Wielka Fatra : Lptovska Osada (cz.1)

GDZIE: Liptovska Osada, Słowacja, Wielka Fatra
KIEDY:28.04-05.05.2012

W tym roku miało być inaczej. Weekend był zdecydowanie dłuższy, więc i wypad zanosił się perspektywicznie. Na short liście znalazła się Szkocja (West Highland Way), Bieszczady Wschodnie i bliżej nieokreślone pasmo górskie w Rumunii. Wyszło jak zwykle. W końcu tradycja to tradycja. Slovensko trzeba odwiedzić przynajmniej raz w roku, a już na pewno podczas majówki. Wielka Fatra i Tatry Niżne od razu wskoczyły na pierwsze miejsce i z łatwością zepchnęły inne propozycje z pudła.

Idealnym punktem wypadowym w ten region Słowacji jest LiptowskaOsada. Chociaż na pierwszy rzut oka nie urzeka wyjątkową architekturą i atrakcjami turystycznymi, to wystarczy wyjrzeć za okno chaty lub pensjonatu, w którym przyjdzie wam nocować, by szybko docenić jej walory. Góry są wszędzie dookoła! Wioska położona jest dokładnie pomiędzy wspomnianymi wcześniej pasmami górskimi, w kotlinie rozdzielającej dwa Parki Narodowe. A to ciągle nie wszystko! W przeciągu 30-40 minut dotrzecie stąd na Małą Fatrę, w Choczańskie Vrchy, na baseny termalne w Besanovej lub do Kotliny Demianowskiej, z której zdobędziecie Dumbier lub Chopok. Kiedy weźmie się pod uwagę te fakty, małomiasteczkowy charakter miejscowości staje się jej niezaprzeczalnym atutem.
Osada to kilkadziesiąt chat rozsianych wzdłuż kilku ulic, potraviny, poczta, stacja benzynowa, kościół, obowiązkowa Koliba – oczywiście pod „wezwaniem” Janosika, i centrum kulturalne w postaci przydrożnej knajpy, która już od ósmej rano ugości spragnionego kultury turystę. Ciągle jest tu klimat Słowacji, jaką pamiętam sprzed wprowadzenia Euro. Dzieciaki grające w piłkę na środku ulicy, megafony, z których dobiega lokalny folklor, piwo wylewające się z kufli, serdeczni ludzie, którzy zawsze otwarci są na pomoc i dyskusję (znacie w Polsce sklep, w którym sprzedawczyni bez mrugnięcia okiem przyjmie ponad 30 butelek po piwie, którego nie ma nawet w sprzedaży?). Jeśli szukacie ciszy i spokoju po zejściu z gór, to czas pakować mandżur. Jeśli nad wieczorne ognisko albo piwko przy kominku przedkładacie balety w klubach, to nie ten kierunek.
Ubytovanie znajdziecie w chatach, które można wynająć wyłącznie do swojej dyspozycji lub w jednym z dostępnych tu pensjonatów – Haluska lub Pizzeri 7th Heaven. My zatrzymaliśmy się w prywatnej chacie, którą mimo położenia w bliskim sąsiedztwie innych domostw, mogę serdecznie polecić. 9 miejsc noclegowych w trzech izbach, sala z kominkiem, dobrze wyposażony aneks kuchenny, miejsce na ognisko, dwie łazienki (jeden prysznic z ciepła wodą – co ważne z przepływowego ogrzewacza), bardzo mili gospodarze, którzy po przyjściu z gór zaskoczyli nas dwoma blachami miejscowego cebularza. To zalety tego miejsca.
Chociaż bezpośrednio z Liptowskiej Osady można zdobyć tylko jeden ze szczytów Fatry – Rakytov (1567 m n.p.m.), to w zasięgu kilkunastu minut jazdy samochodem znajdują się wejścia na wszystkie najważniejsze szlaki tego pasma i zachodniej części Niżnych. Osada jest dobrze skomunikowana z sąsiednimi miejscowościami i całym regionem. Wystarczy podjechać do Liptowskiej Lużnej, Revucy lub bardziej nastawionych na  masowego turystę Donovaly, by wdrapać się na najciekawsze okoliczne szczyty. Zaletą tego regionu jest również niewielka liczba turystów. Za wyjątkiem trasy prowadzącej do chaty pod Borisovem (o czym w dalszej części postu), naprawdę nie zmęczycie się wymieniając pozdrowienia na szlaku. Jeśli zdarzy się wam kogoś mijać, to z dużą dozą prawdopodobieństwa będą to rodacy. A i tak jest ich tutaj garstka w porównaniu do Tatr, w które zjeżdża się w tym czasie połowa Polski.
To, co w niektórych przypadkach jest zaletą, bywa również wadą. W wiosce nie znalazłem ani jednego punktu, w którym można kupić mapę Fatry. Na stacji benzynowej były wszystkie możliwe pasma Słowacji, za wyjątkiem wspomnianego.
Wi-fi? Za wyjątkiem czynnej tylko w weekendy pizzeri, próżno szukać. Pamiętajcie też żeby zaopatrzyć się w prowiant przed 20, bo potem przyjdzie wam pić źródlaną wodę. Niewielki ruch turystyczny wpływa także na stan szlaków. Przekonaliśmy się o tym kilkakrotnie, gdy trasa nie pokrywała się z tym, co znajdowało się na mapie. Przejdźmy więc do konkretów…
 
