Irlandia Zachodnia (cz.1): Ballinasloe, Burren

 
Irlandia. Wyspa zielonych wzgórz, opuszczonych zamków i romantycznych klifów. Miejsce pełne tajemnic i legend. Tu nawet zwykły kamień przy drodze ma swoją historię a celtycka kultura wybrzmiewa głośniej, niż gdzie indziej na świecie – w rytmach skocznej muzyki, melodyjnym języku i gwarnych pubach…
Tak było kiedyś. Dopóki nie otwarły się granice. Póki tysiące Polaków nie przyjechało tu w poszukiwaniu pracy. Póki Irlandia nie zaczęła kojarzyć się z ekonomicznym boomem. Czar prysł. Mityczna otoczka rozwiała się ukazując szarą codzienność. Wyobrażenia zostały zastąpione przez prozę emigranckiego życia. Odkąd w sklepach pojawiło się Tyskie, nawet Guiness utracił swój wyjątkowy smak. W końcu kto piłby te irlandzkie siuśki…
Ja tak! Bo dla mnie Zielona Wyspa nie utraciła niczego z magii, jaką miała przed polskim potopem. Ciągle pozostawała miejscem godnym odwiedzenia. Pierwotnym i tajemniczym. Dlatego wypicie kufelka schłodzonego draught’a w Świętego Patryka od zawsze pozostawało w sferze moich planów.
W końcu się udało. Nadarzyła się okazja do zwiedzenia zachodniej części wyspy. Plan był następujący. Lądujemy w Dublinie, stamtąd przemieszczamy się do niewielkiej miejscowości w środkowej Irlandii – Ballinasloe. Odwiedzamy rodzinę przyjaciela, a następnie, już wynajętym samochodem, przemieszczamy się na wybrzeże i zwiedzamy trzy parki narodowe: Burren, Connemara oraz Killarney. Jak to zwykle bywa, rzeczywistość i gościnność gospodarzy, zweryfikowała nasze plany. Ale po kolei…
BALLINASLOE

Dziwię się Polakom żyjącym na emigracji. Nie, nie zrozumcie mnie źle, nie dziwi mnie fakt, że mieszkają poza granicami kraju i próbują urządzić sobie życie, pracując zwykle poniżej kwalifikacji. Sam spędziłem półtorej roku w Anglii podcierając tyłki i było to (szczerze muszę wyznać) jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu ;). Zaskakuje mnie fakt, że większość z nich nie wyściubi nosa poza miejscowość, w której żyją. Praca – Tesco – Praca –  Tesco – (no może raz na pół roku) – Pub – Kościół – (znowu) Tesco – (i znowu) Praca… Tak wygląda przeciętny szlak rodaka na Wyspach. Tymczasem dookoła jest naprawdę co oglądać. Może to sentyment, może sympatia, jaką darzę te kultury, ale wyspiarskie kraje należą do moich ulubionych kierunków podróży. Wracam tam za każdym razem, kiedy nadarza się okazja. Tymczasem większość emigrantów (nie tylko rodacy) zupełnie nie interesuje się tym, co wokoło. Tak jakby na wyspach były tylko dwa miejsca godne odwiedzenia – Londyn i Dublin… Przepraszam trzy. Jeszcze lotnisko, z którego latają do domu.

Gdybym cały pobyt w Irlandii spędził w Ballinasloe i nie zobaczył niczego poza zielonymi, płaskimi jak boisko polami, obejmującymi obszar między stolicą a środkiem wyspy, pomyślałbym, że cała ta gadanina o wyjątkowości tego kraju, to jakaś bujda. Wymysł irlandzkich skrzatów. Murki, owce, samotne konie i niegrzeszący ubiorem farmerzy. Jak wyraziła się jedna z towarzyszek podróży: „Jakaś nieeuropejska ta Irlandia” Jakże łatwo popaść w stereotyp. Stworzyć w głowie obraz, który trudno potem wymazać. Bo przecież nigdy nie mamy czasu. Bo, po co poznawać miejscowych, skoro w koło tyle serdecznych rodaków. Bo nasze piwo i tak jest lepsze od ichniejszego, a polska kiełbasa (i chleb!) już dawno przegoniły ich kiełbasę (i tostowca!). A przecież wystarczy ruszyć się z miejsca. Zakosztować widoków i lokalnych specjałów. Nawet w niewielkim Ballinasloe, które znane jest pewnie wyłącznie rodzinom emigrantów, można znaleźć miejsca warte pstryknięcia.

Pierwsze, co zaskoczyło mnie po przyjeździe do Irlandii, to wspomniane już murki. A dokładniej rzecz biorąc, ogrodzenia. Które, jak wiadomo stawia się po to żeby wyznaczyć swoją własność. Wiedziałem, że każda piędź ziemi do kogoś tu należy. W Anglii było podobnie. Jednak różnica jest taka, że w kraju Shakespeara, przez każde pole czy las prowadzi ścieżka. Wszędzie na wyciągniecie nogi znajdują się tam ogólnodostępne szlaki. Tymczasem w kraju Joyce’a, tego typu udogodnień nie uświadczysz. Jeśli chcesz pojeździć na rowerze, albo po prostu powałęsać się bez celu, to zawsze włazisz komuś z buciorami na podwórko. Pozostają tereny parków, albo miasto.
Za to pubów, podobnie jak i kościołów, faktycznie jest mnóstwo (chociaż kiedy te pierwsze o każdej godzinie wypełnione są po brzegi, to te drugie przeważnie świecą pustkami – prym wiodą tu Polacy i Brazylijczycy). W porównaniu do mojej 40 tysięcznej mieściny, 6 tysięczne Ballinasloe prezentuje się jak Guiness przy Ciemnym Raciborskim. Oferuje zdecydowanie szerszy wachlarz doznań. Naprawdę jest w czym wybierać.
Za to rozczarowały mnie charity. Liczyłem, że przywiozę w walizce kilka dodatkowych kilogramów do postawienia na półkach, tymczasem nic z tych rzeczy. Książek brak. Koszulek brak. Gier brak. Nie dość, że drogo, to jeszcze zero wyboru. Za to jest całkiem fotogeniczna stacja kolejowa 😉

