Irlandia Zachodnia (cz.2): Klify Moheru, Galway

Klify Moheru
Od zachodu płaskowyż Burren ograniczony jest od Oceanu Atlantyckiego ponad dwustumetrową, opadającą do wody,  ścianą wapieni i piaskowców. To tu znajdują się Klify Moheru (Aillte an Mhothair), jedna z największych atrakcji turystycznych Irlandii, każdego roku przyciągająca ponad milion odwiedzających. Klifowe wybrzeże ma 8 kilometrów długości i w najwyższym miejscu – Hag’s Head – osiąga 214 metrów wysokości.

Swoją, skądinąd jednoznacznie kojarzącą się Polakom nazwę, klify zawdzięczają dawnemu fortowi Moher Uí Ruis, który stał kiedyś w najbardziej na południe wysuniętym miejscu wybrzeża. Budowla została rozebrana w XIX wieku. Zastąpiła ją wieża widokowa O’Briena’a. Przy dobrej widoczności można stąd zobaczyć niewielkie, aczkolwiek bardzo atrakcyjne turystycznie, wyspy Arany oraz dwa pasma Connemary – Maumturks i Twleve Bens, które odwiedziliśmy kilka dni później.

Zdjęcia i filmy są jedynie marną namiastką Klifów, dlatego warto przyjechać tu samemu by zmierzyć się z majestatem natury. O wyjątkowości Moherów, niech świadczy fakt, że podobnie jak nasze rodzimie Mazury, znalazły się w gronie 28 finalistów na 7 nowych cudów świata.

 
Dawniej na klifach nie znajdowały się żadne ogrodzenia. Jeszcze klika lat temu można było podejść do skraju samego urwiska. Dziś się to zmieniło. Znaczna część wybrzeża została ogrodzona, a wstęp na niektóre fragmenty klifów zakazany. Chyba słusznie, bo przy tej liczbie turystów erozja wybrzeża byłaby nieunikniona. Jednak, co niektórzy odwiedzający mają w głębokim poważaniu ograniczenia i dalej wchodzą gdzie popadnie. Sami byliśmy świadkami interwencji strażnika, który powstrzymał dwójkę turystów – nie muszę dodawać z jakiego kraju –  wędrujących skrajem skalnej półki.
XIX wieczna pocztówka przedstawiająca klify
Turyści to niestety duży minus tego miejsca. Nie liczcie na ciszę i kontemplowanie Atlantyku. Klify są bardzo popularne i zawsze jest tu duża liczba odwiedzających. Słychać języki z całego świata. Na szczęście opiekujący się tym miejscem lokalny samorząd zadbał o odpowiednią infrastrukturę. Na uwagę zasługuje Centrum turystyczne (Cliffs of Moher Visitor Experience), którego odwiedzenie szczerze polecam. W środku znajdziecie bogatą ekspozycję pokazującą historię tego miejsca oraz jego florę i faunę. Multimedialne wystawy naprawdę robią wrażenie. Zresztą zobaczcie sami.
Dużą popularnością wśród turystów cieszą się również rejsy wzdłuż klifowego wybrzeża. Dzięki nim można z bliska przyjrzeć się najciekawszym formacjom skalnym i poznać bogatą faunę tego miejsca. Szacuje się, że kamienne urwisko jest domem dla około 30 tysięcy ptaków z 20 różnych gatunków.
Niedaleko klifów znajdują się również miejsca, z których można dostać się promem na  wspomniane już wcześniej Arrany. My niestety spóźniliśmy się na ostatni prom i mimo szczerych chęci nie udało się już nam zobaczyć Moherów od strony oceanu. Następnym celem naszej wędrówki miało być  Cathair na dTreabh, miasto klanów,  znane szerzej jako Galway – brama do Gaeltachtobszaru, w którym irlandzka kultura i język są  ciągle żywe a nad osłuchane „hałaju” usłyszeć można raczej Dia dhuit…
 