 

Dzień nr. 1

Liptovskie Revuce – Czarny Kamień – Ploska – Borisov – Powrót szlakiem żółtym przez Mocidlo

Nie wiem dlaczego akurat to pasmo Fatry nosi nazwę „Wielka”. Chyba tylko ze względu na powierzchnię, jaką zajmuje Park Narodowy. Biorąc pod uwagę wysokość szczytów i ich wymagający charakter, to właśnie Mała Fatra powinna mianować się tą większą. W paśmie ulokowanym pomiędzy Rużemberokiem a Bańską Bystrzycą wszystko wydaje się być mniejsze i łagodniejsze. Za wyjątkiem malowniczego Czarnego Kamienia (1479 m n.p.m.) i Suchego Wierchu (1549 m n.p.m.) w głównej grani próżno szukać poszarpanych grzbietów. Stoki są kopulaste, porośnięte dywanem traw, przypominającym bieszczadzkie połoniny. Oczywiście wcale nie ujmuje im to urody. Wprost przeciwnie! Nadaje charakter, który każdemu pozwala cieszyć się górską przyrodą i spojrzeć z góry na „wszystko to, co nas męczy”.
Okolice Chaty pod Borisovem to jeden z bardziej uczęszczanych szlaków w tej części Fatry. Biorąc pod uwagę widoki na najwyższe partie – Ostredok (1592 m n.p.m) i Kriżna (1574 m n.p.m.), oraz jedyne w okolicy schronisko (na południu jest jeszcze górski hotel Kralova Studna), nie powinno dziwić, że turystów jest tu więcej, niż w pozostałej części. Wchodząc na szlak od strony Liptowskich Revucy do dyspozycji pozostają dwie nitki żółtego szlaku. Po zejściu polecam popas w Chacie Horec, która znajduje się przy wyjściu szlaków. Smaczne jedzenie, miła obsługa i upojny Bernard – mowa oczywiście o piwie.
 Czarny Kamień przy podejściu
My wybraliśmy wejście szlakiem, który prowadzi bliżej wspominanego już Czarnego Kamienia. Góra wyraźnie odróżnia się na tle okolicznych szczytów. Przypomina nastroszony grzebień koguta wystający z pierzastego grzbietu. Swoim charakterem bliższa jest kamienistym wierzchołkom Małej Fatry. Nie prowadzi na nią bezpośredni szlak, lecz można przyjrzeć się jej bliżej wybierając zielony szlak prowadzący przez rezerwat chroniący przyrodę w jej najbliższej okolicy.
 Szałasy w okolicy Magury
 Główna grań Fatry
Po wyjściu z lasu zaczyna się najładniejszy fragment trasy. Wchodzimy na pierwsze połoninki, z których rozpościera się widok na znajdujące się za nami Tatry Niżne, zbocza Ostredoka na zachodzie i malownicze skałki Czarnego Kamienia przed nami. To ostatni moment, przed wejściem do strefy, w której warto mocniej nasadzić czapkę na głowę. Jestem gotów się założyć, że w tym miejscu wieje nawet wtedy, gdy na dole jedyny podmuch powoduje gwizdnięcie znudzonego turysty.
 Czarny Kamień z Sedla Ploski
Sedlo Ploski