Ballinasloe nie jest może miejscowością turystyczną, jest jednak coś, co każdego roku przyciąga tu 100 tysięcy ludzi z całego świata. Jedne z najstarszych i największych targów końskich w Europie. Odbywają się nieprzerwanie od 1700 roku w każdą pierwszą sobotę października. Uwielbienie Irlandczyków do koni jest tu widoczne na każdym kroku. W herbie miasta znajduje się wierzgający wierzchowiec, w centrum miasta ustawiono pomnik farmera z tym szlachetnym zwierzęciem, a na zielonych polach wokół miasta pasą się swobodnie biegające kucyki. Ponoć Irlandzycy kupują je dzieciom zamiast szczeniaków…

Ja nie odwiedziłem jednak Ballinasloe, żeby pozować przy słynnym pomniku. Moim celem było, jak zwykle zresztą, spojrzenie na odwiedzany kraj z góry. Oczywiście w dosłownym, a nie przenośnym znaczeniu…

BURREN

Wzgórza Burren nie należą może do najwyższych (liczą niewiele ponad 300 metrów), jednak niesamowitością krajobrazu przewyższają wiele innych miejsc. Ten płaskowyż położony w północno-zachodniej części hrabstwa Clare robi naprawdę niezapomniane wrażenie. Porównanie „księżycowy krajobraz” wydaje się chyba najbardziej na miejscu. Gaelicka nazwa tego obszaru toBoireann – co znaczy „skalista ziemia”.

Planując wyprawę po Irlandii przeczytałem w przewodniku następujące zdanie wypowiedziane w XVII wieku przez jednego z adiutantów Oliviera Cromwella, który podbił te ziemie: „Brakuje tutaj drzew, żeby człowieka powiesić, brakuje tutaj wody żeby człowieka utopić, brakuje tutaj ziemi żeby człowieka pochować” Od razu wiedziałem, że muszę zawitać w te strony!
Burren to obszar prawie bezludny. Większe miejscowości znajdują się na obrzeżach parku. Praktycznie nie ma tu drzew, krajobraz zdominowany jest przez krzewy i pastwiska. Swoistą urodę kraina zawdzięcza wapiennym płytom, które od tysięcy lat rzeźbione są przez obfite deszcze. Podłoże przypomina kamienną podłogę, którą ktoś specjalnie ozdobił przeróżnymi wzorami. W parku można zaobserwować najdziwniejsze formy skalne: szczeliny, rumowiska, jaskinie i samotne głazy.
W naszych planach było przemierzenie bliżej niesprecyzowanej trasy w parku. Co, ostatecznie doprowadziło do tego, że sporo czasu straciliśmy na szukanie miejsca, w którym możemy wbić się na szlak. Tak jak pisałem wcześniej, w Irlandii nie jest to takie proste. Większość terenu ogrodzona jest bowiem przez wszechobecne murki, które wyznaczają zasięg prywatnego terenu. Tu kamienne ogrodzenia wspinały się nawet po wapiennych wzgórzach, tworząc niesamowite widoki.Biorąc pod uwagę fakt, że ostatecznie nie wypożyczyliśmy własnego samochodu, lecz woził nas gospodarz, u którego się zatrzymaliśmy, perspektywa zdobycia „księżycowych” wzgórz oddalała się z każdym zakrętem drogi. Zniecierpliwienie zaczęło narastać. Sprawy nie ułatwiał też fakt posiadania wyłącznie mapy samochodowej…
Na szczęście w końcu znaleźliśmy wejście na szlak Nie pytajcie gdzie. Nie pytajcie jak nazywało się wzgórze, na które wchodziliśmy. Wiem tylko, że było to gdzieś na szlaku Burren Way. To najdłuższa trasa w całym parku. Ma 123 kilometry i prowadzi przez obszar całego płaskowyżu. Jednak bez dokładnej mapy, trudno zlokalizować punkty, w których można rozpocząć wędrówkę.
 
Chociaż płaskowyż Burren wydaje się niezbyt przyjaznym miejscem do zamieszkania, to ślady ludzkiej bytności na tym terenie sięgają setek tysięcy lat. Na obszarze parku znajduje się wiele grobowców klinowych, dolmenów i fortów kamiennych. Jednym z najbardziej znanych miejsc jest dolmen Poulnabrone. Jego właściwy wiek nie jest do końca znany. Szacuje się, że postawiono go między 4200 a 2900 rokiem p.n.e. W czasie prac wykopaliskowych odkryto tu szczątki 33 osób.
Innym miejscem wartym odwiedzenia jest ponoć jaskinia Pol an Ionain, znana bardziej pod nazwą Doolin Cave. Znajduje się w niej najdłuższy w Europie, bo aż 7,3 metrowy, stalaktyt. Niestety nas cena wejścia skutecznie odstraszyła. Nad podziemne atrakcje wybraliśmy przestrzeń i morze. Jedno z najbardziej widowiskowych miejsc w Irlandii…

Be first to comment