Irlandia Zachodnia (cz.3): Connemara

Croagh Patrick – Góra św. Patryka ma zaledwie 764 m.n.p.m. Jednak niech nie zwiedzie was wysokość, droga na szczyt jest stroma i wyczerpująca. Legenda głosi, że patron Irlandii spędził na nim 40 dni, modląc się i powstrzymując się od jedzenia podczas Wielkiego Postu. Każdego roku na górę wchodzi około 60 tysięcy pielgrzymów, którzy w ten sposób chcą upamiętnić to wydarzenie. Nasz plan był podobny. Zdobycie szczytu 17 marca wydało się idealnym sposobem na podsumowanie wizyty w Irlandii. Niestety z braku czasu, nie udało się… Postanowiliśmy za to odwiedzić miejsce, które od samego początku było „must see” naszego wyjazdu – Páirc Naisiúnta Chonamara Park Narodowy Connemara.

Letterfrack – tu znajduje się wejście do parku

Connemara to kraina leżąca w zachodniej części prowincji Connacht. Należy do tych obszarów Irlandii, w których kultura i język gaelicki są ciągle żywe. Mało tu miast, teren jest dziki i poprzecinany, niewysokimi, lecz skalistymi i niedostępnymi górami. Pierwotna przyroda obfituje w liczne torfowiska i wrzosowiska.  Obszar wywodzi swoją nazwę od pierwotnych plemion zamieszkujących kiedyś te tereny – Connmacne, a dokładnie od grupy żyjącej nad morzem, czyli  Conmacne Mara (morze to po irlandzku muir). W 1980 roku na tym terenie został utworzony park narodowy. Jego siedziba znajduje się w małej, nadmorskiej miejscowości Letterfrack. To właśnie tam udaliśmy się w wietrzny, czwartkowy dzień.


 

Gaeltacht: regiony, w których język irlandzki jest ciągle żywy – Connemara  należy do jednego z nich
Pogoda nie była zbyt obiecująca. Gęste chmury i silny wiatr nie wróżyły niczego dobrego. Pozostała wiara w zmienność wyspiarskiej aury (może tym razem powieje w drugą stronę i wkrótce pojawi się słońce?). Po kilkunastu kilometrach od Galway krajobraz zaczął się zmieniać. Na horyzoncie, zaczęły wyłaniać się pierwsze szczyty. Skaliste, ośnieżone, dzikie. Zupełnie inne od gór, jakie znałem do tej pory z kontynentu. Krajobraz przybrał wygląd typowej krainy północy, kojarzącej się z Islandią lub bliską kulturowo Szkocją. Drogi zaczęły wić się serpentynami pośród wzgórz; co zakręt na asfalt wchodziły stada leniwie pasących się owiec. Na wzgórzach pojawiły się masywne sylwetki Kuców Connemara, skubiących rachityczną trawę. Gdzieniegdzie mignęła samotna, kamienna chatka, wybudowana u podnóży masywu.

Widoki z samochodu

Góry stawały się coraz wyższe, a uczucie odizolowania przybierało na sile. Strumienie, trzęsawiska, jeziorka, surowa, niewzruszona przyroda, której od lat nie opanował człowiek… Z każdym kilometrem na mojej twarzy pojawiał się coraz większy rogal radości. W takich miejscach ogarnia mnie dziwny rodzaj euforii, który przez obiektywnego obserwatora może być z pewnością odczytany jako pospolity brak piątej klepki.

Kiedy dotarliśmy do siedziby parku w Letterfrack, ciężkie chmury nisko leżakowały nad horyzontem. Święty Patryk nie wydawał się zadowolony, że nie odwiedziliśmy go w dniu jego święta. Jak zwykle (kiedyś się doigram…) byłem za tym, żeby nie tracić czasu i od razu ruszyć na rozpościerający się u podnóża centrum Diamond Hill. Komu przeszkadza drobny deszczyk? Są wyspy, to musi być zimno i wietrznie. „To są góry”… cisnęło się na usta. Jednak tym razem nie byliśmy sami. Nasi uczynni gospodarze mieli ze sobą dwójkę sympatycznych bąbli. Chodzenie z dziećmi po skalistych wzgórzach w czasie deszczu, nie należy do najrozsądniejszych zachowań. Na szczęście po zapoznaniu się z ekspozycją muzealną przedstawiającą historię, kulturę i geologię tych terenów (warto), pogoda stała się całkiem znośna. Ba, przy schodzeniu ze szczytu rozwiało wszystkie chmury! Ale po kolei…

Góry Connemary (i Irlandii ogólnie) nie są wysokie jeśli próbujemy mierzyć je europejską miarą. Binn Bhan (Biała Góra) ma zaledwie 727 m.n.p.m. Jednak uwierzcie, że wysokość nie ma tu żadnego znaczenia. Większość ze szczytów zdobywa się praktycznie z poziomu morza, co powoduje, że przewyższenia mają znacznie większy wpływ na wasze łydki. Po drugie w tych górach nie ma lasów. Nie musimy przedzierać się przez zadrzewiony obszar, żeby nacieszyć się widokiem. Praktycznie od samego podejścia zaczynają rozpościerać się panoramy, które sprawiają, że czujecie się jak na alpejskich przełęczach. Nasz słowacki gospodarz zażartował nawet, że fotka pstryknięta na szczycie z powodzeniem mogłaby udawać Tatry.