 

Tego dnia wiało naprawdę w trzy… wiatry. A przecież wysokość nie jest tu wcale znaczna, bo zaledwie niecałe 1500 m n.p.m. Wiatr najbardziej daje o sobie znać w łagodnych kotlinkach pomiędzy pofalowanymi grzbietami, tam gdzie wychodzimy na otwartą przestrzeń. Przy moich 62 kilogramach żywej wagi, musiałem naprawdę ostro opierać się na kijach, by nie sturlać się po zboczu. Zresztą nie obyło się bez ofiar. Drugiego dnia w tym miejscu jednemu z naszych zwiało z głowy chustkę…
 Sedlo Ploski

 

Jak na koniec kwietnia i długą zimę, śniegu nie było wcale dużo. Choć w niektórych miejscach zalegał zbitymi partiami, tworząc pseudo lodowcową pokrywę i utrudniając wędrówkę. Szczególnie partie, pod którymi przepływał potok wymagały ostrożności przy przechodzeniu. W zestawieniu z krótkimi spodenkami i koszulkami, fotki wyszły całkiem malowniczo.

Po wejściu na Ploskę (1532 m n.p.m) znowu dostajemy wiatrem prosto w oczy. Na chwilę przystajemy przy grobie słowackiego powstańca (swoją drogą chłopak wybrał sobie całkiem niezłą miejscówkę, żeby odsapnąć) i szybko przechodzimy przez połoninę. Z wierzchołka widać już cel naszej wędrówki – kopulasty grzbiet Borisova (1509 m n.p.m.), który znajduje się na krańcu doliny rozdzielającej oba wierzchołki. Przy schodzeniu do kotlinki na horyzoncie wyłaniają się Tarty i Mała Fatra. Jedne grzbiety, za drugimi. Najadam się tym widokiem do syta, pstrykając zdjęcie za zdjęciem.
Ploska 1532 m. n.p.m.
 
