Wszystko za życie

(Przed przeczytaniem poniższego posta, czytelnik proszony jest o włączenie poniższej ścieżki muzycznej i podkręcenie volume: Into the wild by Eddie Veder. Dziękuję za uwagę i zapraszam do lektury.)
 
Chriss McCandless przed autobusem 142, w którym mieszkał na Alasce
 
Są takie miejsca, które tkwią w nas od zawsze. Gdzieś głęboko, w środku. Definiują nas, dopowiadają. Burzą ustalony porządek. Nie dają spać po nocach. Niczym kochanka, która wkracza w stateczne, poukładane życie. Z jednej strony człowiek by chciał, a z drugiej się boi. Wie, że czeka go coś niezapomnianego i kuszącego, na co może nigdy więcej w życiu nie będzie miał już szans, jednak ryzyko jest spore. Wystarczy chwila nieuwagi, by wpaść po uszy. Zapaść się bez reszty. Zapomnieć o rodzinie, etacie, papierkach z głowami królów, codzienności. Jedni mają odwagę spróbować, pójść na całość. Inni tylko marzą o zdradzie. Zerwaniu z szarą rzeczywistością raz na zawsze. Rzuceniu wszystkiego i rozpoczęciu nowego związku. Tym razem bez ograniczeń i zobowiązań. Wolnego od zawodowych barier, krępującego ruchy garnituru społeczeństwa, bełkotu mediów i zrzędzenia codzienności. Ci, którzy decydują się na romans, kończą różnie. Nad dnie, na górze, zaspokojeni lub wiecznie głodni, poszukując ciągle nowych wrażeń. Jednak zawsze wygrani. Bogatsi o nowe doznania. Ci, którzy wybierają stagnację, nie zyskują niczego. Może prócz złudnego poczucia bezpieczeństwa, które tak naprawdę z każdym kolejnym miesiącem zamienia się w cichego zabójcę. Rutynę.

Kadr z filmu „Into the Wild” Sean’a Penn’a”

Ja nie wahałbym się zdradzić. Żona widziała to w moich oczach setki razy. Doskonale wie o tym, że noszę w sobie gen niewierności. Cóż począć. Przecież jesteśmy zdobywcami. Chcemy więcej i więcej. Nigdy nie kończy się na jednej kochance. A każda kolejna oferuje zupełnie inne doznania. Jednak ta jest chyba moim największym zauroczeniem. Albo przynajmniej będzie do póki nie porzucę jej dla innej. Póki co, podobnie jak bohater książki, której poświęcony jest ten wpis, marzę o niej często i namiętnie. Żonie pozostaje tylko wzdychać i hamować moje ciągoty. Na imię jej Alaska. Bywa zimna i nieokiełzana. Nieprzewidywalna i surowa, ale z pewnością nie można odmówić jej naturalności i niewinności.
Nie wiem skąd się to u mnie wzięło. W dzieciństwie, poza „Białym Kłem, nie wgryzłem się w Londona. Żeby być zupełnie szczerym, odkryłem go całkiem niedawno. Z filmów pamiętam tylko łamacz kości ze Stevem „Wyłamującym Nadgarstki” Seagal’em, który dział się na tych terenach. Jednak jakoś zawsze ciągnęło mnie w te strony. W ten kawałek świata, który z dziką Syberią dzieli tylko wąski przesmyk, a z cywilizowaną (przynajmniej w ogólnym rozumieniu tego słowa) Ameryką, całe lata świetlne.
ChristopherMcCandless bohater książki “Wszystko za życie” miał łatwiej. Mieszkał w Ameryce. Miał pieniądze i wykształcenie. Przy pierwszej lepszej okazji mógł wsiąść w samolot i wyskoczyć na chwilę do 49. Stanu. Wybrał ciekawsze rozwiązanie. Mając 24 lata zrezygnował z dobrze zapowiadającej się kariery. Zerwał kontakty z rodziną i kopnął w dupę społeczeństwo. 24 tysiące dolarów oddał na charity, spalił dokumenty i porzucił samochód. Przybrał nowe imię – Alexander Supertramp – i wybrał wolność. Miał jeden plecak, kilka ciuchów, dziurawe buty i Wielkie Chęci. Postanowił przemierzyć Stany, dotrzeć na Alaskę i przeżyć tu bliżej nieokreślony czas w zupełnej dziczy. Ciesząc się tym, co przyniesie dzień. Ot, taki odwyk od cywilizacji. Proste, zwykłe życie.
Trasa, którą przebył Chris McCandless w czasie swojej dwuletniej podróży
(zdjęcie zapożyczone z ciekawego bloga „Geography in Film”
Zajęło mu to dwa lata (dotarcie na Alaskę). W tym czasie zgromadził plecak pełen doświadczeń, jadł z niejednej miski i nie raz przeżył sytuację, jak z hollywoodzkiego filmu – pewnie dlatego Sean Penn stwierdził, że ta historia to gotowy scenariusz na blockbuster. Prawie mu się udało (MCCandless’owi, przeżyć na Alasce). W zardzewiałym autobusie na środku alaskańskiego pustkowia mieszkał przez pięć miesięcy. Bez specjalistycznego ekwipunku, znajomości terenu, zapasów żywności, wcześniejszych doświadczeń survivalowych. Przy pomocy starej flinty polował na wiewiórki i ptaszki. Zbierał grzyby i jagody. Jednak natura jest nieubłagana. Nie negocjuje warunków, na których możesz korzystać z jej gościnności. Jedna pomyłka i koniec, kropka. Stajesz się historią, przeniesioną na karty książki. McCandless nie przewidział, że strumyk, który przebył na wiosnę, w lato zamienia się w rwącą rzekę. A może po prostu wykazał się zbytnią nonszalancją i nierozwagą? Pół kilometra dalej znajdowała się bezpieczna przeprawa. Niestety niedługo po tym wydarzeniu już nie żył. Zagłodził się na śmierć, lub jak twierdzi autor książki, zatruł lokalną rośliną. Jego ciało po kilkunastu dniach znaleźli turyści.
Czy był zdrów na umyśle? Świadom ryzyka, które podejmował? A może był naiwnym dzieciakiem z bogatej rodziny? Pełnym marzeń o prostym życiu, zafascynowanym ideami, o których czytał na kartach „Waldena Thoreau i książek Londona. Czy wręcz samobójcą, jak twierdzą niektórzy mieszkańcy Alaski? Nie mnie to oceniać. Musicie przeczytać „Wszystko za życie” i sami wysnuć wniosek.
Ja doskonale rozumiem MCandless’a. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Tam na zewnątrz jest zbyt wiele do zobaczenia, by przejmować się takimi szczegółami, jak prysznic, zła pogoda czy ograniczenia związane z życiem zawodowym – mimo inwigilacji bloga przez żonę również to napiszę – lub prywatnym. Każdy z nas ma inne zapotrzebowanie na wolność. Jednym wystarczy ciepła posadka, wolny weekend i wakacje w Egipcie, inni tankują swobodę do pełna, wybierając życie z dnia na dzień. To ma się po prostu we krwi. To typ osobowości, która dusi się w mieście. Takie osoby poznają siebie dopiero w trakcie wędrówki. Chris także należał do tego pozytywnie zakręconego klubu, świetnie czuł się we własnym towarzystwie. Chociaż wcale nie był odludkiem. Szkoda, że dziś tak mało osób potrafi przystanąć na chwilę i wsłuchać się w to, co tak naprawdę dla nich ważne. Właśnie takie doświadczenia sprawiają, że podejmujemy dialog z samym sobą i stajemy się niezależni.