Cały czas byłem przekonany, że Diamond Hill, który zdobywaliśmy miał, co najmniej 600 metrów, tymczasem to zaledwie 445 m.n.p.m… To mniej niż najwyższe wzniesienia na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. I jeśli użycie sformułowanie „góry”, wydaje się sporym nadużyciem, kiedy mowa o Szlaku Orlich Gniazd, to góry Twelve Bens w Connemarze, z pewnością zasługują na to miano. Co więcej, wcale nie nadają się do trekingu dla niedzielnego turysty. Jest tu wiele miejsc, w których przy odrobinie nieuwagi można poprzestawiać sobie różne części ciała ( o czym mógł  przekonać się świeżo zakupiony aparat, który nie mogąc złapać równowagi na szczycie, wyrżnął jak długi, obiektywem w kamień 😉

Szlak na szczyt Diamond Hill

Szlak wokół Diamond Hill został jednak pomyślany w ten sposób, że nawet rodzice z dziećmi mogą liznąć kółkami wózków górskiej przyrody (tak było w przypadku naszych przyjaciół). W okolicach szczytu znajdują się cztery ścieżki. Trzy z nich – zielona, żółta i niebieska – to trasy spacerowe o różnej długości, tworzące zamkniętą pętlę, prowadzącą zboczem góry. Natomiast trasa czerwona, to typowo górska „wyrypa”, prowadząca na szczyt, z którego rozpościerają się widoki na malowniczą wyspę Achill, Ocean Atlantycki, opactwo Kylemore (o którym później), fiord Killary i dwanaście najwyższych szczytów Connemary.

Początkowo droga prowadzi przez wrzosowiska i podmokłe torfowiska. Zmierzamy w górę stąpając po drewnianych mostkach umieszczonych na szlaku. Tuż przed samym szczytem pojawia się coraz więcej kamieni a wspinaczka staje się bardziej wymagająca. Już przy ostatnim podejściu za naszymi plecami rozpościerają się widoki na zatokę i na Tully Mountain. Choć góra ma zaledwie 356 metrów, to zdecydowanie dominuje nad krajobrazem. Wyrasta tuż z wody, sprawiając wrażenie dużo wyższej niż jest w rzeczywistości.
 
Tully Mountain w tle
Po wejściu na szczyt Diamond Hill, naszym oczom ukazały się ośnieżone szczyty najwyższych wzniesień Connemary. W dole błyszczały wody Lough Kylemore, u którego brzegu wybudowano neogotycki budynek opactwa. Zza chmur zaczęło wyzierać słońce. Widoczność była doskonała. Święty Patryk rozgonił chmury. Rogal na mojej rozdziawionej gębie przyjął niezdrowy wymiar. I nie znikł nawet wtedy gdy bateria w moim aparacie odmówiła posłuszeństwa.
Widok ze szczytu Diamond Hill
 
Na szczęście Rafał, nasz towarzysz podróży, posiadał drugi aparat i dzięki temu mogę pochwalić się panoramami Twelve Bens rozpościerającymi się z drugiej strony góry.  A naprawdę było na co popatrzeć. Szczególnie w promieniach wychodzącego słońca Connemara nabrała zupełnie innego, bardziej łagodnego i przestrzennego wymiaru.
 

 
Nasz wypad zakończyła wizyta w ulokowanym w dolinie XIX-wiecznym opactwie Kylemore. Ten neogotycki budynek, wybudowany u podnóża góry Druchruach i jeziora o nazwie identycznej, jak zgromadzenie, wydaje się miejscem z zupełnie innej bajki. Jest uważany za jedno z najbardziej romantycznych budowli w całej Irlanndii, a jak wiadomo nie brak na Zielonej Wyspie samotnych zamków i pałaców. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce. Można tu zwiedzić nie tylko wnętrza benedyktyńskiego opactwa, ale również gotycki kościołek i wiktoriańskie ogrody. Jest dobrze zaopatrzony sklep z pamiątkami i restauracja. To obowiązkowy punkt na trasie po Connemarze.

Kylemore Abbey w pełnej krasie

Chociaż ostatecznie nie udało się nam zdobyć wymarzonej góry, to święty Patryk chyba puścił w niepamięć fakt, że nie odwiedziliśmy go w jego imieniny. W tym roku na wierzchołek świętego szczytu Irlandczyków wdrapał się mój przyjaciel. Mam nadzieję, że niedługo podzieli się wrażeniami, bo ciągle jestem głodny Irlandii. A może raczej „spragniony”. Bo przecież ten kraj smakuje jak dobrze schłodzony Guiness – z każdym łykiem chcę się więcej. A ja dorwałem się dopiero do śmietanki.



Be first to comment