 Borisov widoczny z Ploski
Muszę przyznać, że jeśli chodzi o lokalizację schroniska, to Chata pod Borisovem wywarła na mnie spore wrażenie. Z daleka maleńki budyneczek z czerwonym dachem wydaje się jak mrówka, która osiadła na zadku słonia. Co tam słonia, mamuta! Dopiero w zestawieniu z gigantycznym rozmachem boskiego projektanta, człowiek zdaje sobie sprawę z kruchości naszej wątłej architektury.
Schronisko przy zejściu z Ploski
 Chata pod Borisovem
Nie wiem jak prezentują się pokoje w schronisku, lecz same wnętrze nie sprawia wielkiego wrażenia. Sala, w której umieszczono bufet, jest niewielka i dosyć ciasna. Zaskoczyło mnie również ubogie menu. Więcej potraw potrafiłem przyrządzić w pierwszej klasie podstawówki – buchty, kapuśniak (całkiem smaczny), jajecznica i klobasa, to wszystko, co udało mi się zapamiętać. No może poza smakiem odgazowanego Steigera, który dość długo rozlewał się do kufla, nim wreszcie trafił w moje łapska. Innych uwag brak. Leżakowanie na łące pod schroniskiem należy zaliczyć raczej do przyjemnych czynności.
Gorzej z powrotem. Nie wiem co pokusiło nas, żeby nie wracać drugim z żółtych szlaków prowadzących do Revucy, lecz trzecią odnogą, prowadzącą do skrzyżowania z czerwonym szlakiem. Gdybym zauważył w tym miejscu nazwę Mocidlo, pewnie nie musielibyśmy szukać trasy w strumieniu…
Szlak wychodzi najpierw na otwartą połoninę, pozostawiając po prawej stronie wcale nie tak płaską z tej perspektywy Ploskę, mija niewielki szałas i po chwili schodzi w dół zbocza, znikając w lesie. Dosłownie. Straciliśmy niepotrzebne pół godziny szukając go w korycie strumienia. Tak wskazywała mapa. Jak się potem okazało niezbyt aktualna. Jakoś wcześniej nie spojrzałem, że ma już prawie 10 lat…
Szlak w końcu udało się odnaleźć po drugiej stronie strumienia. I kiedy wydawało się, że sytuacja jest opanowana, kamieniste zejście zamieniło się w udeptany dukt, tak jak wskazywała mapa. Jednak nigdzie nie pojawiły się oznaczenia czerwonego szlaku, którego szukaliśmy. Kolejne pół godziny i kilkadziesiąt przekleństw później padła decyzja o odwrocie. Zerknięcie na datę wydruku mapy ewidentnie pomogło w podjęciu takie decyzji. Nie lubię wracać tą samą drogą, lecz czasami nie ma się co spierać z górami. Jak się nie da, to się nie da…
W drodze powrotnej spotkani turyści przekonali nas, że szlak faktycznie znajduje się w tamtym miejscu. Na wyświetlaczu aparatu zobaczyliśmy czytelne oznaczenia turystyczne. Jedna strzałka. Ledwo widoczna. Na drzewie, pionowo skierowana w górę. Nawet gdybym był wiewiórką to miałbym problemy z jej wypatrzeniem.
Zanim wybierzecie się na Fatrę polecam zaopatrzyć się w naprawdęaktualną mapę. Szlaki są dosyć kiepsko znakowane. Nie ma się co pchać w miejsca, gdzie ewidentnie nie widać szlaku i w ogóle nie pojawiają się turyści. Niestety człowiek uczy się na błędach. Najczęściej tych samych. Kolejnego dnia wcale nie było lepiej…
Dzień nr. 2
Sucha Dolina – szlak zielony na Krizne… i tyle




Plan wyjazdu zakładał, że w ciągu 3-4 dni uda się nam schodzić co lepsze szlaki na Fatrze a potem wyskoczymy na dwie, trzy trasy w Tatry Niżne. I chociaż w tym roku pogoda naprawdę dopisała, to dzień numer dwa okazał się ostatnią trasą na Fatrze. W zasadzie to pół-trasą. Na naszej drodze stanęła lawina. A raczej to, co z niej pozostało.

Na cel wybraliśmy Ostredok i Kriżną. Wejście szlakiem zielonym przez Suchą Dolinę z Vysnej Revucy. Zanosiło się całkiem obiecująco. Pogoda świeciła. Ptaszki ćwierkały. Mięśnie jeszcze bez zakwasów. Trasa przyjemna, lekko pod górę, przez las. Nic, tylko piąć się wyżej.
Pierwsze zwały śniegu, które zobaczyliśmy w korycie strumienia, płynącego poniżej szlaku nie wzbudziły niczyich podejrzeń. Mały jęzor. Lody na patyku. Wielka mi rzecz. Ot, wiosna jeszcze nie wprowadziła się na dobre w góry…
Póki szło się lasem, rumowisko znajdujące się w dole wyglądało całkiem malowniczo. Jednak kiedy doszliśmy do kilku zwalonych drzew, szlak schował się gdzieś między wyrwanymi korzeniami. Już wcześniej bawił się w chowanego, ale teraz za nic nie chciał wyjść z ukrycia. W takiej sytuacji zawsze musi znaleźć się jakiś ochotnik (czytaj frajer), który odnajdzie drogę. Wystawiając moje 3,5 dioptrii na wiatr, ruszyłem w poszukiwaniu charakterystycznych biało-zielonych oznaczeń. Kiedy przedarłem się przez zarośla, wiedziałem, że mamy pozamiatane. Lawina zgarnia wszystko, co ma na swojej drodze. Niby dlaczego miałaby zrobić wyjątek dla szlaku? Pewnie pozamiatała go jak niechciane okruszki, pod puchowy dywan.
 Pozostałości pierwszej z mijanych lawin

