz, że wpadniesz z kilkoma rosyjskimi kolegami – zaproponowałem treść esemesa, który właśnie do niej składał. – I że wieziemy spory zapas Stolicznej.
– A jak weźmie to na serio?
– Polskie dziewczyny mają poczucie humoru. Zaufaj mi.
No i wziął sobie do serca radę kolegi bardziej doświadczonego w kontaktach z płcią piękną znad Wisły…
Kiedy napisała, że jest beznadziejnie nieodpowiedzialnym dupkiem wzięliśmy to w nawias ciętej riposty. Jednak gdy w okolicach Opola przyszła wiadomość, że ma nie pokazywać się na oczy i niech szuka wiatru w stepie, perspektywa noclegu w Gliwicach nabrała wymiaru równie realnego, co demokracja w Rosji. Po minięciu Kędzierzyna-Koźla mieliśmy pewność. Księżniczka strzeliła focha. Wszystkie próby dodzwonienia się kończyły się tylko naburmuszonym sygnałem zwrotnym: „Zajęte!”, albo niewzruszonym prychnięciem: „Poza zasięgiem!” W końcu telefon zaniemówił głuchym: „Numer nieaktywny”.
Było po jedenastej gdy pociąg wtoczył się na dworzec ozdobiony graffiti i leżakującymi bezdomnymi. Pusto, cicho, ciemno. Zabrakło konfetti i stangreta z planszą powitalną. Cóż począć. Nawarzyłem czaju to trzeba go było wypić. Wziąłem łyk… powietrza i zadzwoniłem do strażniczki domowego ogniska.
– Kochanie, będziemy mieli gościa. Poznaliśmy się w pociągu.
Milczenie oznaczało, że złość walczy ze zdziwieniem o głos pierwszeństwa.
– To rosyjski fizyk. Trzeba go przenocować.
– Zwariowałeś?! – Niedowierzanie ustąpiło miejsca trosce o mój stan psychiczny.
– Przygotuj łóżko w gościnnym. Zaraz będziemy.
Błyskawicznie odłożyłem słuchawkę, żeby postawić ją w sytuacji bez wyjścia.
– Załatwione. – Uśmiechnąłem się do Slavy, maskując niepokój.
Gdy mój towarzysz dowiedział się, że jego nowa gospodyni również jest blondynką i także ma na imię Magda, od razu wiedział co zrobić z kwiatami i czekoladkami, które wiózł dla imienniczki.
Gdy tylko stanęliśmy w progu mieszkania uprzedził atak. Wyciągnął souveniry przed siebie, niczym tarczę mającą uchronić go przed kamiennym wzrokiem bazyliszka, dygnął i szarmancko ucałował w łapkę. Bestia została przebłagana, łakomie zgarnęła bombonierkę i obrzuciła mnie przeszywającym wzrokiem.
Noc minęła spokojnie. Wbrew przewidywaniom kochanej szwagierki, która postanowiła podnieść morale siostry pocieszającym esemesem, nie zostałem uduszony podczas snu, a cześć mojej wybranki pozostała nietknięta. Slava okazał się kulturalnym i spokojnym gościem. Rano wylewnie dziękował za gościnę, zapraszając do siebie. Gdy żegnał się z gospodynią w reklamówce bez dna znowu zaszeleściło tajemnicą.
– Co tam jeszcze chowasz?- Kobieca ciekawość przejęła kontrolę nad grzecznością.
– Aa, to… – nowe pudło czekoladek wychynęło z torby. – To dla Kasi.
Wymieniliśmy z żoną zdziwione spojrzenia.
– Jakiej Kasi?
– Z Jeleniej Góry, mamy się dzisiaj spotkać…
– Ty już lepiej nigdzie nie jedź! – zgodnie wykrzyknęliśmy chórem.
– Nie, nie, spokojnie. Tym razem to ona przyjeżdża do mnie. Polki są piękne… – wypowiedział swoją mantrę i uśmiechnął się pełnym rogalem

Be first to comment