Baraka: dokument z podróży po wyjątkowej planecie

Dziś trochę o filmowej gastronomii. Właśnie przełknąłem nie pierwszej młodości suchara. Film powstał 20 lat temu. Jednak jak to z sucharami bywa nawet po takim czasie są zdatne do spożycia (w przeciwieństwie do filmowego fastfoodu, który nie tylko odbija się czkawką i powraca zgagą, lecz dodatkowo psuje się szybciej, niż wskazywałaby na to termin przydatności). „Baraka” to film, który podobnie jak prosta przekąska, od której zaczął się ten wywód, nie każdemu przypadnie do gustu. Jak na dobry suchar przystało, składa się z najprostszych składników: obrazów i muzyki. Nie ma tu dialogów, ani linearnej fabuły. Każdy sam musi poskładać sobie sens do kupy z porozrzucanych okruchów. Widz otrzymuje jedynie ciąg luźnych obrazów przedstawiających wyjątkowe miejsca, różnorodność ludzkiej kultury i zniszczenia, jakich dokonuje człowiek ingerując w środowisko. Ich interpretacja należy do odbiorcy.
 „Baraka” nie jest dokumentem z tezą. Wymaga od widza określonej wiedzy i skupienia. Raczej nie wypada oglądać jej w tak zwanym międzyczasie. Nabiera sensu dopiero wtedy, gdy uzupełnimy ją o własną interpretację, przefiltrujemy przez sito naszej wrażliwości i doświadczeń, poświęcimy odrobinę, jakże cennego w dzisiejszych czasach, czasu. Bez tych elementów film może wydawać się surrealistycznym snem twórców. Widzów nastawionych na tradycyjne doznania wizualne może po prostu znudzić. Jednak tym, którzy chcieliby odpocząć od filmowej papki, dostarczy wyjątkowych doznań. Jest niczym postny posiłek po przeżarciu się ociekającymi od wybuchów i tandety blockbusterami.
Kiedy tylko złapiemy kontekst za nogi, wędrówka między poszczególnymi obrazami nabiera prawdziwie metafizycznego flowu. Z motywu na motyw, ze sceny na scenę, głębiej zanurzamy się w narracji. Wojna, religia, śmierć, miejsce człowieka na planecie, związek z  innymi istotami. W naszej głowie rodzą się kolejne pytania i wątpliwości. Czy jesteśmy jak przedstawione w jednej ze scen kurczaki, uwięzione w klatce własnej cywilizacji? Skąd bierze się w nas brak poszanowania do życia i planetarny egocentryzm? Dlaczego  rozmawiając z bogiem mamy na rękach krew innych ludzi?
Chociaż w filmie nie pada ani jedno słowo, to komentarz do rzeczywistości jest głośniejszy niż bezmyślny  wrzask. Zestawienie naturalistycznych obrazów przyrody i pierwotnych plemion z drapieżną i wiecznie nienasyconą cywilizacją, skłania do pytań i zadumy. Już sam tytuł pozostawia pole do interpretacji. Baraka to słowo zaczerpnięte z arabskiego sufizmu. W wolnym tłumaczeniu oznacza błogosławieństwo, esencję życia, boski pierwiastek, który bierze swój początek od najwyższego i przenika miejsca, ludzi i przedmioty. I jeśli filmom również można przypisać takie znaczenie, to dla mnie „Baraka” w zupełności zasłużyła na swój tytuł. Mnie ten dokument przeniknął na wskroś.
Kilka słów na temat filmu od twórców
PS.
Chociaż film powstał w 1992 roku, to polska dystrybucja nastąpiła dopiero w 2005 roku. Dokument można obejrzeć między innymi na portalu iPlex. Reżyserem filmu jest Ron Fricke, który na swoim koncie ma kilka innych dokumentów o podobnym charakterze. W tamtym roku powstał jego nowy obraz „Samara” , który kontynuuje wątki rozpoczęte w „Barace”. W szerszej dystrybucji ma znaleźć się w 2012 roku. Zobaczymy, napiszemy…

Be first to comment