Po dwudziestu minutach udało mi się dogrzebać do szlaku. Wystawał po drugiej stronie strumienia, który znikał pod grubą na co najmniej dwa metry warstwą śniegu, konarów i ziemi. Jeden mały ślad, na chudym jak osika drzewku. I ścieżka, ledwo widoczna, lecz leniwie pnąca się w górę pośród szarych traw. Pozostało tylko przewrócić na drugą stronę ostrzeżenie lawinowe wiszące na drzewie (po co niepotrzebnie straszyć panie) i można było pomóc w przeprawie przez wodę i śniegi. Drugie oznaczenie, znalezione na kamieniu, na którym spoczął but podczas przejścia strumienia uświadczył o nas w przekonaniu. Tu kiedyś był szlak.

Widok z kotliny pod Rybovskim Sedlem
Kolejne 40 minut później nie byliśmy już tego tacy pewni. Od drzewa do drzewa, od kępy do kępy. Udało się wyśledzić drogę i dotrzeć do kotliny, w której zaczynało się podejście na Rybovske Sedlo. Nad nami wzniosła się już grań Fatry i Kriżna z charakterystycznym masztem przekaźnika telekomunikacyjnego. Jednak szlaku ani widu ani… w ogóle nic. Masy śniegu i sprasowany niczym walcem kobierzec traw. Resztki drzew, odłamki skał, grudy ziemi. Siła żywiołu, który tędy przeszedł nie pozostawiała złudzeń. Lawina musiała być ogromna i nieść masy śniegu. Jak dużo? Nie mam pojęcia. Ale zdjęcia, które znalazłem w Internecie świadczą o tym, że w tym miejscu to chyba częste zjawisko.
 Zdjęcia przedstawiają zejście lawiny z 2008 roku
 

 

(żródło: http://www.demanova.sk/ine/odtrh-laviny-na-kriznej-krizna-2008.html 

mam nadzieję, że autor się nie pogniewa;)

I gdzie tu szukać szlaku? A przecież grań była tak blisko. Tuż nad naszymi głowami zaczynał się czerwony szlak prowadzący na Ostredok. Jeszcze tylko skazana na porażkę próba przecięcia połoniny na przełaj. I szybka decyzja o powrocie. Strome, prawie pionowe podejście było argumentem, z którym naszej brawurze trudno dyskutować. Zdobycie najwyższego szczytu Wielkiej Fatry musieliśmy odłożyć na kiedy indziej. Chociaż wycieczka helikopterem słowackiego pogotowia ratunkowego, z pewnością byłaby warta wspomnień…  A tak, pozostała tylko droga w dół i wypicie zimnego Bernarda w Hotelu Horec. No i planowanie wypadu na kolejny dzień. Tym razem w Tatry Niżne. Na pierwszy z wielkich szczytów tego najdłuższego na Słowacji pasma – Wielką Chochulę…  
Zobacz kolejne trasy z tego wypadu:
Wielka Chochula i Chabenec (dzień 3 i 4)
Vlkolinec (dzień 5 i 6)
Salatin (dzień 7)

Be first to comment