GALWAY
 
Nie jestem wielkim zwolennikiem turystyki miejskiej. Wszelkie city breaks’y i weekendowe wypady do europejskich metropolii, nie należą do moich ulubionych sposobów na spędzenie wolnego czasu. Nie żebym miał się czym pochwalić, Barcelona, Paryż i Moskwa, ciągle przede mną… Chodzi o to, że nawet jeśli nastawiam się na typowo miejskie zwiedzanie, to po kilku godzinach mam już serdecznie dość gwaru i samochodowych spalin. Dwa dni w mieście to dla mnie zupełny maks. Trzeci, to już męczarnia. Tak było na przykład w Pradze czy Lwowie. Owszem miasta piękne, klimat przedni, lecz po szesnastym kościele i siedemnastym muzeum, człowiek myśli tylko o tym, żeby jak najszybciej się stamtąd ewakuować.
W Irlandii w planach mieliśmy dwie lokalizacje miejskie – Galway, no i oczywiście Dublin. Stolicę chcieliśmy zwiedzić w drodze powrotnej, tuż przed nocnym odlotem. Niestety z przyczyn niezależnych od nas, lecz od irlandzkiej whisky pożegnalnej, którą wypiliśmy, by scementować przyjaźń polsko-irlandzko-słowacką, plan poznania Baile Átha Cliath, został przełożony na następną okazję. I choć przebierałem nogami, żeby wizytę w Galway zamienić na dodatkowy wypad w góry, to damska część wycieczki pozostawała nieugięta. Zakupy!
Na szczęście nie żałuję. To jedno z tych miast, do których chce się wracać. Atrakcyjne zabytki, ciekawe miejsca, portowy klimat i piękna spacerowa promenada. Tuż po moim ulubionym Brighton w Anglii, z pewnością miejska lokalizacja nr. 2. No i sam się obkupiłem! Trzy tiszerty w irlandzkich klimatach i zestaw 15 płyt z celtycką muzyką, stanowiły właściwą rekompensatę za brak ciekawych towarów w charitach.
Galway to szóste miasto Irlandii. Swoją nazwę zawdzięcza rzece Corrid, od której wzięła się jego gaelicka nazwa Gaillimh, co znaczy kamienny. Metropolia słynie z kultywowania tradycji celtyckich. Mocno rozwija się tu muzyka, teatr i śpiew. Widać to zresztą na ulicach. A szczególnie na głównej promenadzie handlowej – Shop Street, na której co kilkadziesiąt metrów można spotkać tradycyjnego irlandzkiego grajka albo zabawnego mima. Zwyczaj ulicznych występów i parad ma tu zresztą bardziej sformalizowany charakter. Każdego roku, w lipcu odbywa się Galway Art Festival, jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Irlandii i kluczowe wydarzenie na europejskiej mapie festiwali ulicznych.
Wśród miejsc wartych odwiedzenia należy wymienić wspominaną już Shop Street, która zachwyca nie tylko licznymi sklepami, ale również tradycyjną wyspiarską zabudową, pełną historycznych budowli; Katedrę Wniebowzięcia NMP i św. Mikołaja oraz malownicze nadbrzeże, które wraz z systemem kanałów, mostów, kładek, młynów i kolorowych kamieniczek tworzy niezapomniany klimat tego portowego miasta. Jeśli dodać fakt, że w Galway znajdują się setki atrakcyjnych knajpek i restauracji, z których unosi się kuszący zapach, Guiness leje się litrami, a muzyka nigdy nie przestaje grać, to każdy amator miejskich atrakcji, powinien odwiedzić kiedyś to miasto. Naprawdę warto. O atrakcyjności tego miejsca świadczy fakt, że w 2007 roku Galway znalazło się w grupie ośmiu „najbardziej seksownych miast świata”.
Chociaż odwiedzaliśmy Galway, na dwa dni przed świętem patrona Irlandii i ominęło nas z pewnością sporo atrakcji, to nie żałuje. I tak było upojnie. Świętego Patryka postanowiliśmy uczcić w inny sposób. Zdobywając odpowiednio eksponowany szczyt. Najlepiej jego imienia…
 
 

Be first to comment