Kciuk Diabła, zdjęcie ze strony Mountain Project 

 

Autor książki, dziennikarz i doświadczony alpinista Jon Krakauer, doskonale to rozumie. W wieku 19 lat samotnie zdobył odludny szczyt na Alasce Devils Thumb, prawie przypłacając to śmiercią. W kolejnych latach wspiął się między innymi na Cerro Torre w Patagonii i brał udział w najbardziej dramatycznej wyprawie na Mount Everest w historii himalaizmu. Jego ocena postaci McCandless’a jest obiektywna, lecz przychylna. Na podstawie dziennika prowadzonego przez bohatera oraz wywiadów z ludźmi, którzy spotkali go w trakcie jego wędrówki reporter próbuje odpowiedź na pytanie dlaczego ta historia nie zakończyła się happy endem. I muszę przyznać, że efekt jest naprawdę wart poznania. Zresztą podobnie, jak film Sean’a Penn’a nakręcony na podstawie książki. Nie każdemu przypadnie do gustu jego poetyckość i fabularna rozwlekłość, ale jeśli jakimś cudem jeszcze go nie widzieliście, a jesteście głodni podróżowania, to z pewnością zaspokoi wasz nieposkromiony apetyt i nakręci do kolejnej wyprawy.

 Zachodnia ściana Cerro Torre, zdjęcie ze strony Climbing.com

 

„Wszystko za życie” to lektura pełna treści. Może nie ma tu akcji niczym z książek sensacyjnych, brak informacji praktycznych o geografii i kulturze poznanych miejsc. Za to jest coś znacznie więcej. Próba odpowiedzi na pytanie, po co człowiek podejmuje wyzwanie. Dlaczego ryzykuje życie, zamiast siedzieć w cieple na czterech literach. To książka o szukaniu siebie. Wiecznej potrzebie transgresji i życiu prowadzonym wedle własnych wyborów. Jej znaczenie można podsumować jednym zdaniem. Warto realizować swoje marzenia, nawet jeśli czasami kosztują nas życie. Drugiej okazji nie będzie.
TYTUŁ POLSKI: „Wszystko za życie”
TYTUŁ ORYGINALNY: „Into the Wild”
AUTOR: Jon Krakauer
WYDANIE: Prószyński i S-ka, Warszawa 1998


1 Comment

  • Odpowiedz Luty 7, 2013

    Anonymous

    SAMO TO ZE CHRIS ISTNIAL DODALO MI SIL

Leave a Reply